04.12.2024, 21:52 ✶
Nie ma powodu, by bać się umarłych.
Peregrinus nigdy w to nie wierzył i gdyby Lorraine wypowiedziała te słowa na głos, zaśmiałby się gorzko. Nie dalej niż dwa dni temu umarli szli wprost na niego przez las kipiący magią, a w rękach nieśli obietnicę przemienienia go na swój obraz. Nawet teraz, dwa dni i cztery uparte mycia włosów później, Trelawney miał wrażenie, że czuje smród dopalającego się trupa między swoimi lokami, że opada on od czasu do czasu na jego twarz wraz z niesfornym kosmykiem.
Wspomnienia tamtego dnia były w jego pamięci jaskrawą plamą surrealistycznego snu. Magia zamieszała w jego umyśle, własnym zaklęciem urwał głowę nieumarłego, miał zasięgu ręki kryształ pełen ludzkich dusz. A wieczorem układali z Millie trójwymiarowe puzzle, rano wrócił zaś do odpisywania na listy wysyłane do Vakela Dolohova. Jego świat nie zmienił się ani trochę, mimo że na tamten jeden dzień kompletnie wypadł z torów. Jedyną konsekwencją były otarcia na ramieniu czarodzieja, z których wciąż się sączyło, gdy pękały strupy, oraz potłuczone żebra utrudniające i tak już trudne zasypianie.
Nie przyniósł stamtąd niczego więcej.
Wzdrygnął się ledwo zauważalnie, gdy Lorraine go puściła; odprowadził zjawę wzrokiem ku brzozie, o którą się wsparła. Jego spojrzenie zdawało się zapadać w niej jak w słodkim trzęsawisku z obrzydliwego lukru. Wprowadzała go w dziwny nastrój, wartki strumień jego myśli zamieniała w ospałą rzekę srebrzystego miodu, z którego ciężko było cokolwiek odłowić.
Gdy spędzał z nią zbyt dużo czasu, zaczynał czuć się jak dzieciak posadzony przed workiem cukierków. Smakował wciąż i wciąż jej obecność, mimo że czuł się pełen i miał dość. Słodycz zapychała zmysły, nie dopuszczała niczego innego. Oblepiała przełyk i zęby, od pewnego momentu myślał tylko o tym, aby się jej pozbyć, a jednak nie przestawał.
Lorraine przyprawiała go o dławiące nudności, ale raz na jakiś czas… była dokładnie tym, czego potrzebował.
Na zawsze miała już pozostać w jego percepcji duchem dni surrealistycznych. Wydawała się zawsze równie nieprawdziwa, jak tamte pierwsze dni, w których się poznali. Widział ją nieustannie na szpitalnych korytarzach, gdy jego rzeczywistość przechodziła gwałtowne transformacje, tracąc swój znajomy, bezpieczny kształt. Tam, gdzie pożegnał stary świat, a gdzie nowy nie zdążył się jeszcze uformować, tam zapisała się Lorraine. Na styku dwóch jego światów, nienależąca ani do jednego, ani do drugiego. Nienależąca w ogóle do jego życia, a jednak w nim obecna, w najdziwaczniejszych punktach jego historii.
To, co przeżył dwa dni temu, było jednym z tych dziwacznych punktów. Przetrawienie tego wołało o obecność jego ducha odrealnienia. Nie mogła to być Millie Moody, o czym przekonał się zeszłego wieczora. Moody również miała w sobie pozaracjonalny pierwiastek, ale ciągnął się za nią zbyt duży ciężar emocjonalny, który przesłaniał pełen obraz.
Lorraine była odpowiednia dlatego, że w gruncie rzeczy go nic nie obchodziła, a i jej nie obchodził on. Mówili tymi samymi językami, łączyło ich grzecznościowe współczucie, spojrzenia ukazujące zrozumienie i grobowa melancholia. Nie byli sobie nic winni. Wiedział, że wszystko, co tego ranka powie, gładko spłynie po jej śliskich włosach i wiotkich ramionach, zostanie wchłonięte przez wygłodniałą ziemię lasu wisielców.
— Mówisz jak ktoś, kto spędza dużo czasu wśród zmarłych — odparł niezrażony jej przewrotnością.
Ugiął się pod hipnotyzującym spojrzeniem wiły, jeszcze nim ta się od niego odwróciła. Jego oczy uciekły na drzewa o złowrogo powyginanych gałęziach. Las wisielców mógł roztaczać wokół siebie aurę mogiły i grozy, lecz Peregrin nie czuł się tu źle. Ten las — w przeciwieństwie do lasu, który wróż ujrzał w Limbo — należał do ludzi. Ich ziemskie ciała nawoziły te ziemie, w korony drzew zaplątane były wspomnienia ich ziemskich żyć. Las należał do martwych, ale nie był martwy. Śmierć ich tutaj wizytowała, w limbo to Peregrinus wizytował Śmierć.
— Poza tym masz co do niego rację — kontynuował urwany wątek, wciąż unikając spoglądania na nią, skupiony na własnych myślach. — Kilka dni temu odwiedziłem las, w którym byłem prawdziwie samotny. Ziemia była jałowa, natura zmumifikowana. Byłem samotny, ale nie byłem tam sam. Nie sądziłem, że to możliwe we dwoje śnić na jawie zaświaty. Nigdy mi się nie przytrafiło coś podobnego.
Peregrinus nigdy w to nie wierzył i gdyby Lorraine wypowiedziała te słowa na głos, zaśmiałby się gorzko. Nie dalej niż dwa dni temu umarli szli wprost na niego przez las kipiący magią, a w rękach nieśli obietnicę przemienienia go na swój obraz. Nawet teraz, dwa dni i cztery uparte mycia włosów później, Trelawney miał wrażenie, że czuje smród dopalającego się trupa między swoimi lokami, że opada on od czasu do czasu na jego twarz wraz z niesfornym kosmykiem.
Wspomnienia tamtego dnia były w jego pamięci jaskrawą plamą surrealistycznego snu. Magia zamieszała w jego umyśle, własnym zaklęciem urwał głowę nieumarłego, miał zasięgu ręki kryształ pełen ludzkich dusz. A wieczorem układali z Millie trójwymiarowe puzzle, rano wrócił zaś do odpisywania na listy wysyłane do Vakela Dolohova. Jego świat nie zmienił się ani trochę, mimo że na tamten jeden dzień kompletnie wypadł z torów. Jedyną konsekwencją były otarcia na ramieniu czarodzieja, z których wciąż się sączyło, gdy pękały strupy, oraz potłuczone żebra utrudniające i tak już trudne zasypianie.
Nie przyniósł stamtąd niczego więcej.
Wzdrygnął się ledwo zauważalnie, gdy Lorraine go puściła; odprowadził zjawę wzrokiem ku brzozie, o którą się wsparła. Jego spojrzenie zdawało się zapadać w niej jak w słodkim trzęsawisku z obrzydliwego lukru. Wprowadzała go w dziwny nastrój, wartki strumień jego myśli zamieniała w ospałą rzekę srebrzystego miodu, z którego ciężko było cokolwiek odłowić.
Gdy spędzał z nią zbyt dużo czasu, zaczynał czuć się jak dzieciak posadzony przed workiem cukierków. Smakował wciąż i wciąż jej obecność, mimo że czuł się pełen i miał dość. Słodycz zapychała zmysły, nie dopuszczała niczego innego. Oblepiała przełyk i zęby, od pewnego momentu myślał tylko o tym, aby się jej pozbyć, a jednak nie przestawał.
Lorraine przyprawiała go o dławiące nudności, ale raz na jakiś czas… była dokładnie tym, czego potrzebował.
Na zawsze miała już pozostać w jego percepcji duchem dni surrealistycznych. Wydawała się zawsze równie nieprawdziwa, jak tamte pierwsze dni, w których się poznali. Widział ją nieustannie na szpitalnych korytarzach, gdy jego rzeczywistość przechodziła gwałtowne transformacje, tracąc swój znajomy, bezpieczny kształt. Tam, gdzie pożegnał stary świat, a gdzie nowy nie zdążył się jeszcze uformować, tam zapisała się Lorraine. Na styku dwóch jego światów, nienależąca ani do jednego, ani do drugiego. Nienależąca w ogóle do jego życia, a jednak w nim obecna, w najdziwaczniejszych punktach jego historii.
To, co przeżył dwa dni temu, było jednym z tych dziwacznych punktów. Przetrawienie tego wołało o obecność jego ducha odrealnienia. Nie mogła to być Millie Moody, o czym przekonał się zeszłego wieczora. Moody również miała w sobie pozaracjonalny pierwiastek, ale ciągnął się za nią zbyt duży ciężar emocjonalny, który przesłaniał pełen obraz.
Lorraine była odpowiednia dlatego, że w gruncie rzeczy go nic nie obchodziła, a i jej nie obchodził on. Mówili tymi samymi językami, łączyło ich grzecznościowe współczucie, spojrzenia ukazujące zrozumienie i grobowa melancholia. Nie byli sobie nic winni. Wiedział, że wszystko, co tego ranka powie, gładko spłynie po jej śliskich włosach i wiotkich ramionach, zostanie wchłonięte przez wygłodniałą ziemię lasu wisielców.
— Mówisz jak ktoś, kto spędza dużo czasu wśród zmarłych — odparł niezrażony jej przewrotnością.
Ugiął się pod hipnotyzującym spojrzeniem wiły, jeszcze nim ta się od niego odwróciła. Jego oczy uciekły na drzewa o złowrogo powyginanych gałęziach. Las wisielców mógł roztaczać wokół siebie aurę mogiły i grozy, lecz Peregrin nie czuł się tu źle. Ten las — w przeciwieństwie do lasu, który wróż ujrzał w Limbo — należał do ludzi. Ich ziemskie ciała nawoziły te ziemie, w korony drzew zaplątane były wspomnienia ich ziemskich żyć. Las należał do martwych, ale nie był martwy. Śmierć ich tutaj wizytowała, w limbo to Peregrinus wizytował Śmierć.
— Poza tym masz co do niego rację — kontynuował urwany wątek, wciąż unikając spoglądania na nią, skupiony na własnych myślach. — Kilka dni temu odwiedziłem las, w którym byłem prawdziwie samotny. Ziemia była jałowa, natura zmumifikowana. Byłem samotny, ale nie byłem tam sam. Nie sądziłem, że to możliwe we dwoje śnić na jawie zaświaty. Nigdy mi się nie przytrafiło coś podobnego.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie