11.02.2023, 02:18 ✶
Cynthia pomyślała, że trafiła na wariata i to pod wpływem. Chociaż jej blada buzia na to nie wskazywała i to ona była w znacznie gorszym położeniu, częściowo poirytowana faktem, że mógł o niej w ten sam sposób pomyśleć, to nadal jego zachowanie i ruchy ciała sprawiały, że nie mogła pozbyć się tego określenia z głowy. Wariat. Nie umiała postępować do końca z ludźmi, do których ten epitet przypisywała, bo najtrudniej dobrać było do nich odpowiednią maskę. Lustrowała jego twarz wzrokiem w milczeniu, słuchając monologu, w który wpadł i który dziwnym trafem zgrywał się z dzwonem rozbrzmiewającym w jej głowie. Nie miała pojęcia, czy się zaśmiać? Przełknęła ślinę, ruchem dłoni zgarniając wpadający w srebrny odcień kosmyk włosów i zostawiając go za uchem, wysiliła się jednak na rozbawiony uśmiech. Cokolwiek rozpyliło się po uliczkach, musiało wpływać na system nerwowy i układ pamięci — może trochę paraliżująco? Przez umysł przesuwały się jej kolejne nazwy znanych (głównie ze skutkiem śmiertelnym w przedawkowaniu) substancji, jednak nie była w stanie skojarzyć faktów. Irytowało ją absolutnie wszystko, czego na jej buzi widać nie było.
- Widzę, że opracował Pan cały plan na wieczór. Trafił mi się prawdziwy znawca, amator nocnego i zaczarowanego Londynu. - skwitowała go krótko i dość spokojnie, nie było w jej głosie uszczypliwości, bo zdążyła ugryźć się w policzek. Darowanemu się w zęby nie zagląda, a Merlin jej świadkiem wychowana była przyzwoicie. Chociaż znalazł ją w takim stanie, każda minuta i każdy głębszy oddech sprawiał, że jej stan się polepszał. Miała wysoką odporność na takie rzeczy, głównie za sprawą eksperymentów na ziołach i eliksirach w Hogwarcie. Wygładziła więc płaszcz raz jeszcze, bo niechlujnego wyglądu znieść nie mogła i zostało jej żywić nadzieję, że jej towarzysz odzyska rozum lub przynajmniej przestanie być wariatem publicznie, ale również za wariatkę ją przestanie uznawać.
- Niezupełnie ten smród mam na myśli, nieważne. Niech sobie nie zawraca tym głowy, proszę. - wyjaśniła znów tym samym tonem, opanowanym tak dobrze. Jej dłoń wsunięta w kieszeń wiosennego płaszcza zacisnęła się w pięść, paznokcie wbiły się w jego materiał. Nie lubiła tracić kontroli nad swoim życiem, a nawet nad rozmową.
Gdy podszedł bliżej, mogła się mu lepiej przyznać i wcale na szaleńca nie wyglądał. Byli w podobnym wieku, miał duże i bystre oczy.
- Dziękuje, wszystko dobrze. Tak, oczywiście, niech się Pan tak nie przejmuje. Na pewno nie fatyguję i nie zabieram czasu? Nie chciałabym, aby Pańska rodzina lub partnerka martwiła się Pana późnym powrotem.
Ludzie byli w tych czasach różni, nie raz była świadkiem scen zazdrości lub wielkich awantur wśród dzisiejszych par — głównie z błahych powodów, których Flintówna nie rozumiała już zupełnie. Jednak była też skupiona bardziej na pracy niż na towarzystwie. Wyprostowała się, pewniej usadowiła nogi w szpilkach. Czekając na odpowiedź, patrzyła mu w oczy na tyle, ile otaczający ich półmrok pozwalał. Prawda była taka, że ów kadzidło, ból głowy i efekt uzyskany po wąchaniu tego, co rozpylił ktoś na uliczkach, sprawił, że pewniej by się czuła w towarzystwie, przynajmniej do Dziurawego Kotła.
- Widzę, że opracował Pan cały plan na wieczór. Trafił mi się prawdziwy znawca, amator nocnego i zaczarowanego Londynu. - skwitowała go krótko i dość spokojnie, nie było w jej głosie uszczypliwości, bo zdążyła ugryźć się w policzek. Darowanemu się w zęby nie zagląda, a Merlin jej świadkiem wychowana była przyzwoicie. Chociaż znalazł ją w takim stanie, każda minuta i każdy głębszy oddech sprawiał, że jej stan się polepszał. Miała wysoką odporność na takie rzeczy, głównie za sprawą eksperymentów na ziołach i eliksirach w Hogwarcie. Wygładziła więc płaszcz raz jeszcze, bo niechlujnego wyglądu znieść nie mogła i zostało jej żywić nadzieję, że jej towarzysz odzyska rozum lub przynajmniej przestanie być wariatem publicznie, ale również za wariatkę ją przestanie uznawać.
- Niezupełnie ten smród mam na myśli, nieważne. Niech sobie nie zawraca tym głowy, proszę. - wyjaśniła znów tym samym tonem, opanowanym tak dobrze. Jej dłoń wsunięta w kieszeń wiosennego płaszcza zacisnęła się w pięść, paznokcie wbiły się w jego materiał. Nie lubiła tracić kontroli nad swoim życiem, a nawet nad rozmową.
Gdy podszedł bliżej, mogła się mu lepiej przyznać i wcale na szaleńca nie wyglądał. Byli w podobnym wieku, miał duże i bystre oczy.
- Dziękuje, wszystko dobrze. Tak, oczywiście, niech się Pan tak nie przejmuje. Na pewno nie fatyguję i nie zabieram czasu? Nie chciałabym, aby Pańska rodzina lub partnerka martwiła się Pana późnym powrotem.
Ludzie byli w tych czasach różni, nie raz była świadkiem scen zazdrości lub wielkich awantur wśród dzisiejszych par — głównie z błahych powodów, których Flintówna nie rozumiała już zupełnie. Jednak była też skupiona bardziej na pracy niż na towarzystwie. Wyprostowała się, pewniej usadowiła nogi w szpilkach. Czekając na odpowiedź, patrzyła mu w oczy na tyle, ile otaczający ich półmrok pozwalał. Prawda była taka, że ów kadzidło, ból głowy i efekt uzyskany po wąchaniu tego, co rozpylił ktoś na uliczkach, sprawił, że pewniej by się czuła w towarzystwie, przynajmniej do Dziurawego Kotła.