30.03.2025, 00:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.03.2025, 22:38 przez Cynthia Flint.)
Pomyślała, że zmiana otoczenia wyjdzie im na dobre, bo w końcu miało to być pierwsze spotkanie od praktycznie miesiąca. Cynthia zdawała sobie sprawę, że najpewniej Lou wciąż się dąsa i jest zły, dlatego wyszła z praktycznego założenia, że mogła się spodziewać wszystkiego. I to wcale nie ułatwiało życia komuś takiemu, jak ona. Wiedziała, że przyjdzie, ale być może tylko dlatego, że chciał od niej oliwy, a ona musiała dotrzymać słowa. Chciała dotrzymać słowa. I właściwie chciała też go zobaczyć, gdyby sprawy w najbliższych dniach nie poszły tak, jak sobie to planowała. Owszem, brała pod uwagę mnóstwo scenariuszy, próbowała przygotować się na każdy, ale większa część nie była przyjemną drogą. To jednak nie miało znaczenia tak długo, jak była szansa na sukces. A była, bo przygotowała się dobrze.
Zmrużyła oczy, czując nieprzyjemny uścisk w żołądku i wirujący dookoła świat, który zaczynał malować się barwami jesieni. Drzewa zmieniały kolory, coraz więcej liści tworzyło dywan na trawie. W podmuchach wiatru wciąż pozostawał słodki powiew lata, ale jego chłód i wyczuwalny aromat deszczu niewątpliwie świadczył o tym, że pory roku znów zatoczyły krąg. Lubiła jesień. Odetchnęła głębiej, unosząc dłoń i zgarniając za ucho zagubiony kosmyk włosów, rozejrzała się dookoła. Wybrała to miejsce, bo wydało się jej spokojne i dość duże, aby zmieścić wszystkie te emocje i niewypowiedziane słowa, znieść burze, która mogła nadejść. Z niewielkiego wzgórza roznosił się widok na północną część Londynu, dało się dostrzec zarys Tamizy. Niewielki murek porośnięty był bluszczem i oznaczony kolorowymi napisami, a stojąca przed nim ławka widziała lepsze czasy, ale nie miało to znaczenia. Światełka migały w ciemności przed nią, podczas gdy za nią oraz po jej bokach było raptem kilka latarni. Usiadła na ławce, odkładając po swojej prawej stronie torebkę i papierową torbę, którą przyniosła. Oparła się wygodnie, poprawiając pasek od cienkiego płaszcza, który tkwił związany na talii i zerknęła na zegarek, zdając sobie sprawę, że była wcześniej, niż powinna. Z Louvainem był taki problem, że nie umiała się przygotować do rozmowy z nim, bo zawsze wychodził poza schemat i pokazywał jej kolejny fragment, kolejny puzzel, który mogła dołożyć do olbrzymiej układanki w swojej głowie. Miał talent do chaosu, do bycia iskierką z potencjałem do wybuchu, jeśli okoliczności były odpowiednie. Przeżywał, a nie żył. Wsunęła dłonie w kieszenie, przenosząc wzrok na żółte plamki gdzieś na rzece, będące sygnałami świetlnymi jakiegoś statku, najpewniej z turystami. Sporo osób wybierało podróż przez rzekę, chcąc podziwiać obydwa brzegi wielkiego miasta, łudząc się, że odkryją większość jego sekretów, a wcale tak nie było.
Z zamyślenia wyrwał ją odgłos kroków, ale nie odwróciła twarzy w kierunku źródła dźwięku.
- Pływałeś kiedyś po Tamizie promem? - zapytała lekko, niesamowicie spontanicznie, jak na nią, myślami będąc jednak na zupełnie innym statku, pływającym obecnie gdzieś na oceanie. Próbowała sobie przypomnieć, czy od śmierci matki, a potem wypadku podczas przyjęcia, wsiadła w ogóle na statek. Lubiła to kołysanie, ten widok, to obsypane tak doskonale widocznymi gwiazdami niebo, które odbijało się w wodzie. Odwróciła twarz tak, aby na niego spojrzeć, tłumiąc westchnienie. Przesunęła wzrokiem po znajomej twarzy, docierając do błyszczących w półmroku, onyksowych tęczówek. - Chcesz kawę Lou? - zapytała, wyjmując dłonie z kieszeni i sięgnęła w stronę papierowej torby, czując, jak zaschło jej w gardle, a chłód brutalnie wdarł się pod płaszcz.
Zmrużyła oczy, czując nieprzyjemny uścisk w żołądku i wirujący dookoła świat, który zaczynał malować się barwami jesieni. Drzewa zmieniały kolory, coraz więcej liści tworzyło dywan na trawie. W podmuchach wiatru wciąż pozostawał słodki powiew lata, ale jego chłód i wyczuwalny aromat deszczu niewątpliwie świadczył o tym, że pory roku znów zatoczyły krąg. Lubiła jesień. Odetchnęła głębiej, unosząc dłoń i zgarniając za ucho zagubiony kosmyk włosów, rozejrzała się dookoła. Wybrała to miejsce, bo wydało się jej spokojne i dość duże, aby zmieścić wszystkie te emocje i niewypowiedziane słowa, znieść burze, która mogła nadejść. Z niewielkiego wzgórza roznosił się widok na północną część Londynu, dało się dostrzec zarys Tamizy. Niewielki murek porośnięty był bluszczem i oznaczony kolorowymi napisami, a stojąca przed nim ławka widziała lepsze czasy, ale nie miało to znaczenia. Światełka migały w ciemności przed nią, podczas gdy za nią oraz po jej bokach było raptem kilka latarni. Usiadła na ławce, odkładając po swojej prawej stronie torebkę i papierową torbę, którą przyniosła. Oparła się wygodnie, poprawiając pasek od cienkiego płaszcza, który tkwił związany na talii i zerknęła na zegarek, zdając sobie sprawę, że była wcześniej, niż powinna. Z Louvainem był taki problem, że nie umiała się przygotować do rozmowy z nim, bo zawsze wychodził poza schemat i pokazywał jej kolejny fragment, kolejny puzzel, który mogła dołożyć do olbrzymiej układanki w swojej głowie. Miał talent do chaosu, do bycia iskierką z potencjałem do wybuchu, jeśli okoliczności były odpowiednie. Przeżywał, a nie żył. Wsunęła dłonie w kieszenie, przenosząc wzrok na żółte plamki gdzieś na rzece, będące sygnałami świetlnymi jakiegoś statku, najpewniej z turystami. Sporo osób wybierało podróż przez rzekę, chcąc podziwiać obydwa brzegi wielkiego miasta, łudząc się, że odkryją większość jego sekretów, a wcale tak nie było.
Z zamyślenia wyrwał ją odgłos kroków, ale nie odwróciła twarzy w kierunku źródła dźwięku.
- Pływałeś kiedyś po Tamizie promem? - zapytała lekko, niesamowicie spontanicznie, jak na nią, myślami będąc jednak na zupełnie innym statku, pływającym obecnie gdzieś na oceanie. Próbowała sobie przypomnieć, czy od śmierci matki, a potem wypadku podczas przyjęcia, wsiadła w ogóle na statek. Lubiła to kołysanie, ten widok, to obsypane tak doskonale widocznymi gwiazdami niebo, które odbijało się w wodzie. Odwróciła twarz tak, aby na niego spojrzeć, tłumiąc westchnienie. Przesunęła wzrokiem po znajomej twarzy, docierając do błyszczących w półmroku, onyksowych tęczówek. - Chcesz kawę Lou? - zapytała, wyjmując dłonie z kieszeni i sięgnęła w stronę papierowej torby, czując, jak zaschło jej w gardle, a chłód brutalnie wdarł się pod płaszcz.