29.05.2025, 15:04 ✶
Spotkanie z członkami Zakonu Feniksa było finalnym zrywem sił, na jaki zdobył się z trudem po tej nocy Woody. Czuł się podle, a przecież kac po alkoholu wyżłopanym po ostatnich zadaniach miał dopiero nadejść. Obolały, obdarty i śmierdzący czarodziej zjawił się u Nory lekko spóźniony. Wyjątkowo nie odstawał od towarzystwa aż tak swoją paskudną powierzchownością menela; wszyscy wyglądali godnie pożałowania.
Słuchał raportów składanych przez pozostałych członków Zakonu, lecz — prawdę powiedziawszy — nie potrafił wyłuskać z nich niczego wartościowego. Wszystko to składało się na zadymiony obraz koszmaru, przez który przeszedł jak oni wszyscy. Koszmaru, który nie miał dla niego na razie sensu innego niż ten, że Śmierciożercy postanowili przeprowadzić ich przez piekło. Cieszył się jednak, że inni zaczynali już snuć dalekosiężne plany o koniecznych pracach na następne dni. On nie był w stanie; wciąż funkcjonował w rzeczywistości Spalonej Nocy, w której liczyło się wyłącznie przetrwanie z minuty na minutę, nie przyszłościowe taktyki.
— Nie, kurwa, Morpheusie, nie, nie używaj już trzeciego oka — wycharczał, gdy brat zaoferował się Thomasowi ze swoim darem, chociażby robił to w duchu żartu. — Nic nam już nie wieszcz, mam dość.
Skrzywił się, po czym sięgnął do kieszeni spodni: tych pięknych, czyściutkich sztruksów, w które przebrał się przed spotkaniem z Jonathanem. Teraz wyglądały jak nadpalony łachman, co go już nawet na ściery człowiek nie potnie.
— Łaziłem całą noc po tym zapomnianym przez bogów padole. — Wyciągnął z kieszeni kartki wyrwane z notesu. — Po Nokturnie — uściślił na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości co do tego, jakie jest najgorsze miejsce w Magicznym Londynie. — Tu mam, gdzie spłonęło, gdzie nie. — Zdał karteluszki do zasobów zakonnych.
Jego raport — choć lśniący srebrzystymi drobinkami brokatowego długopisu, którym został sporządzony — był uporządkowany i metodyczny. Znało się w nim rękę detektywa z wieloletnim stażem w przygotowywaniu dokumentów służbowych.
— Próbowałem się dowiadywać o plotkach na Podziemnych. Chuja, nic z tego. Upchnąłem też u siebie w Rejwachu kilku najbardziej ostentacyjnych mugolaków spod ciemnej gwiazdy. — Nie brzmiał na zadowolonego. — Jest z nimi w miarę, w miarę. Będo żyć.
Na szczęście czy nieszczęście — dodał sam do siebie w myślach.
— E, i żadnych dzieci na Ministra Magii — poparł Jonathana, gdy uświadomił sobie, co proponuje Erik. — Wizerunek władzy i bez tego jest żałośnie słaby. Wiecie, kto by zrobił dobrego Ministra? — Zapauzował na chwilę, nie dowierzając, że naprawdę to mówi. — Tatulo Longbottom. Stary skurwiel nie do zdarcia. Takiego człowieka nam trzeba. O ile w ogóle zrobią jakie wybory.
!Trauma Ognia
Słuchał raportów składanych przez pozostałych członków Zakonu, lecz — prawdę powiedziawszy — nie potrafił wyłuskać z nich niczego wartościowego. Wszystko to składało się na zadymiony obraz koszmaru, przez który przeszedł jak oni wszyscy. Koszmaru, który nie miał dla niego na razie sensu innego niż ten, że Śmierciożercy postanowili przeprowadzić ich przez piekło. Cieszył się jednak, że inni zaczynali już snuć dalekosiężne plany o koniecznych pracach na następne dni. On nie był w stanie; wciąż funkcjonował w rzeczywistości Spalonej Nocy, w której liczyło się wyłącznie przetrwanie z minuty na minutę, nie przyszłościowe taktyki.
— Nie, kurwa, Morpheusie, nie, nie używaj już trzeciego oka — wycharczał, gdy brat zaoferował się Thomasowi ze swoim darem, chociażby robił to w duchu żartu. — Nic nam już nie wieszcz, mam dość.
Skrzywił się, po czym sięgnął do kieszeni spodni: tych pięknych, czyściutkich sztruksów, w które przebrał się przed spotkaniem z Jonathanem. Teraz wyglądały jak nadpalony łachman, co go już nawet na ściery człowiek nie potnie.
— Łaziłem całą noc po tym zapomnianym przez bogów padole. — Wyciągnął z kieszeni kartki wyrwane z notesu. — Po Nokturnie — uściślił na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości co do tego, jakie jest najgorsze miejsce w Magicznym Londynie. — Tu mam, gdzie spłonęło, gdzie nie. — Zdał karteluszki do zasobów zakonnych.
Jego raport — choć lśniący srebrzystymi drobinkami brokatowego długopisu, którym został sporządzony — był uporządkowany i metodyczny. Znało się w nim rękę detektywa z wieloletnim stażem w przygotowywaniu dokumentów służbowych.
— Próbowałem się dowiadywać o plotkach na Podziemnych. Chuja, nic z tego. Upchnąłem też u siebie w Rejwachu kilku najbardziej ostentacyjnych mugolaków spod ciemnej gwiazdy. — Nie brzmiał na zadowolonego. — Jest z nimi w miarę, w miarę. Będo żyć.
Na szczęście czy nieszczęście — dodał sam do siebie w myślach.
— E, i żadnych dzieci na Ministra Magii — poparł Jonathana, gdy uświadomił sobie, co proponuje Erik. — Wizerunek władzy i bez tego jest żałośnie słaby. Wiecie, kto by zrobił dobrego Ministra? — Zapauzował na chwilę, nie dowierzając, że naprawdę to mówi. — Tatulo Longbottom. Stary skurwiel nie do zdarcia. Takiego człowieka nam trzeba. O ile w ogóle zrobią jakie wybory.
!Trauma Ognia
piw0 to moje paliwo