Nigdy nie próbował nawet zrozumieć jakie były szczere intencje Loretty w niszczeniu wszystkich jego romantycznych relacji. Tak jakby głęboka podświadomość unikała wzięcia na warsztat własnego rozumu i pojęcia dlaczego to robi. Gdyby się nad tym zastanawiał mógłby zabłądzić zbyt głęboko w tym pogmatwanym labiryncie i zbyt szybko dojść do wniosków do których wcale dochodzić nie chciał. Tłumaczenia które sama mu serwowała były o wiele wygodniejsze do przyjęcia. Ta jest zbyt wąska w biodrach, nie urodzi ci dziecka, ta miała w drugim pokoleniu od strony babki mieszańca w rodzinie, a tamta, daj spokój, słucha okropnej muzyki. Przyjmował to, wręcz będąc wdzięczny za jej troskę, bo w końcu robiła to z troski do niego, prawda? Przyjdzie jeszcze czas, kiedy on to zrozumieć, teraz byli zbyt podobni. Podobne upodobania, podobnie zepsuci. Podobnie do siebie dobierali znajomych, z podobnie próżnych pobudek. Loretta dobierała koleżanki na swoje tło. Żadna nie mogła być lepiej ubrana, żadna nie mogła być ładniejsza od niej i na żadną nie mogło padać światło reflektorów dłużej od niej. Biżuteria, galanteria, perfumy, a nawet przyjaciółki. Wszystko służyło za przedłużenie jej dumy, jej wyższości. W końcu podobnie myśleli o sobie. Ona robiła idiotę z niego, a on robił idiotę z siebie. W tym byli najbardziej zgodni.
Chociaż nie. On nie dobierał swoich kumpli według tego samego wzoru. Na pewnej płaszczyźnie cała ta banda chłopaczków była do siebie dość podobna, ale każdy nacechowany czymś innymi. Fakt, Louvain zawsze starał się ze wszystkich sił wybić na pierwszy plan. Bo zawsze ich ekipka musiała być liderem, a on chciał być liderem tej grupy. Jednak wewnątrz tej bandy było sporo różnej dynamiki. Stanley odkrył nekromancje i przyniósł ją w sekrecie do chłopaków, jakby przynosił ukryty w torbie magazyn pełen nagich ciał, dorosłych kobiet. Już wtedy Lou w pewnym stopniu, nie że w pełni świadomie, ale zdecydował że w przyszłości będzie kimś złym nie tylko z usposobienia, ale również dla idei. Z Atreusem współdzielił sportowe ekscytacje, choć irytował go kiedy został wybrany na kapitana drużyny. No i ten dupek Sauriel, który był jeszcze większym samograjem niż Lestrange co wkurwiało go chyba jak nic innego. Nie policzy ile razy musieli ich rozdzielać, bo jedyny argument jaki trafiał do celu to ten na wierzchu zaciśniętej pięści. Tym się różnili między sobą bliźniacy. On miał przyjaciół, a Loretta tylko grupę rekonstrukcyjną.
Nie zastanawiał się zbyt szczegółowo i dogłębnie nad rozpadem związku Atreusa i Lorraine. Nie rozumiał tylko dlaczego ją odpuścił. Nie rozumiał, ale akceptował. Być może kiedy Goethe pisał o Neapolu, w szczerości myślał o Lorrain. Rozumiał, że dla przyjaciela to coś niełatwego do przyjęcia. Mówił że to on podjął decyzję, ale na jego twarzy widział coś co prawie nigdy nie pojawiało się na twarzy któregokolwiek z nich; przejęcie. Intencje Louvaina były podszyte buńczuczną arogancją tak samo jak słowa którymi próbował dodać nieco otuchy kumplowi. Tego kwiatu jest pół światu. Tak mu powtarzał. Jednym ramieniem poklepywał Bulstroda po plecach, drugim sięgał już po pióro i pergamin rezerwując hotel w Paryżu. Dla niego była to wręcz okazja. Jakby właśnie otworzyło się nowe okienko transferowe. Nigdy tego nie planował, ale dobrze wiedział co chciał zrobić by dostać się do tej ligi. Jej ligi.
- Może zawsze wypowiadałaś ją w nieodpowiedniej godzinie, przy nieodpowiednich osobach? Zarzucił lekko, jakby rzucił płaskim kamieniem o tafle spokojnego jeziora. Z zadziornym uśmieszkiem w kącikach ust, dłuższym spojrzeniem utwierdzał ją w przypuszczeniach, że dokładnie myśli to co powiedział, a to co powiedział nie było tylko myślą. Potem zacmokał z przekąsem. - Czyżby? Dobrze wiesz, że ja tak łatwo nie odpuszczam. I raz jeszcze, kąśliwa aluzja dla odrobiny pikantności, ostrego zimnego powietrza bijącego po najwyższych murach zamczyska. Czy jej życzenie mogło być jego ambicją? Najwyraźniej. Bo tego mu nigdy nie brakowało. Nigdy nie bał się sięgać po najlepsze kąski ze stołu, zawsze miał apetyt na to co najsmaczniejsze. Dodaj nutę buty do nutki finezji, a usłyszysz najczystszy akord idée fixe. Bo w głowie miał tylko jedną melodię, w tonacji kruchej willi.
- Mi tego nie musisz mówić. Odbił błyskawicznie. Już nawet jego hucpa miała tupet. Nie po to miał swoje ADHD, żeby podejmować spokojne i przemyślane decyzje. Igranie z konsekwencjami zawsze nadawało odpowiedniego wyrazu, czymkolwiek by się tylko nie zajmował. Dlatego też wybrał taką ścieżkę kariery, a nie inną. By adrenalina była głównym składnikiem jego gospodarki hormonalnej. - Chociaż granice to ja jem na śniadanie. Już nie muszę udawać, że obchodzą mnie ograniczenia. Niebo nie jest dłużej limitem. Wzdychając lekko, wyrzucił z siebie jakby już teraz wygrał swoje własne życie. I z jego perspektywy faktycznie tak mogło być. Cokolwiek co wcześniej wyznaczało limit przestało go obowiązywać, przynajmniej w tej chwili. A jeśli tylko mocno się postara każda chwila może trwać wieczność. Odchylił się na moment w tył, lekko rozbawiony jej zabawą pantofelkiem nad przepaścią. Odchylił się, ale tylko po to, by niby tylko z pozoru powściągliwym ruchem, zarzucić szerokim gestem swoją długą pelerynę na nich oboje, by osłonić ich plecy przed zimnym, listopadowym chłodem. - A Ciebie coś jeszcze ogranicza?