25.05.2025, 18:01 ✶
Byłby wielce poruszony gdyby mógł wiedzieć jakie emocje wywołało w Eden jego gwałtowanie spięcie. Tak, to były czasy wielkiego niepokoju i dlatego właśnie tak bardzo zależało mu na byciu filarem, o który dało się wesprzeć wszystko to, co mogło runąć w dół bez podpory. Pewnie dlatego właśnie tak bardzo zaniedbywał przez lata swoje życie – bo bycie taką podporą wymagało poświęceń, wymagało konkretnych zachowań i reakcji, wymagało trwałości w postanowieniu jakim było dążenie do jak największego dobra jak największej ilości dobrych ludzi – w świecie pełnym kryzysów mało było miejsca na Alastora w Alastorze, bo wypierała go misja. Idea.
Marzenie o wolności.
Więc kiedy zaciskał pięści, kiedy napinał mięśnie, chciał aby wszyscy wokół czuli siłę, spokój. Gotowość do walki, ale w tej gotowości nie miało być rozpaczy, lecz inspiracja.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ludzie którzy się kochają, chłoną nawzajem swoje emocje. Rodzeństwo Moody chłonęło od swoich rodziców głównie chłód – jak wiele mógł wiedzieć o współodczuwaniu? Czy gdyby… Czy gdyby nie wychowano go na wojownika po stronie prawych i sprawiedliwych, byłby złym człowiekiem?
Nie podobało mu się to jak ucichały śmiechy, kiedy ciągnął dłoń blondynki i torował im drogę do okna, żeby przyjrzeć się sytuacji lepiej niż umożliwiała to ich pozycja na porysowanym parkiecie. Jej delikatne palce zaciśnięte na szorstkiej skórze nie pasowały mu do powagi sytuacji – do wielkiego Aurora Moody’ego w wiecznej misji ratowania świata – ale nie istniała rzeczywistość, w której śmiałby przerwać ten gest. Niby nigdy nie miał iść z kimś w parze (Mavelle udowodniła mu już dobitnie, że to było zwyczajne okrucieństwo! Przyniósł jej tak dużo cierpienia, że momentami ciężko mu było patrzeć w lustro…), ale może jednak…
– Popiół? – Zmrużył oczy, analizując kolor. I oczywiście, mógłby się z nią zgodzić – popiół przecież dało się znieść tu wiatrem, wykształtować, ale… – Gdyby leciał tu z daleka osiadłby na budynkach. – Zauważył. – A wokół nie widać żadnego dymu. – To on był tym odważnym, który roztworzył okiennicę i wyjrzał na zewnątrz. – Nie czuć go też. Co może płonąć? – I wychylił się mocniej, żeby dokonać wyjątkowo nieprzyjemnej obserwacji. – On sypie się z chmur.
A później zamarł. Ewidentnie kalkulował dlaczego to zdarzenie miało miejsce akurat tutaj. Czy było wymierzone w niego? W nią? We wszystkich?
– No – westchnął ociężale, przesuwając ręką po twarzy, zupełnie jakby miało mu to pomóc wytrzeźwieć – tośmy popili.
Nie miał dnia wolnego od… od zawsze.
Tak naprawdę to nigdy nie tracił czujności, co potwierdził wsadzeniem palców w usta i gwizdnięciem w celu wezwania sowy. Sowy, która nie nadlatywała.
– Zawsze lata ze mną przynajmniej jedna. – Mimo zagwizdania jeszcze raz, nie nadlatywała.
Marzenie o wolności.
Więc kiedy zaciskał pięści, kiedy napinał mięśnie, chciał aby wszyscy wokół czuli siłę, spokój. Gotowość do walki, ale w tej gotowości nie miało być rozpaczy, lecz inspiracja.
Nie zdawał sobie sprawy z tego, że ludzie którzy się kochają, chłoną nawzajem swoje emocje. Rodzeństwo Moody chłonęło od swoich rodziców głównie chłód – jak wiele mógł wiedzieć o współodczuwaniu? Czy gdyby… Czy gdyby nie wychowano go na wojownika po stronie prawych i sprawiedliwych, byłby złym człowiekiem?
Nie podobało mu się to jak ucichały śmiechy, kiedy ciągnął dłoń blondynki i torował im drogę do okna, żeby przyjrzeć się sytuacji lepiej niż umożliwiała to ich pozycja na porysowanym parkiecie. Jej delikatne palce zaciśnięte na szorstkiej skórze nie pasowały mu do powagi sytuacji – do wielkiego Aurora Moody’ego w wiecznej misji ratowania świata – ale nie istniała rzeczywistość, w której śmiałby przerwać ten gest. Niby nigdy nie miał iść z kimś w parze (Mavelle udowodniła mu już dobitnie, że to było zwyczajne okrucieństwo! Przyniósł jej tak dużo cierpienia, że momentami ciężko mu było patrzeć w lustro…), ale może jednak…
– Popiół? – Zmrużył oczy, analizując kolor. I oczywiście, mógłby się z nią zgodzić – popiół przecież dało się znieść tu wiatrem, wykształtować, ale… – Gdyby leciał tu z daleka osiadłby na budynkach. – Zauważył. – A wokół nie widać żadnego dymu. – To on był tym odważnym, który roztworzył okiennicę i wyjrzał na zewnątrz. – Nie czuć go też. Co może płonąć? – I wychylił się mocniej, żeby dokonać wyjątkowo nieprzyjemnej obserwacji. – On sypie się z chmur.
A później zamarł. Ewidentnie kalkulował dlaczego to zdarzenie miało miejsce akurat tutaj. Czy było wymierzone w niego? W nią? We wszystkich?
– No – westchnął ociężale, przesuwając ręką po twarzy, zupełnie jakby miało mu to pomóc wytrzeźwieć – tośmy popili.
Nie miał dnia wolnego od… od zawsze.
Tak naprawdę to nigdy nie tracił czujności, co potwierdził wsadzeniem palców w usta i gwizdnięciem w celu wezwania sowy. Sowy, która nie nadlatywała.
– Zawsze lata ze mną przynajmniej jedna. – Mimo zagwizdania jeszcze raz, nie nadlatywała.
fear is the mind-killer.