- Akurat staropanieństwo ci nie grozi. No, chyba że się wybitnie postarasz. Odrzekł uśmiechając się, nieco rozbawiony fantazjami Daphne. Takie małżeństwo, oparte na wspólnej nienawiści do jednakowego wroga? Takie coś musiało lepiej spajać relację, niż cement. Aż sam mógłby westchnąć rozmarzony nad wizją takiego związku. Niestety większość panien jakie znał z prawidłowym nastawieniem do szlam była z nim spokrewniona. Cała reszta, albo nie interesowała się polityką, lub była zbyt powściągliwa w takich komentarzach, obawiając się krytyki. Wiedział, że nie był osamotniony w swoich przekonaniach, zwyczajnie wielu brakowało odwagi żeby wyjść przed szereg i mówić stanowczo w towarzystwie to co naprawdę myśli.
Wreszcie uderzył we właściwe tony. Uśmiechnął się zadziornie na widok tej zaskoczonej jego słowami dwójki. I Daphne i tej wiszącej w powietrzu pieczątki. Właściwie to te całe finansowe sprawozdanie przestało już mieć dla niego jakieś szczególne znaczenie, chociaż kuzynka ewidentnie wkładała wiele uwagi do tych arkuszy. Ciężko mu było zrozumieć tą całą pasję do tych rubryczek, jak dla niego taka robota to makabryczne zabójstwo entuzjazmu do życia. Jedyne co, to uwypuklał się fakt że Daphne to krew z krwi własnej matki i Victorii. Mimo wszystko rubryczki przegrywały z faktem magicznej rewolucji i rzucanie przed nią drobnych aluzji co do tego wszystkiego, zręcznie odciągało uwagę od tego co prozaiczne. - Nie o pracy. Ale również o służbie. Machnął do niej brwiami sugestywnie. Powoli zagęszczał atmosferę, a niewielki, zadziorny uśmieszek coraz ostrzej malował się na jego ustach. Pochylił się bardziej w stronę finansistki, opierając się łokciami o blat jej biurka.
Jego przenosiny do nowego departamentu również budziły w nim wiele entuzjazmu, nie mniej jednak mocno hamował swoje odruchy. Zdecydowanie bardziej do jego wizerunku pasowała chłodna obojętność, więc jedynie zaśmiał się cicho pod nosem na radość Daphne. - No wiesz, czasem się zdarzy mi zabłysnąć. Odparł z bardzo udawaną skromnością. - Największą nagrodą dla mnie będzie, jeśli zgodzisz się na moją propozycję. Nieco enigmatycznie, nie wyjawił od razu o co mu chodzi. Opuścił głowę wlepiając wzrok w białe kartki na blacie. W ręce wpadł mu ołówek, którym zaczął obracać w palcach, niby nieco spięty, ale jakby dalej był tym cwaniaczkiem z ostatniej ławki w szkole. - Nie każdy w naszej rodzinie mógłby mnie zrozumieć, ale wiem że z Tobą mogę być szczery. Ciągnął dalej, powoli, metodycznie urabiając ją niczym glinę na kole garncarskim. Teraz uśmiechał się pod nosem niczym rasowa szelma, choć wzrok dalej miał wymierzony w dół, nawet zaczął coś drobnymi ruchami kreślić po jednej z leżących na stole kartek. - Wydaje mi się, że to już odpowiednia pora by wprowadzić Cię w głębsze kręgi osób, którym nie jest obojętna wspólna sprawa. Choć nie mówił wprost nijako dobił do sedna swojej konkluzji. Nie mówił wprost, bo o takich rzeczach między ścianami ministerstwa należało być szczególnie uważnym co się mówiło. Dlatego nie mówił wprost, jedynie rzucał dość jasne sugestie. Oderwał się w końcu od biurka nad którym był pochylony. Wyprostował się, a ołówek odłożył obok swojego niewielkiego szkicu. Rysunku węża wychodzącego ze szczęki trupiej czaszki. - Czy pomożesz mi, pomóc naszej rodzinie przed nadciągającym zagrożeniem Daphne? Teraz już musiała dobrze wiedzieć co takiego miał na myśli przez cały ten czas. Chociaż chciałby widzieć wszystkich Lestrangów po tej samej stronie barykady, tylko do niej miał na tyle zaufania by złożyć jej ofertę dołączenia do wojny.