Nie zdziwiłby się, gdyby z doborem miejsca na spotkanie chodziło jej o wybranie miejsca publicznego. Po ostatnim razie miała powody by obawiać się jego chaotycznej natury. A tutaj, pośród drzewek i krzewów było nieco bardziej kameralnie, wciąż jednak wystarczająco na uboczy by swobodnie porozmawiać. Osobiście wolałby się z nią już nigdy nie spotykać. Nie patrzeć jej w oczy by nie czuć rozczarowania, goryczy, czy gniewu. Na swój sposób utrata kontroli była jakby oczyszczająca, bo tłumienie w sobie skrajnych emocji, których w nim nie brakowało, zawsze się na czymś odbijało. Tak jedna trzpiotka z Nokturnu, blond medium, mogła coś o tym wiedzieć. Cynthia przyprawiała go dreszcze złości z braku swojego zaangażowania, oraz bycia emocjonalnym niedorozwojem, przez co Ambrosia niestety musiała znosić wszystkie upodlenia jakie jej przynosił. Wszystko po to by zachować odpowiedni balans w codzienności. Bo jeśli panna Flint oczekiwała stonowanego kawalera o chłodnym temperamencie to powinna się zacząć umawiać z którym z nieboszczyków ze ambulatorium. Tam zdecydowanie nie brakowało ciszy i spokoju. Natomiast Louvain był złym chłopcem stworzonym z pasji i szału. Traktował ludzi jak chciał i kiedy chciał, a jeśli nie dostawał czego chciał, to mówił i robił co tylko sobie chciał. Nie będzie kolejnej kobiecie w swoim życiu, pozwalał z siebie robić błazna. Nie miał na to czasu. A na rano miał rewolucję do planowania.
- O wiele częściej, niż bym sobie tego życzył. Odparł trochę jakby beznamiętnie, niby to wzdychając. Pierwsze chwile z nią po miesięcznej przerwie i kolejne powody do narzekania. Ona nawet po tym jak zdemolował jej salon, zaszantażował do ślubu życiem ich wspólnych przyjaciół, nawrzucał jej bezliku, a na koniec wykradł prywatną korespondencję, dalej zaczynała rozmowę od płaskich gadek-wstawek. Niebywałe.
Tak jak ona bała się latać, tak on nie lubił wody. Być może nie zdążył się z nią tym podzielić, bo nie było takiej okazji, ale miał najszczerszą ochotę utopić ich razem na dnie tej rzeki pełną gówna i uryny. - Częściej Sekwaną, ale obie śmierdzą tak samo paskudnie. Bez różnicy. Pływał rzekami, bo Loretta uwielbiała zachwycać się widokami europejskich stolic, a zwiedzanie ich z perspektywy płynącej rzeki to był najlepszy na to sposób. On jak to wierny towarzysz, zawsze stał u jej boku, chociaż nie raz i nie dwa wymiotował zza burtę wycieczkowca, bo wody nienawidził jak mugolaków.
- Nie dzięki. I bez tego podnosisz mi ciśnienie. Odpowiedział z bezczelnie jak zwykle. Arogancki uśmieszek tylko dopełniał całości. Oczywiście, że dalej był na nią wściekły. Jeśli słowa to za mało to jego postawa również to wyrażała. Usiadł obok niej na ławce, z tą różnicą że usiadł na oparciu niczym nastoletni gówniarz z buciorami na miejscu do siedzenia. Jedną nogą miał nieco wyżej, bo na oparciu pod łokieć. Dłonie miał oparte na kolanach, tak jakby miał wszystko w dupie. To ona chciała się spotkać, więc wychodził z założenia, że to ona miała mu coś do przekazania. Stał przy tym, że jeśli w tym samym czasie nie zabije ani siebie, ani jej z zazdrości i zgryzoty życia to będzie wystarczający angaż w tę rolę.
- Chciałaś się spotkać, zakładam że masz mi coś do powiedzenia. A tak się akurat składa, że powoli sobie zdycham z Zimna, więc jeśli byłabyś taka miła i przeszła do rzeczy. Ponownie uśmiech pełen sarkazmu i ironii. Herbaciane spotkanka przy jesiennym chłodzie na plecach to nie jest coś na co przystałby z własnej woli. Wystarczająco nasłuchał się tych jej miernych wymówek i usprawiedliwień co do tego, że nie zachowała się tak jak powinna, żeby udawać że ma ochotę na powściągliwe płaskie gadki-wstawki. Bo oprócz ptasich śpiewów, powiewu wiatru i opadających liści on słyszał nad głową coś jeszcze. Olbrzymi zegar wybijający każdą sekundę z osobna. TIK-TAK. TIK-TAK.