13.03.2025, 21:06 ✶
Uśmiechnął się z satysfakcją. W zemście tkwiła ogromna satysfakcja, nawet można było stwierdzić, że to ona była jej przyczyną, nie jakaś potrzeba wyrównania rachunków. Uczucie pierwotne, tkwiące w jakimś dziwnym hedonizmie. Niemcy nazywali to Schadenfreude. Robert tylko żałował, że nie zobaczy miny starego Bonesa po tym, jak słowa nieważnego statysty z Wizengamotu rozwaliły mu reputację. Na tym polegała moc Crouchów. Zadzieranie z nimi było błędem.
Jednak Robert miał na tyle przyzwoitości, by nie upominać Bletchleya o brak szacunku do jego rodziny. Nie był przecież jakimś nadętym Malfoyem pierdolniętym na punkcie własnej arystokratyczności. A i sam miał w szkole przyjaciół półkrwi, a nawet i mugolaków. Byli takimi samymi czarodziejami, jak on.
— Crouch z tych Crouchów — wyjaśnił, brzmiąc jednak jak buceria. — Wiem, co pan sobie myśli: dostałem pracę ze względu na rodzinę, owszem. Ale staram się pracować jak najciężej. Właściwie... to robię, nie powiem, by było łatwo. Nie chcę być jednym z tych, który dostał pracę tylko z powodu wszechobecnego nepotyzmu i przez to nie wie, co robi. I... tłumaczę się, prawda?
A przecież nikt od niego tego nie oczekiwał. Tyle, że nie chciał, by ludzie myśleli, że był jakiś gorszy przez to, że nie zdobył stanowiska samemu. Zresztą... zdał dobrze egzaminy. Zasłużył na to.