Niby rozmawiali, ale się nie komunikowali. Padały słowa, lecz bez wyrazu. Dostrzegał ją, choć nie widział. Za to patrzył się. Patrzył się tylko wtedy, kiedy nikt inny nie patrzył, bo patrzeć nie wolno mu było. Czy chciałby jej tak samo, gdyby nie żyli w podobnym kręgu znajomych? Istniała niezerowa szansa, że nawet mógłby jej nie zauważyć, gdyby nie była ani niczyją przyjaciółką, ani niczyją partnerką. Ale gdyby była przyjaciółką Loretty, ale Atreus nigdy by jej nie przedstawił mu jako swojej, być może dzisiaj nie byłaby jej koleżanką, lecz ofiarą. Swoim głodnym spojrzeniem skazałby ją na pożarcie przez najpodlejszą ze żmij ich pokolenia. A co, jeśli nigdy nie odnalazłaby wspólnego języka z jego siostrą, za to wciąż odnalazłaby go z Bulstrodem? Zapewne powstałaby kolejna ckliwa historyjka o zasypanej pod gruzami pomnika jej piękna przyjaźni dwóch chłopaczków. Bo urok willi tkwił w niej niezależnie z kim się przyjaźniła i czyim ramieniem pozwalała się okryć. Gdyby nie ta podwójna protekcja z obu frontów, tego wieczoru nie byłoby tyle wibracji na wieży astronomicznej.
Matka wystawiła go na największą próbę. I niech ktoś nie powie, że Louvain Lestrange nie ma pokory, lub nie jest cierpliwy. Wiele lat przyszło mu czekać na odpowiednie okienko pogodowe, takie w którym wiatr zmian zawiał mu w odpowiednią stronę. Chociaż to nie tak, że przez ten cały czas chodził spragniony. Nic z tych rzeczy. Zwyczajnie był zaskoczony samym sobą, że potrafił wykazać się takim rozsądkiem nie psując własnych relacji przez tyle lat dla własnej satysfakcji. Bo oprócz brawury cenił w sobie też przebiegłość. Arogancja nie zawsze mogła być metodą do uzyskania tego czego najbardziej chciał. A szkoda. Czasem koszt pewnym zagrywek był niewymierny do szacowanych korzyści. Tego nauczył się jeszcze zanim wyrósł z dziecięcej miotły. Czasem musiał ubrać się w nieswoje szaty, w nieswoje maski by uszczknąć tego co sobie wymarzył. Sprytnie podrzucać Lorraine sukienki i dodatki. Bo nawet jeśli nie mógł jej mieć, to mogła chodzić w tym co od niego, a wówczas chociaż odrobinę stawała się jakby jego. Podarowane Lorrain perfumy pokrywały miejsca na jej skórze, o których nawet nie powinien myśleć, a napis na flakonie fabriqué en France arogancko dopełniał symbolicznego podboju.
Nie znał na muzyce tak jak ona. Nie dostrzegał piękna ukrytego między nutami w ten sam sposób co ona. Jego muzyka była o wiele prostsza, mniej skomplikowana, jednak niosła tyle samo emocji co jej emocji. Mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że jego melodie, proste stadionowe przyśpiewki niosły o wiele więcej wibracji niż cokolwiek innego. Tysiące gardeł krzyczące podczas meczu jego nazwisko. Przepełnione euforią trybuny, kiedy zakończył spotkanie łapiąc złoty znicz, jednocześnie wygrywając rozgrywkę. Setki par płuc biorących wdech w tym samym tempie, oddając mu honory za zasługi, które im przyniósł. Wiele pojedynczych głosów tworzących razem proste brzmienie uwielbienia, bo zwyciężył ich wspólny klub. To była jego muzyka. Zdarte garda i wiele palących krtani były jego instrumentami. Mieszaniec, któremu nawet nie oddałby resztek ze swojego talerza skandował jego imię jakby uratował go przed śmiercią, a on tylko bardzo szybko leciał za pierdolnikiem ze skrzydełkami. Jednak sprawiał, że ten mieszaniec przez moment czuł się częścią czegoś większego, niż on sam. Na tym polegało uwielbienie do niego. Menagerowie sugerowali mu przyjęcie oferty od drużyn z niższych szczebli, bo w takich jego pozycja byłaby o wiele większa już na starcie. W klubie z gorszymi wynikami, dobry zawodnik liczył się o wiele bardziej niż w odwrotnej sytuacji. Jednak on zuchwale dołączył do Os, klubu z górnej stawki, wierząc, że szybko udowodni swoją wartość. Zawsze ryzykował, zawsze musiał podbić stawkę.
Nie pojmował muzyki w ten sposób co ona. Jednak był zdolny do wielu rzeczy. Być może w przyszłości podstępem zmusiłby jakiś mugolski zespół ze środkowej Europy, by nagrali utwór o perłowym kolorze jej włosów. Utwór który sławą przebiłby nawet samego intryganta, a niczego nieświadomi niemagiczni za każdym odsłuchem tak naprawdę oddawaliby hołd zubożałej, ale pięknej arystokratce. Bo nie znał się na muzyce, ale potrafił grać i to w niejedną grę. Taki duży chłopiec, który żadnej nocy nie chce przespać sam. Duży chłopiec, a wciąż bawił się lalkami. A tym razem wymarzył sobie by w jego ręce wpadła ta konkretna. Przecież na wybiegach o jej urodzie mówiono właśnie russian doll.
Nie mylił się. Goethe musiał mówić o Lorraine, kiedy pisał o Neapolu. I teraz mógłby śmiało powtórzyć jego słowa. Wybaczam wszystkim, którzy od Lorraien odchodzą od zmysłów. Z początku pomyślał, że szydzi z niego, kiedy parsknęła niespodziewanie śmiechem. Cwany uśmieszek na moment zszedł z jego ust, myśląc, że właśnie przypuszcza na niego atak. Tak w pierwszym momencie odebrał jej reakcję. Jednak potem zaczęło się robić jeszcze dziwniej. Co Ty... Urwał, kiedy dotknęła jego twarzy po raz pierwszy. Urwał, bo szybko skojarzył ten gest z dobrze znaną mu atmosferą z kowenu. Ah no tak, na moment zapomniał, że to boskie pierdolenie dotyczyło również i jej osoby. Czy powinno być zaskoczeniem, że tak zadufany w sobie szczeniak w żadnym wypadku nie szukał odpowiedzi na żadne swoje pytanie w boskiej interwencji? Wierzył w siłę natury, jednak był na tyle bezczelny, że wszystkim sakralnym aspektom rzucał własne wyzwanie. Tylko on odpowiadał za swoje czyny. Za wszystkie swoje wzloty i upadki, za każdą przegraną obwiniał swoje niedoskonałości, a każdą wygraną własnej sprawczości. Nie zmierzał przed nikim się klękać prosząc o łaski. Nawet jeśli kiedyś złoży przed kimś przysięgę wierności w służebnej pozie przed swoim nowym Mistrzem. Nie zamierzał nigdy składać ręce do nieba i prosić o wstawiennictwo. Nawet jeśli jej błogosławieństwo kiedyś miało się ziścić i dane mu będzie pojawić się w miejscu czysto metafizycznym. W miejscu, gdzie żaden żywy nie powinien się pojawić.
Każda granica była do przebicia, jednocześnie żadna granica nie była nieskończenie trwała. Granice można było dowolnie przesuwać, ale wciąż gdzieś tam były. Jemu chodziło o przebijanie nich, z taką siłą by ciężko było postawić je na nowo. Dodatkowo każdy miał przecież własne granice, bo każdy miał własne możliwości. A teraz kolejna granica zaczęła pękać, tym razem granica przyzwoitości. Gdy sunęła palcem po jego twarzy, oczy jego zalśniły najczarniejszym onyksem. Na moment stracił rezon by móc tak skrupulatnie jak do tej pory ukrywać zmienne natężenie ekscytacji tą chwilą. Grdyka na jego gardle zadrżała niespokojnie od jej dotyku. Nawet nie drgnął, a nie potrafił się opanować. Niby było to oczywiste, że starał się o jej względy, ale kiedy wypunktowała jego szczere intencje nuta zmieszania wymalowała jego nieśmiały uśmiech. W końcu jednak przełknął głośno to zaskoczenie, bo adrenalina w końcu popłynęła w jego żyłach pozwalając na działanie. - To na co czekasz? Zrób ze mną to co powinno się robić z granicami Lorraine. Rzucił bez cienia zająknięcia, w swojej firmowej melodii zuchwałości. Miałby się teraz zawahać? Nie po to odmrażał sobie tyłek przez całą Anglię lecą listopadową nocą do niej, by teraz odpuścić. Chciał dać się zakląć w urok willi, jak marynarze ulegali śpiewu syren. Nie zgadzał się z nią w wielu zdaniach, ale nie podejmował zbędnej dyskusji. Jakie miało to teraz znaczenie, kiedy mieli swoje własne perspektywy. Nie on wymyślił jej personalia, nawet jeśli były dla niej brzemieniem. Za to sukienki z paryskiego domu mody, z wysokiej mody, zawsze były szyte wyłącznie na jedną talię. Jeden egzemplarz dla jedynej właścicielki. Na tym polegało dedykowane piękno. Ograniczały ją własne pragnienia. Pragnienia do znaczącej pozycji, pragnienia do bycia uwielbianą. Wszystko co definiował oddawał we własne władanie, ale nic co było z nią związane nie było jego wymysłem. Nie on ją odkrył, nie on jej otwierał wejście do wyższych sfer. Mógł dawać jej drogie prezenty, ale nie mógł wyciągnąć jej z uporczywej biedy szlachcianki. Nie mógł zmienić brzemienia jaki nałożył jej ojciec na ich część rodziny, ale mógł jej dać nową wraz z nowym nazwiskiem. Nie mógł zmienić tego jaką była naprawdę, ale mógłby zrozumieć każdy jej defekt charakteru widząc w nim odbicie swojego własnego. On jej nie ograniczał, on jedynie mógł dać rozwiązania.
- Więc przyjrzyj się dokładniej, bo drugiej takiej szansy nie otrzymasz. Szepnął i nie wiedział nawet kiedy, zadziorny uśmieszek na nowo zagościł na jego ustach. Zbliżył własną dłoń do jej palców, przyciskając je mocniej do siebie. Była taka chłodna, aż ciężko sobie wyobrazić, że mogłaby dać mu ciepło o które się tak starał. Była taka drobna, a dotyk, który na nim spoczął był cięższy niż każdy inny który nosił. Splótł z nią dłonie w pragnieniu czułości. - Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja. Słowami modlitwy zapewnił ją o swojej wytrwałości, a potem ucałował wierzch jej dłoni.