09.03.2025, 11:19 ✶
Wziął pączka od Bletchleya, dziękując uprzejmie, tym razem w swojej rodowitej angielszczyźnie. Może dało się jakoś rozładować sytuację, żeby nie było tak niezręcznie? Robert zorientował się, że najlepszą opcją było pozwolenie na spontaniczny rozwój tego spotkania. Auror nie nastawił się w końcu do niego negatywnie. Nawet, jeśli nie potrafił zupełnie mówić po hiszpańsku.
— Z biura Wizengamotu, sir. Jestem tam asystentem — wyjaśnił. — Wiem, że tutaj średnio lubicie osoby z naszego działu. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że jest w tym dużo racji.
Nawet się nie podlizywał, by zyskać przychylność Bletchleya. W Wizengamocie rzeczywiście duża część pracowników była okropnie nadęta, szczególnie wśród samych sędziów. Jako asystent, Robert nawet nie bardzo miał prawo się do nich odezwać. Nie odpowiadali na "dzień dobry", patrzyli na niego, jakby był irytującą przeszkodą na ich drodze. A jedyne słowa, które w jego stronę wypowiadali to polecenia typu: "Ty! Idź po kawę".
— Właściwie, to też nie jest mój pierwszy dzień. Już wcześniej tu byłem, ale nie zostałem tak wyrozumiale potraktowany. A od pana nawet pączka dostałem — uśmiechnął się. Jednak samego pączka nie miał odwagi porządnie ugryźć. Jedynie skubnął nieco tak, że ledwie poczuł smak. Coś w jego wnętrznościach kotłowało się. Szczególnie, gdy Bletchley wgryzał się w swojego pączka, jakby rzeczywiście był wilkołakiem...
Matko — pomyślał Robert, karcąc się w duchu. — O czym ja właściwie myślę?