06.07.2025, 20:38 ✶
Nie była tej nocy kobietą rozsądną. I zadawała sobie pytanie, czy kiedykolwiek tak naprawdę taka była? Od nocy rytuału, wiele rzeczy nabrało innych barw, a jasnowłosa kwestionowała podejmowane przez siebie decyzję lub raczej ich brak. Swój sposób życia. Tak, jakby jasnozielone nici nekromancji obudziły w jej głowie szept, którego źródła nie umiała zlokalizować. Może to było po prostu szaleństwo? Westchnęła, zwilżając spierzchnięte od gorącego powietrza usta, zabrudzone sadzą, jak cała reszta. Zniszczenia nie miały końca, podobnie jak ofiary. I chociaż z perspektywy zegarów nadchodził świt, na próżno było jego śladów szukać nad Londynem. Wiedziała, że nie wszystkich mogła uratować, ale pomimo pełnionej przez nią funkcji w departamencie, składała przysięgę uzdrowicielską. A takowe traktowała po prostu poważnie. Słowa, chociaż coraz mniej ważne, coraz częściej rzucone na wiatr lub nadużywane, dla niej były jakąś formą bycia człowiekiem honoru. Nie uciekała więc nawet gdy na jej drodze stanął kolejny śmierciożerca o przerażającej, srebrnej masce. Nie była to forma strachu oczywistego, ale mimika zamkniętej w metalu twarzy wzbudzała po prostu niepokój, który otulał ramiona patrzących na nią osób, niczym koc z gryzącej wełny.
Nie atakował. Patrzył. Jego serce nie przyspieszyło, nie uderzyła w niego adrenalina lub szaleńcza chęć wyrządzenia krzywdy drugiemu człowiekowi, więc uznała, że ma więcej szczęścia, niż rozumu – przynajmniej teraz. Bo ten konkretny mężczyzna pod kapturem nigdy by jej nie skrzywdził. Ulgą było również spotkanie go, bo znaczyło tyle, że Ministerstwo go nie dostało i nie zginął, a znając jego temperament i sposób bycia, wybrałby prowokację i prędzej zginął w walce, niż się poddał. Omiotła więc go spojrzeniem, zła i zadowolona jednocześnie, zmęczona, przebodźcowana. Spodziewała się monologu i machania rękoma, więc ten drobny gest, sprawił, że przez jej twarz przemknęło zaskoczenie. Rękawiczka wydawała się chłodna na jej rozgrzanej skórze, uspokajająca. W niebieskich oczach pojawiła się zatroskana nuta, a spojrzenie z maski przesunęło się niżej, jakby kolejny raz musiała sprawdzić, że nie ma nigdzie krwi, która mogłaby należeć do niego. Zamknęła palce posłusznie, co nie zdarzało się zbyt często i pokręciła głową.
- Nie martw się o mnie. Wiesz, że umiem sobie poradzić. Ty za to musisz być w dobrej formie. Zabrzmi to w zaistniałych okolicznościach niedorzecznie, ale nie jesteś tu bezpieczny. - wyjaśniła, a jej ramiona drgnęły, jakby rozmawiali o zwykłych nadgodzinach w pracy. Toczyła ze sobą wewnętrzną wojnę i nie bardzo wiedziała, co właściwie mu powiedzieć. Brał w tym udział, bo był lojalny, ale przecież nie pochwalał takich metod. Nie człowiek, za którego go brała i który był jej przyjacielem od tylu lat. - Nie, nic. Tylko drobne rany, oparzenia. Tak wiem, wiem, wolałbyś, żebym była w zupełnie innym miejscu, ale jak doskonale zdajesz sobie sprawę, Ministerstwo wezwało wszystkich, zwłaszcza ludzi z doświadczeniem uzdrowicielskim, chociaż... - obróciła głowę na bok, spoglądając na zgliszcza jakiegoś domu, z którego oderwała się kolejna z desek, rozsypując na popiół po uderzeniu we fragmenty gruzu. - Z tą siłą ognia, niewiele było ofiar, którym można było pomóc.
Nie brzmiała, jakby go oceniała, nie robiła mu wyrzutów – pozorny chłód i spokój dominował w tonie jej głosu, jakby odsunięcie od siebie emocji było dzisiejszej nocy kluczem do sukcesu. I pierwszy raz było to tak trudne do osiągnięcia. Wyprostowała głowę, znów dostrzegając rękawiczkę blisko siebie. Posłała mu pytające spojrzenie, ale nie drgnęła nawet, znów skupiając się na chłodzie materiału – w tym piekle wszystko wydawało się zimne. Nie był to gest, do którego była przyzwyczajona, ale nie umiała połączyć kropek. Ba, nawet jeśli przez myśl jej przeszło, że ostatnia osoba, która w ten sposób ją dotknęła, mogłaby być powiązana z organizacją, nie podążyła jej szlakiem. Zbyt wiele się działo. Uśmiechnęła się jednak, kręcąc głową.
- Jesteś naprawdę zmęczony. - zaczęła retorycznie, dając mu do zrozumienia, że obudziło w nim to chyba sentymentalność. A to często prowadziło do ostrożności. Wyciągnęła więc rękę do góry, zbliżając się nieco i stanęła na palcach, bo nie miała tak wysokich butów, jak zwykle, a potem pstryknęła palcami w czoło maski delikatnie, uważając, aby nie drgnęła i nie spadła. - Spotkałam Twojego towarzysza i chociaż nie był hmmm.. zadowolony z mojej postawy, wciąż żyje. To przez ojca, prawda? Wsparcie, które on wam daję, sprawia, że dopóki nie przeszkadzam za mocno, nie zginę, nawet pracując w Ministerstwie? Nie możesz sobie teraz pozwolić na troskę o kogoś innego niż Ty sam.. Pomyśl, co powiedziałaby Twoja matka.- opadła na całe stopy, cofając dłoń i poprawiła torbę na ramieniu. Zapomniała się trochę, to nie było bezpieczne dla nich obojga, bo gdyby ktoś zobaczył, o Merlinie. Jakby miała się z tego wyłgać. Ściągnęła brwi. - Idź, zanim ktoś zobaczy. A jeśli tak, to mnie po prostu zaatakuj. Nie narażaj się żadnej ze stron, rozumiesz? Ja sobie poradzę, a wiesz, że magia bojowa nie jest moim największym talentem. Mogłabym złamać Ci rękę, ale bardzo bym nie chciała. - przekręciła głowę na bok, lustrując go wzrokiem, zanim rozejrzała się kolejny raz.
Nie zauważyła cienia wśród czerni spalenizny, nie wyczuła spojrzenia i kłopotów, które miały za kilka chwil nadejść.
Nie atakował. Patrzył. Jego serce nie przyspieszyło, nie uderzyła w niego adrenalina lub szaleńcza chęć wyrządzenia krzywdy drugiemu człowiekowi, więc uznała, że ma więcej szczęścia, niż rozumu – przynajmniej teraz. Bo ten konkretny mężczyzna pod kapturem nigdy by jej nie skrzywdził. Ulgą było również spotkanie go, bo znaczyło tyle, że Ministerstwo go nie dostało i nie zginął, a znając jego temperament i sposób bycia, wybrałby prowokację i prędzej zginął w walce, niż się poddał. Omiotła więc go spojrzeniem, zła i zadowolona jednocześnie, zmęczona, przebodźcowana. Spodziewała się monologu i machania rękoma, więc ten drobny gest, sprawił, że przez jej twarz przemknęło zaskoczenie. Rękawiczka wydawała się chłodna na jej rozgrzanej skórze, uspokajająca. W niebieskich oczach pojawiła się zatroskana nuta, a spojrzenie z maski przesunęło się niżej, jakby kolejny raz musiała sprawdzić, że nie ma nigdzie krwi, która mogłaby należeć do niego. Zamknęła palce posłusznie, co nie zdarzało się zbyt często i pokręciła głową.
- Nie martw się o mnie. Wiesz, że umiem sobie poradzić. Ty za to musisz być w dobrej formie. Zabrzmi to w zaistniałych okolicznościach niedorzecznie, ale nie jesteś tu bezpieczny. - wyjaśniła, a jej ramiona drgnęły, jakby rozmawiali o zwykłych nadgodzinach w pracy. Toczyła ze sobą wewnętrzną wojnę i nie bardzo wiedziała, co właściwie mu powiedzieć. Brał w tym udział, bo był lojalny, ale przecież nie pochwalał takich metod. Nie człowiek, za którego go brała i który był jej przyjacielem od tylu lat. - Nie, nic. Tylko drobne rany, oparzenia. Tak wiem, wiem, wolałbyś, żebym była w zupełnie innym miejscu, ale jak doskonale zdajesz sobie sprawę, Ministerstwo wezwało wszystkich, zwłaszcza ludzi z doświadczeniem uzdrowicielskim, chociaż... - obróciła głowę na bok, spoglądając na zgliszcza jakiegoś domu, z którego oderwała się kolejna z desek, rozsypując na popiół po uderzeniu we fragmenty gruzu. - Z tą siłą ognia, niewiele było ofiar, którym można było pomóc.
Nie brzmiała, jakby go oceniała, nie robiła mu wyrzutów – pozorny chłód i spokój dominował w tonie jej głosu, jakby odsunięcie od siebie emocji było dzisiejszej nocy kluczem do sukcesu. I pierwszy raz było to tak trudne do osiągnięcia. Wyprostowała głowę, znów dostrzegając rękawiczkę blisko siebie. Posłała mu pytające spojrzenie, ale nie drgnęła nawet, znów skupiając się na chłodzie materiału – w tym piekle wszystko wydawało się zimne. Nie był to gest, do którego była przyzwyczajona, ale nie umiała połączyć kropek. Ba, nawet jeśli przez myśl jej przeszło, że ostatnia osoba, która w ten sposób ją dotknęła, mogłaby być powiązana z organizacją, nie podążyła jej szlakiem. Zbyt wiele się działo. Uśmiechnęła się jednak, kręcąc głową.
- Jesteś naprawdę zmęczony. - zaczęła retorycznie, dając mu do zrozumienia, że obudziło w nim to chyba sentymentalność. A to często prowadziło do ostrożności. Wyciągnęła więc rękę do góry, zbliżając się nieco i stanęła na palcach, bo nie miała tak wysokich butów, jak zwykle, a potem pstryknęła palcami w czoło maski delikatnie, uważając, aby nie drgnęła i nie spadła. - Spotkałam Twojego towarzysza i chociaż nie był hmmm.. zadowolony z mojej postawy, wciąż żyje. To przez ojca, prawda? Wsparcie, które on wam daję, sprawia, że dopóki nie przeszkadzam za mocno, nie zginę, nawet pracując w Ministerstwie? Nie możesz sobie teraz pozwolić na troskę o kogoś innego niż Ty sam.. Pomyśl, co powiedziałaby Twoja matka.- opadła na całe stopy, cofając dłoń i poprawiła torbę na ramieniu. Zapomniała się trochę, to nie było bezpieczne dla nich obojga, bo gdyby ktoś zobaczył, o Merlinie. Jakby miała się z tego wyłgać. Ściągnęła brwi. - Idź, zanim ktoś zobaczy. A jeśli tak, to mnie po prostu zaatakuj. Nie narażaj się żadnej ze stron, rozumiesz? Ja sobie poradzę, a wiesz, że magia bojowa nie jest moim największym talentem. Mogłabym złamać Ci rękę, ale bardzo bym nie chciała. - przekręciła głowę na bok, lustrując go wzrokiem, zanim rozejrzała się kolejny raz.
Nie zauważyła cienia wśród czerni spalenizny, nie wyczuła spojrzenia i kłopotów, które miały za kilka chwil nadejść.