27.11.2024, 23:52 ✶
Faye miała rację w swoich domysłach: nokturnowi zbóje nie potrzebowali do rozróby alkoholu, choć co poniektórzy — włączając w to samego Tarpa — nie pamiętali już, jak to jest bez niego. Z Rejwachu w każdym razie nikt o suchym pysku nie wychodził, już on o to dbał.
Jednocześnie wcale nie było mu szkoda tych, którzy jemu szkody wyrządzali, a więc i tego nieszczęsnego alkusa. Wspominane już było tego dnia o słynnym, świętym, zabytkowym parkiecie Rejwachu? Nie? To należy nadrobić, bo otóż Woody krzywo patrzył na każdego, kto mógł parkietowi zagrozić. Kwasami swoich bełtów dla przykładu. Pub był jego górą, on jej Syzyfem, syf jego kamieniem. Co noc bezczeszczono jego ukochany dom na nowo, a on co rano doprowadzał go sumiennie do porządku. Czasami, gdy miał dobry dzień, podejmował również próby udoskonalania tego miejsca, poprzez mozolne odrestaurowywanie kolejnych elementów.
Mężczyźni potrafią mieć naprawdę dziwne hobby.
— Tak z nim trzeba, inaczej jak egzorcystą się do tej umarłej makówki nie przemówi — objaśnił Faye, jak się sprawy mają z duchem Enjorlasa. — A to w tym naszym urzędzie już zostali sami sztywni? — Uniósł pytająco brwi. On sam był przecież swego czasu z urzędu!
W tej wypowiedzi ton Woody’ego zmienił się: spod szorstkiego przy pierwszym wrażeniu usposobienia, wybijały się teraz sympatyczne nuty. Zdecydowanie odmienne od tego, w jaki sposób zwracał się do pijaka czy ducha. Gołym okiem widział, że Traversówna stąd bynajmniej nie jest i to nie tylko dlatego, że kojarzył większość tutejszych szumowin. Strój, postawa — wszystko świadczyło o tym, że rzeczywiście trafiła tu przez przypadek, toteż Tarp nie chciał dodatkowo jej stresować.
On również widział łachmaniarza, który mignął czarownicy kątem oka. Widział, a nawet go kojarzył. Obojętnie obserwował, jak ten kręci się wokół skrzynek z zaopatrzeniem obciągniętych plandeką, wyciąga butelkę czy dwie i ładuje je pod płaszcz. Stary nie dał tego jednak po sobie poznać i jak gdyby nigdy nic kontynuował rozmowę z nową klientką.
Pokręcił głową, gdy usłyszał o kradzieży (druga tymczasem rozgrywała się tuż pod jego nosem). Nie żeby to była tu rzadkość. Dzień, w którym kieszonkowcy nikogo na Nokturnie nie obrobią, oznaczałby zaburzenie porządku świata, początek końca czy inną biblijną apokalipsę. Były w Woodym mimo to okruchy współczucia dla dziewczyny, która ewidentnie zabłądziła. Ściągnął więc kieliszek i polał taniego, choć nie aż tak paskudnego czerwonego wina.
— Na pocieszenie, na koszt firmy. Zadowoleni klienci częściej wracają. — Przesunął szkło do Faye i pochylił się do niej przez bar, aby dopowiedzieć ciszej: — Ciągle tu kradną, co poradzisz. Widzisz tego tam? — Skinął dyskretnie głową w stronę łachmyty, który zdążył do tego czasu rozsiąść się beztrosko w gronie kolegów. — Co jakiś czas wpada coś zwędzić. Przy okazji czasem mi spróbuje opchnąć coś, co zwędził innym. Bywa, że nawet trafi mu się coś fajnego, to biorę. Wszedł chwilę po tobie. Możemy go zapytać, czy przypadkiem nie wpadły mu w ręce twoje rzeczy — zaoferował dobrodusznie, choć dobroduszności w kierunku złodziejaszka to raczej nie zwiastowało.
Jednocześnie wcale nie było mu szkoda tych, którzy jemu szkody wyrządzali, a więc i tego nieszczęsnego alkusa. Wspominane już było tego dnia o słynnym, świętym, zabytkowym parkiecie Rejwachu? Nie? To należy nadrobić, bo otóż Woody krzywo patrzył na każdego, kto mógł parkietowi zagrozić. Kwasami swoich bełtów dla przykładu. Pub był jego górą, on jej Syzyfem, syf jego kamieniem. Co noc bezczeszczono jego ukochany dom na nowo, a on co rano doprowadzał go sumiennie do porządku. Czasami, gdy miał dobry dzień, podejmował również próby udoskonalania tego miejsca, poprzez mozolne odrestaurowywanie kolejnych elementów.
Mężczyźni potrafią mieć naprawdę dziwne hobby.
— Tak z nim trzeba, inaczej jak egzorcystą się do tej umarłej makówki nie przemówi — objaśnił Faye, jak się sprawy mają z duchem Enjorlasa. — A to w tym naszym urzędzie już zostali sami sztywni? — Uniósł pytająco brwi. On sam był przecież swego czasu z urzędu!
W tej wypowiedzi ton Woody’ego zmienił się: spod szorstkiego przy pierwszym wrażeniu usposobienia, wybijały się teraz sympatyczne nuty. Zdecydowanie odmienne od tego, w jaki sposób zwracał się do pijaka czy ducha. Gołym okiem widział, że Traversówna stąd bynajmniej nie jest i to nie tylko dlatego, że kojarzył większość tutejszych szumowin. Strój, postawa — wszystko świadczyło o tym, że rzeczywiście trafiła tu przez przypadek, toteż Tarp nie chciał dodatkowo jej stresować.
On również widział łachmaniarza, który mignął czarownicy kątem oka. Widział, a nawet go kojarzył. Obojętnie obserwował, jak ten kręci się wokół skrzynek z zaopatrzeniem obciągniętych plandeką, wyciąga butelkę czy dwie i ładuje je pod płaszcz. Stary nie dał tego jednak po sobie poznać i jak gdyby nigdy nic kontynuował rozmowę z nową klientką.
Pokręcił głową, gdy usłyszał o kradzieży (druga tymczasem rozgrywała się tuż pod jego nosem). Nie żeby to była tu rzadkość. Dzień, w którym kieszonkowcy nikogo na Nokturnie nie obrobią, oznaczałby zaburzenie porządku świata, początek końca czy inną biblijną apokalipsę. Były w Woodym mimo to okruchy współczucia dla dziewczyny, która ewidentnie zabłądziła. Ściągnął więc kieliszek i polał taniego, choć nie aż tak paskudnego czerwonego wina.
— Na pocieszenie, na koszt firmy. Zadowoleni klienci częściej wracają. — Przesunął szkło do Faye i pochylił się do niej przez bar, aby dopowiedzieć ciszej: — Ciągle tu kradną, co poradzisz. Widzisz tego tam? — Skinął dyskretnie głową w stronę łachmyty, który zdążył do tego czasu rozsiąść się beztrosko w gronie kolegów. — Co jakiś czas wpada coś zwędzić. Przy okazji czasem mi spróbuje opchnąć coś, co zwędził innym. Bywa, że nawet trafi mu się coś fajnego, to biorę. Wszedł chwilę po tobie. Możemy go zapytać, czy przypadkiem nie wpadły mu w ręce twoje rzeczy — zaoferował dobrodusznie, choć dobroduszności w kierunku złodziejaszka to raczej nie zwiastowało.
piw0 to moje paliwo