Co za męczący galimatias. Cały ten zamęt między nimi zabierał zbyt dużo czasu antenowego. Był za bardzo angażujący. W życiu nie pomyślałby, że miałby na tyle cierpliwości by wciąż tkwić w czymś co psuje mu aż tyle krwi. Przekonywał sam siebie, wmawiał wręcz sobie, że to tylko dlatego, że nadal jej potrzebuje. Nie dla siebie, nie dla własnych potrzeb, ale jako narzędzia. Wybitnej nekromantki, zdolnej lekarki i wprawionej w eliksirach czarownicy. Jako kolejny klocek na swojej planszy majonga. Tak było mu prościej, myśleć o tym w ten sposób. Uprzedmiotowić ją, uprzedmiotowić tą relację. Bo przyjęcie do wiadomości, że zbyt bardzo sobie ją wymarzył było nieakceptowalne. To by oznaczało, że zbyt bardzo się przywiązał. To by oznaczało, że emocjonalnie upośledzona blondyna miała na niego tak silny wpływ, że nie potrafił nawet sobie jej odpuścić. A z niczego w życiu tak łatwo nie przychodziło mu rezygnować jak z bliskich. Pewnie dlatego było w nim więcej czerni niż szkarłatu. Kruk nie wyłupi oka krukowi. Motto Lestrangów brzmiało dumnie i pokrzepiająco. Jednak jemu z biegiem lat, coraz ciężej było mu się z nim utożsamić. Zdradzał kumpli, mówił rzeczy których żaden jego przyjaciel nie powinien usłyszeć z jego ust. Zachęcił ojca do wydziedziczenia Loretty, bo nie potrafił już jej uratować. A przecież składał na jej dłonie tak wiele obietnic. Przysięgał, że za każdą wylaną jej łzę, świat zapłaci mu morzem krwi. On sam nie wiedział czym była lojalność, by móc wytykać komuś jej brak.
- Em, papa więc? Jeszcze raz zakpił sobie z jej nadętych tonów. Co to miało znaczyć, że przynosi to na znak pożegnania. Na co ona liczyła? Że padnie jej teraz do pantofli i zacznie przepraszać bijąc się w pierś za wszystkie grzechy? Nic takiego, nigdy się nie wydarzy. Jego ego mu na to nie pozwalało. Nawet jeśli złapany za rękę, prędzej odgryzie sobie tę dłoń, a potem połknie. Tylko po to by móc twierdzić, że nikt za żadną rękę go nie złapał, bo on nawet nie ma ręki. Brak uczciwości był wpisany w jego genotyp bardziej niż cokolwiek innego. Zresztą dla niego każde ich spotkanie mogło być tym ostatnim. Przez to jaki miał temperament i czym się zajmował. Każdy dzień mógł być tym ostatnim, dlatego takie ckliwe dorabianie górnolotnych wibracji do zwykłych momentów, nie działało na niego w żaden sposób. Ah nie, wróć. Działało. W ten sposób, że jeszcze bardziej cementował się w przekonaniu, że Cynthia Flint była tak samo dojrzała jak Loretta Lestrange. Tylko mniej fiutów przyjęła do buźki.
Potem puścił oczko do niej, cmoknął kącikiem ust i zwrócił w jej stronę palcem wskazującym. Tym chłopacko-cwaniackim gestem z całą swoją bufonadą zaaprobował jej stwierdzenie, że chaos to jego specjalność. Owszem, robił się paskudny i nieznośny, kiedy rzeczy nie działy się po jego myśli. Ale miał też inną stronę. Taką którą potrafił sprowadzić Cynthię do defensywy. Bo nawet jeśli zachowywał się jak niewychowany gówniarz bez ojca, to w mgnieniu oka potrafił zamienić to kawałek dystyngowania. Widział, że taki styl trafiał do niej o wiele bardziej, niż szczeniackie zagrywki. Chociaż szczeniackie zagrywki perfekcyjnie karmiły jego złośliwą bestię, dając mu ogrom frajdy z upuszczania jej cierpliwości. Dostrzegł, że kiedy spokojnie i do celu przedstawił to co go wkurwia, bez ubierania tego w emocje, Cynthia jakby nieco się skurczyła. To też go wkurwiało. Nie to, że Flint prawidłowo reagowała na szczerą prawdę, czyli minimum wycofania i odrobiny wstydu za swoje postępowanie. Tylko, że musiał specjalnie pod nią dobierać środek przekazu. Tak jakby zdystansowanie się, stonowanie wszystkiego co się czuło było jakąś cnotą najwyższą. Chociaż teraz siedział spokojnie, bez uśmieszków, bez ironii i cynizmu na sobie, to wewnętrznie zbierało się w nim od agresji. Jeszcze moment, a będzie musiał kogoś zabić, żeby odreagować. Skupił się na jej odpowiedzi, ale mało wyglądnie. Obarczył ją może spojrzeniem, czy dwoma w ramach okruchów przyzwoitości, ale ona dalej utrzymywała tę samą, kompletnie zbędą narrację.
- Mam temperament, ale to ja nad nim panuję, nie on nade mną. Stwierdził błyskawicznie. I teraz to super łatwe do punktowania, że salon w jej domu mógłby stwierdzić co innego. Jego cyniczna połówka stwierdziłaby, iż lepszym celem na jego frustracje jest komoda Flintów, niż śliczna buźka Cynthii. Ta druga zaś, bardziej prominentna, stwierdzi zaś, że wszystko ma swoje ujście. Od trzymania w sobie złych emocji człowiek się psuje, a nie fermentuje. Z miłą chęcią oddałby kawałek swojego temperamentu dla nekromantki, żeby chociaż raz mogła poczuć na własnej skórze co to znaczy inicjatywa.
- Żebyśmy się zrozumieli musiałabyś przestać być emocjonalnym nieudacznikiem. Bo kiedy ty analizujesz każdą ewentualność po kilka razy, świat zaczyna cię dublować w tym wyścigu. A jeżeli cokolwiek wydaje ci się skomplikowane to wyłącznie twoja zasługa. Podsumował jej zbyt długawy wywód. Strasznie dużo mówiła, ale nie o tym co powinna. Jak na taką liczbę użytych słów dalej nic nie stawało się bardziej klarowne. Czy za tym był sens dalej rozmawiać? Najwidoczniej nie. - Aż tak cię to boli? Nagła i niekontrolowana konfrontacja w własnymi emocjami to tak wielki cios dla Ciebie? I tyle było z tego poważnego i dojrzałego Lou. Ciężko mu było dłużej utrzymać tę sztuczną forme kiedy słyszał kolejną lawinę bzdur. Rozumiał, że to rozproszenie na jej plecy mogło być nieprzyjemnym uczuciem. Jednak za nic w świecie nie ulegnie propagandzie, że ta drobnostka byłą zbyt wielkim wykroczeniem. - A gdybym to ja przychodził pijany, albo po opium, na nasze spotkania? Albo rozmawiamy o nas szczerze, bez używek i zaklęć, albo nie rozmawiajmy wcale. Dookreślił swoją myśl. Gdyby przychodził na poważne rozmowy pod wpływem czegokolwiek, nie będąc w pełni sobą zgadywał, że też byłaby nim mocno rozczarowana. Z tą różnicą, że nie miała temperamentu by jakkolwiek na to zareagować. A on miał i nie zamierzał za to przepraszać.
- Powiedzieć, że mnie kochasz? Za ironizował sobie widząc, że podała mu tą piłkę wręcz do pustej bramki. Jeszcze tego brakowało, żeby mówił jej co ma mówić i robić. Co jak co, ale takie pytanie było zaskakująco poniżające dla niej, dla niego, dla całej powagi sytuacji. - A jeśli słowa dla ciebie to zbyt wiele, możesz się też rozebrać i wypiąć. Docenię tak samo. Ostatnie splunięcie jadem prosto pod jej nogi. Pytała co powinna zrobić, żeby go urobić? Litości. Błagam. Bogowie ześlijcie łaskę cierpliwości. Gdzie ta Cynthia którą twierdziła, że chce go. -Chcę Cię. Chcę Cię w sposób egoistyczny i zachłanny. Tak kiedyś potrafiła mu powiedzieć. I to dopiero kiedy ściągnęła z siebie te wszystkie chuja warte zaklęcia wygłuszające.
Nie było tutaj już więcej miejsca na dyskusje. Nie kiedy sprowadził to do szorowania jej cielesnością po bruku w tym parku. Objął więc zabezpieczony pakunek pod pachę. Wstając zapiął marynarkę na ostatni guzik, jak to miał w zwyczaju. Pożegnał się lekkim skinięciem głowy i zostawił ją samą z tymi głębokimi jak płaski talerz przemyśleniami. Bo po nim został jedynie krótki świst teleportacji.