31.12.2024, 15:08 ✶
Krytyka Ministerstwa Magii? W to mu graj. Faye pluła faktami, a Woody nie miałby oporów przed dodaniem i tej części, której Travers tym patałachom oszczędziła. Bo to było siedlisko węży i kłamców, choć nie tylko. Roiło się tam bowiem również od dwulicowych kurew, pierdolonych sprzedawczyków i śliskich konfidentów.
— A żeby to tylko był ich jedyny problem, że się stroją i nadymają — podsumował wykład swojej nowej klientki. — Kanalie i złodzieje. Układy, układziki. Człowiek widzi, że kradną i oszukują i co my możemy z nimi zrobić? Ano nic. Nic zupełnie, i oni o tym dobrze wiedzą. Taka to już jest każda władza, a ty człowieku tyraj.
Tarp potrafił zrobić przyjazne wrażenie i w środku miał naprawdę miękkie serce, lecz obnoszenie się po Nokturnie z podobnymi cnotami nikomu jeszcze na dobre nie wyszło, toteż stronił od ludzkich odruchów. Podobnie postępowały rzesze innych drobnych rzezimieszków. Wbrew pozorom nie każdy w tej podejrzanej alejce reprezentował zepsutych czarnoksiężników bez serca, lecz trudno być człowiekiem, gdy nokturnowe psy wyczuwały słabość z odległości trzech przecznic.
Rozpromieniona, szczera do bólu Faye nie pasowała do tego krajobrazu, zdecydowanie. Tarp niemal nie parsknął serdecznym śmiechem, gdy dowiedział się, że nie powinno się kraść.
— Ależ powinno się kraść, jeszcze jak — zapewnił ją, ciągnąc swobodną konwersację, jak gdyby nigdy nic. — Tylko od właściwych osób. Jak idzie taki ważniak z Ministerstwa, załóżmy, to ręka sama świerzbi. Szkoda czegoś nie gwizdnąć, a od śliwy pod okiem czy podartego płaszcza żaden jeszcze nie umarł. Uczciwie pracujący obywatele to inna sprawa. — Pokręcił nieco niezdecydowanie głową, jakby postawiono go przed niemożliwym do rozwiązania dylematem. — Ich trochę szkoda, ale złodziej też człowiek, zarabiać jakoś musi.
Czarodziej zarzucił ścierę na ramię, poprawił kapelusz i wymaszerował za kontuar.
— A różnie — odpowiedział na ostatnie pytanie — zależy, jak się poukłada. Można rękę połamać, można tylko trzepnąć. To tak ciężko dokładnie przewidzieć. No, zaraz wracam, popilnuj mi chwilę interesu, a jakby co się zaczęło kiepścić, to wołaj dzieciaka z kuchni. — Pokazał kciukiem na drzwi za ladą.
I znalazł się przy stoliku łachmaniarzy.
— Te! — Bardzo elekwentnie Woody zwrócił na siebie uwagę śmierdzących biesiadników. Tym samym zniknął dobry wujek Woody. — Te, obdartusy.
Następnie rozegrała się walka prymitywów. Królował agresywny, rynsztokowy język. Małpy (metaforycznie) podskakiwały do siebie, zaznaczając dominację, ale tylko jedna małpa dysponowała przewagą Zastraszenie.
Na początku zaś było słowo:
— Czego? — Jeden z koleżków złodzieja łypnął na gospodarza spod byka.
— Myślita, żem głupi i nie widział, jak rąbnęliście flachę? — Tarp wyciągnął zza pazuchy różdżkę i przstawił ją pod brodę złodzieja, który zaczął wiercić się nieswojo na krześle, rzucając mu wyzywające spojrzenia. Czubek różdżki rozbłysnął groźbą Tarpaulina. — Pytam cię, kurwa, czy myślisz, żem głupi?!
— Nie — zadeklarował oburzony łachmyta — ale….
— To pokazuj kurwa kieszenie. Raz!
Koledzy złodzieja zaczęli czuć się niewygodnie w tej scenie i jak przystało na męty bez poczucia solidarności, zebrali manatki i dyskretnie się ulotnili. Pozbawiony wsparcia ancymon niechętnie wystawił na stół rzeczoną butelkę, zezując podejrzliwie na różdżkę, którą trzymano go na muszce. Woody przyjrzał się flaszce bez zainteresowania. Widać to mu nie wystarczyło, bo wolną ręką zaczął sam przetrząsać kieszenie gagatka i wyciągać na blat kolejne skarby.
— To też ukradłeś?! Czy ukradłeś, pytam! — Potrząsnął nim dla rozruszania tępej makówki, coby lepiej tę lekcję przyswoiła. — Kraść to można za drzwiami. Mnie obrabiać nie będziesz.
— Przecież te to nie tobie. No nie tobie, kurwa no — tłumaczył się młodzieniec, wyciągając łapy po swój dzienny utarg.
Szczęśliwie tego dnia po łapach się tylko dostaje, łamać będziemy może jutro. Woody puścił więc złodzieja i strzelił go różdżką w wierzch dłoni jak niegrzecznego uczniaka.
— Wara. I co że nie mi? Co że nie mi? Nie ma. Stracone. Na odsetki i nauczkę idzie. Won, zanim zmienię zdanie.
Obrzucenie wzorkiem sali wystarczyło, żeby złodziej przekonał się, że jeśli się postawi, stanie do walki na nie swoim terenie, więc pokornie czmychnął, złorzecząc pod nosem. Gospodarz zgarnął fanty w szmatę, butelkę odpieczętował i sam sobie z niej gulnął, po czym wrócił za kontuar. Dopóki się powstałe zamieszanie nie rozeszło, taktycznie ignorował Faye, a gdy wszyscy wrócili do swoich spraw, przesunął w jej stronę zawiniątko.
— Coś z tego pani, mademoiselle?
— A żeby to tylko był ich jedyny problem, że się stroją i nadymają — podsumował wykład swojej nowej klientki. — Kanalie i złodzieje. Układy, układziki. Człowiek widzi, że kradną i oszukują i co my możemy z nimi zrobić? Ano nic. Nic zupełnie, i oni o tym dobrze wiedzą. Taka to już jest każda władza, a ty człowieku tyraj.
Tarp potrafił zrobić przyjazne wrażenie i w środku miał naprawdę miękkie serce, lecz obnoszenie się po Nokturnie z podobnymi cnotami nikomu jeszcze na dobre nie wyszło, toteż stronił od ludzkich odruchów. Podobnie postępowały rzesze innych drobnych rzezimieszków. Wbrew pozorom nie każdy w tej podejrzanej alejce reprezentował zepsutych czarnoksiężników bez serca, lecz trudno być człowiekiem, gdy nokturnowe psy wyczuwały słabość z odległości trzech przecznic.
Rozpromieniona, szczera do bólu Faye nie pasowała do tego krajobrazu, zdecydowanie. Tarp niemal nie parsknął serdecznym śmiechem, gdy dowiedział się, że nie powinno się kraść.
— Ależ powinno się kraść, jeszcze jak — zapewnił ją, ciągnąc swobodną konwersację, jak gdyby nigdy nic. — Tylko od właściwych osób. Jak idzie taki ważniak z Ministerstwa, załóżmy, to ręka sama świerzbi. Szkoda czegoś nie gwizdnąć, a od śliwy pod okiem czy podartego płaszcza żaden jeszcze nie umarł. Uczciwie pracujący obywatele to inna sprawa. — Pokręcił nieco niezdecydowanie głową, jakby postawiono go przed niemożliwym do rozwiązania dylematem. — Ich trochę szkoda, ale złodziej też człowiek, zarabiać jakoś musi.
Czarodziej zarzucił ścierę na ramię, poprawił kapelusz i wymaszerował za kontuar.
— A różnie — odpowiedział na ostatnie pytanie — zależy, jak się poukłada. Można rękę połamać, można tylko trzepnąć. To tak ciężko dokładnie przewidzieć. No, zaraz wracam, popilnuj mi chwilę interesu, a jakby co się zaczęło kiepścić, to wołaj dzieciaka z kuchni. — Pokazał kciukiem na drzwi za ladą.
I znalazł się przy stoliku łachmaniarzy.
— Te! — Bardzo elekwentnie Woody zwrócił na siebie uwagę śmierdzących biesiadników. Tym samym zniknął dobry wujek Woody. — Te, obdartusy.
Następnie rozegrała się walka prymitywów. Królował agresywny, rynsztokowy język. Małpy (metaforycznie) podskakiwały do siebie, zaznaczając dominację, ale tylko jedna małpa dysponowała przewagą Zastraszenie.
Na początku zaś było słowo:
— Czego? — Jeden z koleżków złodzieja łypnął na gospodarza spod byka.
— Myślita, żem głupi i nie widział, jak rąbnęliście flachę? — Tarp wyciągnął zza pazuchy różdżkę i przstawił ją pod brodę złodzieja, który zaczął wiercić się nieswojo na krześle, rzucając mu wyzywające spojrzenia. Czubek różdżki rozbłysnął groźbą Tarpaulina. — Pytam cię, kurwa, czy myślisz, żem głupi?!
— Nie — zadeklarował oburzony łachmyta — ale….
— To pokazuj kurwa kieszenie. Raz!
Koledzy złodzieja zaczęli czuć się niewygodnie w tej scenie i jak przystało na męty bez poczucia solidarności, zebrali manatki i dyskretnie się ulotnili. Pozbawiony wsparcia ancymon niechętnie wystawił na stół rzeczoną butelkę, zezując podejrzliwie na różdżkę, którą trzymano go na muszce. Woody przyjrzał się flaszce bez zainteresowania. Widać to mu nie wystarczyło, bo wolną ręką zaczął sam przetrząsać kieszenie gagatka i wyciągać na blat kolejne skarby.
— To też ukradłeś?! Czy ukradłeś, pytam! — Potrząsnął nim dla rozruszania tępej makówki, coby lepiej tę lekcję przyswoiła. — Kraść to można za drzwiami. Mnie obrabiać nie będziesz.
— Przecież te to nie tobie. No nie tobie, kurwa no — tłumaczył się młodzieniec, wyciągając łapy po swój dzienny utarg.
Szczęśliwie tego dnia po łapach się tylko dostaje, łamać będziemy może jutro. Woody puścił więc złodzieja i strzelił go różdżką w wierzch dłoni jak niegrzecznego uczniaka.
— Wara. I co że nie mi? Co że nie mi? Nie ma. Stracone. Na odsetki i nauczkę idzie. Won, zanim zmienię zdanie.
Obrzucenie wzorkiem sali wystarczyło, żeby złodziej przekonał się, że jeśli się postawi, stanie do walki na nie swoim terenie, więc pokornie czmychnął, złorzecząc pod nosem. Gospodarz zgarnął fanty w szmatę, butelkę odpieczętował i sam sobie z niej gulnął, po czym wrócił za kontuar. Dopóki się powstałe zamieszanie nie rozeszło, taktycznie ignorował Faye, a gdy wszyscy wrócili do swoich spraw, przesunął w jej stronę zawiniątko.
— Coś z tego pani, mademoiselle?
piw0 to moje paliwo