09.11.2024, 00:28 ✶
Lato nie było porą roku Peregrinusa: w złocistych promieniach słońca i soczystych kolorach kwitnącej przyrody wyglądął jeszcze bardziej blado i przezroczyście niż zwykle. Zielonkawa cera, sine cienie pod oczami — wywleczone z cimenej krypty zwłoki. Co zaskakujące, miało się to w nadchodzących miesiącach zmienić. Tydzień w górach, wypad nad jezioro, uzbierać miał czarodziej nieco tych aktywności na świeżym powietrzu i nabrać koloru.
Tu i teraz stał jeszcze na oko półżyw. Biernie poddał się uściskom Quintessy, która była ujmująco wylewna jak wszystkie te ciocie spotykane na rodzinnych zlotach. Nie należał wróż do osób, które czerpały nadmierną radość z obecności innych w swojej przestrzeni, lecz kobiece serdeczności akceptował potulnie jako część powitalnego rytuału. Akceptował to, bo Tessa była dla niego zapachem letnich wakacji, który owiewał go przy tych uściskach. W te nudne, parne dni lat szkolnych, gdy wszystkie książki domowej biblioteczki zostały już trzeci raz przeczytane, a żadnego kolegi nie było na horyzoncie, zachodził właśnie tutaj. Przy każdej wizycie w antykwariacie było coś nowego, co chłopięce rączki mogły obrócić ciekawsko w palcach, zbadać, wypytać właścicielkę, dowiedzieć się czegoś nowego.
Gdyby miał wskazać, gdzie zaczęła się jego przygoda z odkrywaniem świata, byłoby to właśnie to miejsce. Pierwsze wspomnienie było krystalicznie czyste, mimo że miał wówczas ledwie kilka lat. Odległy głos ojca rozmawiającego przy ladzie z klientem, mały Peregrinus ukryty między regałami, na klęczkach przeglądający w urzeczeniu ryciny w zakurzonej księdze. Miękka skóra okładki pod palcami, twarde klepki podłogi pod kolanami. Ta migawka pamięci zawsze tu na niego czekała; wystarczyło, że spojrzał w tamtą alejkę.
— Wygląda… niech pani sama zobaczy, na zewnątrz — wymamrotał niezręcznie, chcąc uniknąć powiedzenia tego wprost. Wyglądało koszmarnie.
Cofnął się poza zasięg ramion Quintessy; miał mimo wszystko limity nadwyrężania swojej strefy komfortu. Gdy pani Longbottom analizowała dzieło nieprzyjemnych sąsiadów, Trelawney skorzystał z wolnej chwili, aby przejrzeć pobieżnie regały w poszukiwaniu świeżego towaru, na którym można byłoby zawiesić oko.
— Co za krótkowzroczność z ich strony — zauważył, kiedy streszczona została mu historia z sąsiadami. Odłożył na regał bibelot, który akurat wpadł mu w ręce, i obrócił się do Longbottomowej: — Nie trzeba jasnowidza, żeby wiedzieć, że to nie gra na dłuższą metę. Muszą być nad wyraz zdesperowani.
I tą desperacją zaskarbili sobie nie byle jakiego wroga.
Trelawney — choć posłusznie wyszedł za Tessą — zawahał się przed wejściem do konkurencyjnego przybytku. Użerał się nieraz w pracy ze wszelkiej maści natrętami, lecz to nie była praca, a czas wolny: nie nęciło go pakowanie się w samo serce awantury.
— Nie będę zaogniał konfliktu. Poczekam. — I przystanłął gdzieś przy drzwiach, odpalając papierosa.
Tu i teraz stał jeszcze na oko półżyw. Biernie poddał się uściskom Quintessy, która była ujmująco wylewna jak wszystkie te ciocie spotykane na rodzinnych zlotach. Nie należał wróż do osób, które czerpały nadmierną radość z obecności innych w swojej przestrzeni, lecz kobiece serdeczności akceptował potulnie jako część powitalnego rytuału. Akceptował to, bo Tessa była dla niego zapachem letnich wakacji, który owiewał go przy tych uściskach. W te nudne, parne dni lat szkolnych, gdy wszystkie książki domowej biblioteczki zostały już trzeci raz przeczytane, a żadnego kolegi nie było na horyzoncie, zachodził właśnie tutaj. Przy każdej wizycie w antykwariacie było coś nowego, co chłopięce rączki mogły obrócić ciekawsko w palcach, zbadać, wypytać właścicielkę, dowiedzieć się czegoś nowego.
Gdyby miał wskazać, gdzie zaczęła się jego przygoda z odkrywaniem świata, byłoby to właśnie to miejsce. Pierwsze wspomnienie było krystalicznie czyste, mimo że miał wówczas ledwie kilka lat. Odległy głos ojca rozmawiającego przy ladzie z klientem, mały Peregrinus ukryty między regałami, na klęczkach przeglądający w urzeczeniu ryciny w zakurzonej księdze. Miękka skóra okładki pod palcami, twarde klepki podłogi pod kolanami. Ta migawka pamięci zawsze tu na niego czekała; wystarczyło, że spojrzał w tamtą alejkę.
— Wygląda… niech pani sama zobaczy, na zewnątrz — wymamrotał niezręcznie, chcąc uniknąć powiedzenia tego wprost. Wyglądało koszmarnie.
Cofnął się poza zasięg ramion Quintessy; miał mimo wszystko limity nadwyrężania swojej strefy komfortu. Gdy pani Longbottom analizowała dzieło nieprzyjemnych sąsiadów, Trelawney skorzystał z wolnej chwili, aby przejrzeć pobieżnie regały w poszukiwaniu świeżego towaru, na którym można byłoby zawiesić oko.
— Co za krótkowzroczność z ich strony — zauważył, kiedy streszczona została mu historia z sąsiadami. Odłożył na regał bibelot, który akurat wpadł mu w ręce, i obrócił się do Longbottomowej: — Nie trzeba jasnowidza, żeby wiedzieć, że to nie gra na dłuższą metę. Muszą być nad wyraz zdesperowani.
I tą desperacją zaskarbili sobie nie byle jakiego wroga.
Trelawney — choć posłusznie wyszedł za Tessą — zawahał się przed wejściem do konkurencyjnego przybytku. Użerał się nieraz w pracy ze wszelkiej maści natrętami, lecz to nie była praca, a czas wolny: nie nęciło go pakowanie się w samo serce awantury.
— Nie będę zaogniał konfliktu. Poczekam. — I przystanłął gdzieś przy drzwiach, odpalając papierosa.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie