Powtarzanie tych samych czynności i oczekiwanie innych rezultatów to zwyczajna głupota. A planowanie rozmów i próby przewidzenia tego w jaką stronę odbiegną dyskusję z Lestrangem to skrajna głupota. Po kilku latach spotykania się z nim, Cynthia powinna to już wiedzieć. Najwidoczniej wnioski potrafiła wyciągać wyłącznie ze zdobytej wiedzy książkowej, ale nie z relacji z nim. Za to Louvain starał się nadrobić za ich dwójkę. Nie zamierzał angażować się w relację z kimś kto nie potrafił go uczciwie potraktować. Jednak pasywność to za mało. Bo tak jak Flint mogła wyciszać swoje emocje w sposób sztuczny, tak jego nie mogła kontrolować ani za grosz. Dlatego odpowiednią karą za jej brak oddania, będzie wciągnięcie ją w ten chaos który miał w sobie. A niech się pokaleczy w cholerę. Każdy czyn ma swoje konsekwencję.
Uśmiechnął się nieco rozbawiony jej krótką scenką humorystyczną. Zgadywał, że teatralne wyrzucenie torby do kubła na śmieci było w jej mniemaniu mocnym zagraniem. Właściwie biorąc pod uwagę jej słaby temperament, a być może nawet jego brak to rzeczywiście, było to najbardziej szokujący ruch z jej strony. Zaśmiał się na w pół ironicznie. Wyglądała jak mała sześcioletnia dziewczynka która właśnie odkryła słowo "nie" i użyła go po raz pierwszy w sposób świadomy. - Teraz ja też już nie chcę kawy, dziękuje Ci bardzo. Powtórzył jej słowa, wręcz przedrzeźniając ją. Zatykając sobie nos, by brzmieć jeszcze bardziej głupio i sarkastycznie, próbując zademonstrować jej jak komicznie wygląda wychodzenie to jej wychodzenie z roli królowej śniegu. Nie potrafiła zgrywać dramatycznej, ani trochę. I jak widać Louvain nie miał też ochoty traktować ją poważnie. Ona nie traktowało jego, więc dlaczego on miałby ją?
- Ty? Zostawić mnie? Rzucił nagle, aż prawie zawołał na cały głos. Potem znowu się zaśmiał i to jeszcze bardziej rozbawiony. Aż w swoim śmiechu zsunął się po oparciu ławki, zasiadając na niej w zwyczajnej pozie, trzymając się przy okazji za brzuch w geście całkowitego rozbawienia. - Nie no błagam, litości... Uspokoił się w końcu, a wierzchem prawej dłoni otarł łzę śmiechu, która zakręciła mu się w kąciku oka. - Kotku. Gdybym miał tylko taki kaprys, zamieniłbym Twoje życie w piekło na ziemi. Dodał tak zwiewnie, wręcz radosnym tonem jakby wcale jej nie groził. To, że wcześniej krzyczał i roznosił jej dom oznaczało mniej więcej tyle, że jeszcze mu zależało i ciężko było mu przyjąć w łagodny sposób, że sprawy nie układają się tak jak powinny. Nawet nie tyle, że rzeczy nie działy się tak jak on by sobie tego życzył. Nie akceptował tego, że nie został potraktowany w fair play sposób. Zataiła przed nim tożsamość tego drugiego, w obawie że może zrobić coś nieprzewidywalnego. Fakt, nie poprosił o to grzecznie, ale mogła mu powiedzieć, dodając coś o tym żeby nie robił nic głupiego. Mogła powiedzieć i potraktować go na poważnie, uczciwie. Ale tego nie zrobiła, bo wolała o nim myśleć jak o osobie nieprzewidywalnej, zbyt gwałtownej i porywczej by dzielić się z nim prawdą. Więc proszę bardzo. To właśnie ten zły Louvain, którego się tak bała. I to nie wymierzony w jej kolejną opcję, ale w nią samą.
W końcu jednak spoważniał na moment, bo sytuacja zrobiła się poważna. To prawda, nieco zapomniał o tej oliwie, bo sprawy między nimi trochę się pogorszyły, więc przestał liczyć się z tym, że faktycznie ją od niej dostanie. W jego oku zaświeciło zainteresowanie, ale też coś na kształt zaskoczenia. To było bardziej miłe, niż jakaś tam kawa. Może i zrobiłoby mu się teraz głupio, za to jaki był dla niej, a co otrzymywał od niej. Może, gdyby nie był takim egocentrykiem. I nie zamierzał też dziękować z tego samego powodu. Przynajmniej nie wprost. Musi jej wystarczyć to krótkie spojrzenie o lekkiej barwie pokory i nieco zrzednięta mina. Odebrał prezent milcząco, a szczytem jego dobrych manier w tym momencie było powstrzymanie się od cierpkich komentarzy. A wiele słów cisnęło mu się teraz na język. Chciał ironicznie zażartować, że postara się jej nie zmarnować i zabić przy jej pomocy jak najwięcej osób. Ale nie zrobił tego. Chciał jej wytknąć, że wcale nie robi tego dla niego, tylko dla siebie i swojej rodziny, aby mieć dobre argumenty dla siebie, kiedy nadejdzie dzień rozliczenia. By Czarny Pan nie miał wątpliwości po czyjej stronie stali Flintowie, kiedy jeszcze trwała wojna. Chciał jej to wytknąć, ale nie zrobił tego, bo jeszcze miał w sobie odrobinę przyzwoitości. Jeszcze.
- Bo jesteś nielojalna. Odparł bez namysłu, w spokoju i już bez zbędnych ironicznych podkładów. - Od dwóch lat oswajasz mnie ze sobą. Od dwóch lat zbliżamy się do siebie. A kiedy przychodzi moment, żeby wziąć odpowiedzialność za swoje zaangażowanie, to Ty tchórzysz. I jeszcze robisz ze mnie potwora przed którym trzeba ukrywać prawdę, bo Matka jedna wie co może mi odwalić. Wyjaśnił. Wciąż opanowany i stonowanym głosem. Spokojny, bo chciał jej nakreślić o co ją obwinia i co tak naprawdę w niej go boli najbardziej. Nawet jeśli w tej samej chwili była na jakimś magicznym znieczuleniu emocjonalnym. Bo jeśli była to rozmawianie o uczuciach nie miało teraz najmniejszego sensu, bo jak rozmawiać z kimś kto nawet nie jest w stanie cię zrozumieć, bo nie jesteście na tych samych poziomach.