Sędziowski gwizdek nigdy nie był dla niego wystarczającym powodem do zakończenia gry. Zawsze w coś grał, zawsze sobie pogrywał. Z kimś lub z czymś, nie ważne. Kolejne wyzwania za wyzwaniami, bo kompetytywny rdzeń w jego kręgosłupie moralnym zawsze domagał się więcej. To nie był typ faceta zza wschodniej granicy, któremu paczka cygaret w kieszeni wystarczyła, by dzień nie był najgorszy. Bo zawsze było mu mało. Pieniądze już miał, nawet zanim zaczął zarabiać te własne. Swoją karierę zawodową, choć ta dopiero była na samym początku i tak rozpoczął od wysokiego "C". A mając te dwie rzeczy nie narzekał też na brak kobiecego piękna wokół siebie. Więc czego mu brakowało? Zapewne tego czego zabraniano mu przez cały ten czas do tej pory. Odrobiny namiętności. Bliźniaczy wzrok snuł się za nim jak posępny cień, zabraniając mu jakichkolwiek głębszych relacji ze słodyczą ślizgońskich dormitorium. Przez większość lat uważał to za śmieszne, kiedy jego obecność wokół dziewcząt, skazywała je na gniew Loretty. Te które miały więcej szczęścia kończyły z rozlanym punchem na głowie, z kolei te z mniejszą jego dozą kończyły o wiele gorzej. Zaszczute i poniżane w żeńskich toaletach, obdzierane ze wstydu i godności, bo miały czelność zbyt swobodnie poczuć się w otoczeniu Louvaina. Dla niego całkiem zabawne, pastwić się nad gorszym, bo słabszym, słabszym, bo gorszym. Jednak niewiele takich historyjek było potrzebnych by szkolna gawiedź, zwłaszcza ta damska, zrozumiała, że ten onyksowy wzrok nie przynosi nic dobrego. Może trudno w to uwierzyć, ale ciężko było nawiązać relację z kimś innym niż paczką własnych kumpli mając za plecami taką legendę. Zanim to zrozumiał minęło większość szkolnych lat, a z tym co najsłodsze w szkolnych lochach, musiał obejść się smakiem. Towar macany, należy do macanta jak mawiało się w męskiej szatni przed meczem na boisku.
Dlaczego takiemu Atreusowi należał się jej uśmiech, a jemu nie? Zawsze mógł jedynie patrzeć z zazdrością, kłując się we własne sumienie, że potrafiłby lepiej niż on. Co taki Bulstrode mógł wiedzieć o tym co pragnie krew arystokracji? Jedyny moment, kiedy widział prawdziwą pasję w jego oczach to kiedy stawiał całe kieszonkowe na czerwone. On, Louvain, wolał postawić w tej ruletce na blond jej włosów. Teraz kiedy żaden karcący wzrok nie sięgał go, będąc znowu w tej szkole, w końcu mógł pozwolić sobie na więcej. W końcu zasady przestały tak sztywno zobowiązywać. Bo owszem, zasady miał, ale grał bez nich. Nie po to się grało, żeby przegrywać prawda? Może i powinna mu uschnąć ręka, którą dawał jej te wszystkie prezenty, zbyt wyszukane i kosztowne jak na przyjaciela, o którego nie powinien się martwić. Na środku języka, którego używał do zaproszenia jej do Paryża, czy w gwieździstą noc na szczyt wieży astronomicznej, powinien wyrosnąć kaktus. Był tego świadom. Sam uciąłby pusty łeb przy samej dupie każdemu z paczki, który tylko ośmieliłby się startować do Loretty. Hipokryzja i to przez wielkie "Mam to totalnie w dupie".
Więc co? Miał stać jak w muzeum? Nie dotykać eksponatów? Dlaczego, skoro tak bardzo chciał w to grać. I ona też chciała. Bo potrafił i chciał zabiegać o jej atencję. Każde westchnięcie, nawet te najdrobniejsze mógłby z entuzjazmem rozpisać na pięciolinii wsłuchując się w ukrytą w den melodię. Gotów wyciągnąć z dna oceanu, spod ruin Atlantydy, największe skarby z orichalcum, by choć raz spojrzała na niego tak jak patrzeć potrafiła. Zatracić się chociaż na moment w melodiach willi, bo tego smaku tego dźwięku jeszcze nie znał. A teraz patrzył spod ukosa przez ramię jak balansowała na krawędzi igrając z nieprzewidywalnym wiatrem. - Takie jest Twoje pierwsze dorosłe życzenie? Uśmiechnął się ironicznie na swój własny żart. Przepaść była otwarta na wszelkie propozycje i nie odmawiała odjęcia tego co wadziło na życiu każdemu kto chciał rzucić się w jej ramiona. Faktycznie było coś wyjątkowego w igraniu z wysokością. Gdyby tak nie było nigdy nie zakochałby się w adrenalinie sportu na miotle. Odwrócił się jednak w kierunku spadku, zainteresowany jej pytaniem. Wszedł na blanki, robiąc większy krok na blanki, tuż obok niej. Pociągnął kilka razy z tlącego się papierosa by nadać żaru odpowiedniej mocy. Potem odjął go sobie od ust i jakby grotołaz rzucił nim w dół niczym flarą, chcąc ocenić wysokość od ziemi. Mała iskierka, w którą zamienił się po kilku sekundach szybciej zdążyła skryć się między warstwami mgły i ciężkiego powietrza, niż rozbiła się o podłożę. - Starczyłoby na nas dwoje. Uśmiechnął się zadziornie. W końcu zlustrował ją całą swoim spojrzeniem. Chociaż cieszył go jej widok, to wcale tak pocieszony nie był. Albo celowo nie podążyła za jego sugestią ignorując to, w czym chciał ją dzisiaj zobaczyć, albo nie odczytała jej wcale. Nie po to istniały drogie suknie, by więzić je schowane po kufrach i skrzyniach. No cóż, musiał obejść się smakiem tym razem.
- Chociaż to nie w tą stronę spoglądasz kruszyno. Odezwał się jeszcze raz, zadzierając spojrzenie ku górze. Wydawała się tak drobna, tak zwiewna, jakby silniejszy powiew wiatru miał porwać ją w bezkres przestworza. Chwycił jej dłoń, by jej palcem wskazać na ciągnącą się wśród konstelacji smugę na horyzoncie, najpewniej pozostawioną po pasażerskim locie. - Tam. Będąc wysoko tak jak one, krew zaczyna stawać człowiekowi w żyłach. Mówią na to przeciążenie. Rzucił tylko po to by palcami drugiej dłoni uścisnąć ją nad karkiem u nasady czaszki, tam, gdzie ucisk w głowie na wysokości doskwierał najbardziej, w nonszalanckim geście symulując jak boli, kiedy jesteś zbyt wysoko. Zaśmiał się i odstąpił na krok, zasiadając na brzegu wieży, przerzucając nogi na drugą stronę. - I dopiero kiedy tracisz orientację, nie mając pojęcia co jest górą, a co dołem, zapominasz, że cokolwiek miało jeszcze znaczenie.