12.03.2025, 10:29 ✶
Robert nie spodziewał się, że jego słowa wywołają taką... reakcję. Niemal zapomniał, że Selwynowie mieli kompletnego pierdolca na punkcie Szekspira. Sam to przecież odczuł, kiedy matka kazała mu czytać te wszystkie dramaty, a on przebiegał wzrokiem po tekście, jak najszybciej potrafił. Pamiętał, że te dzieła najzwyczajniej nudziły go, gdy był dzieciakiem, a jako dorosły nie miał czasu ani ochoty, by ponownie się za nie zabrać.
Stojąca obok niego Enid miała minę, jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem. Robert się jej nie dziwił.
– Widzisz, Enid? Tak funkcjonują nastolatkowie. Hormony tak im buzują, że wkurzają się o dosłownie najmniejsze drobnostki – odparł, podpierając ręce na biodrach. – Na przykład za to, że odbieram dzieła ulubionego autora twojego wujka, jak sam dziad ze Stratford-upon-Avon tego chciał: w teatrze. Co mi po tym, że przeczytam scenariusz, skoro mogę zobaczyć Hamleta na scenie w tym jego czarnym kubraczku z czaszką w dłoni? Każdy może przeczytać książkę i oczywiście nie zniechęcam do tego mojej córki... ale skoro widziałem Hamleta w teatrze... pomińmy czy mi się podobało, czy nie, bo zdaniem wszelkiego przedstawiciela dumnego rodu Selwynów, jest to mój święty obowiązek... to jestem jak najbardziej ukulturalniony. Więcej: jestem lepiej zaznajomiony z "Hamletem" niż jakiś mądrala, który przeczyta sobie książkę i uważa, że zjadł wszystkie rozumy.
Obecność jego córki skutecznie powstrzymywała go przed wpleceniem przekleństw w swoją przemowę, bo inaczej jego zdanie wybrzmiałoby jeszcze mocniej. W ogóle Robert był przeciwnikiem mówienia, że coś trzeba przeczytać. Jak jest dobre, samemu się po to sięgnie. Kto powiedział, że w imię karmienia swojej bucerii, trzeba się męczyć nad nudnymi książkami? Szczególnie, że od dziecka on sam potrafił się kompletnie dekoncentrować, gdy coś go nużyło. Nawet dziś jego praca polegała często na wypełnianiu tak nudnych papierów, że potrafiło mu to zajmować frustrująco dużo czasu.
Stojąca obok niego Enid miała minę, jakby zaraz miała wybuchnąć śmiechem. Robert się jej nie dziwił.
– Widzisz, Enid? Tak funkcjonują nastolatkowie. Hormony tak im buzują, że wkurzają się o dosłownie najmniejsze drobnostki – odparł, podpierając ręce na biodrach. – Na przykład za to, że odbieram dzieła ulubionego autora twojego wujka, jak sam dziad ze Stratford-upon-Avon tego chciał: w teatrze. Co mi po tym, że przeczytam scenariusz, skoro mogę zobaczyć Hamleta na scenie w tym jego czarnym kubraczku z czaszką w dłoni? Każdy może przeczytać książkę i oczywiście nie zniechęcam do tego mojej córki... ale skoro widziałem Hamleta w teatrze... pomińmy czy mi się podobało, czy nie, bo zdaniem wszelkiego przedstawiciela dumnego rodu Selwynów, jest to mój święty obowiązek... to jestem jak najbardziej ukulturalniony. Więcej: jestem lepiej zaznajomiony z "Hamletem" niż jakiś mądrala, który przeczyta sobie książkę i uważa, że zjadł wszystkie rozumy.
Obecność jego córki skutecznie powstrzymywała go przed wpleceniem przekleństw w swoją przemowę, bo inaczej jego zdanie wybrzmiałoby jeszcze mocniej. W ogóle Robert był przeciwnikiem mówienia, że coś trzeba przeczytać. Jak jest dobre, samemu się po to sięgnie. Kto powiedział, że w imię karmienia swojej bucerii, trzeba się męczyć nad nudnymi książkami? Szczególnie, że od dziecka on sam potrafił się kompletnie dekoncentrować, gdy coś go nużyło. Nawet dziś jego praca polegała często na wypełnianiu tak nudnych papierów, że potrafiło mu to zajmować frustrująco dużo czasu.