09.07.2025, 00:47 ✶
Auror uniósł w górę jedną z brwi i spojrzał na niego. Jego mina wyrażała wtedy rozbawienie – wiele osób odebrałoby zapewne „nie jest to jakieś wielkie utrapienie” niczym okropny, personalny atak, albo przynajmniej pstryczek w nos, ale najwyraźniej Alastor Moody nie był jedną z nich – całkowicie zaakceptował odpowiedź i prowadził rozmowę dalej.
– Trochę już żyję na tym świecie i jesteś pierwszą osobą, która nazywa mnie „podekscytowanym” – przyznał, dostrzegając w sobie co prawda jakieś nowe emocje, ale niekoniecznie był w stanie je zinterpretować głębiej niż to, że obecność Sebastiana wydawała się powiewem świeżości po wielu żmudnych dniach obserwacji tegoż domostwa w kompletnym osamotnieniu. Tak, owszem, przyzwyczaił się już dawno do pracy w pojedynkę, ale kłamstwem byłoby udawanie, że w żaden sposób nie oddziaływało to na jego nastrój. On też miał prywatne życie. Lubił swoją rodzinę, lubił się uśmiechać. Pić tanie piwo w swoim ulubionym barze i tańczyć. Grać w gry planszowe. Ten mundur mu nie ciążył – przywarł do niego i definiował go bardziej niż cokolwiek innego – ale to nie znaczyło, że nie brakowało mu w tym ludzi otwartych na swobodne interakcje. Nie duszących się od widoku połyskującego metalu i odznaki. Ekscytacja – niech będzie? Chociaż jego znajomi zdawali się dostrzegać w nim spokój i stabilność, na którą niewielu mogło sobie pozwolić.
– Ja? Taka trajkotka? Powinieneś poznać moją siostrę, jestem przy niej jak szara myszka... – Powiedział to znów w tak wesoły sposób, jakby znów miał się zaśmiać, ale tego nie zrobił. Nie dlatego, że mówił o Millie, zwyczajnie nie chciał wyjść na jakiegoś oszołoma i natręta. A Millie faktycznie przegadałaby ich obu, najpewniej nie dając Sebastianowi dojść do słowa wcale. Starszy Moody wydawał się przy niej człowiekiem o wiele bardziej wyważonym.
I o wiele częściej wykorzystywany przez swoich przełożonych.
– Nikt nie narzekał. Ale tak, zawsze na mnie oszczędzali – odpowiedział niezręcznie, mając wrażenie, że ponosi odpowiedzialność za coś, co niekoniecznie przypadło Macmillanowi do gustu. Nie byłby jednak synem swojego ojca, gdyby tego nie skwitował wzruszeniem ramion. Praca pozostawała pracą, nawet kiedy towarzyszył ci wyjątkowo zabawny kapłan. – Na pocieszenie, jeszcze przez godzinę mają otwarty bufet, w którym możesz nałożyć sobie co chcesz. – Na tym zalety się nie kończyły (ale reszta nie była jakaś wybitna...). Wynajęty przez Departament Przestrzegania Prawa pokój dwuosobowy znajdował się w mugolskiej, turystycznej miejscówce. Nie było tu szansy na prywatność na korytarzu lub we wcześniej wspomnianym bufecie, a przestrzeń była mało przestronna. Miała jednak dużą zaletę – czystość. Wykrochmalona pościel pozbawiona pluskiew, czyste okna, odkurzone dywany, przetarte meble. Brak luksusu nie równał się zaniedbaniu.
Moody wniósł walizkę na piętro, sugerując przy okazji, żeby Macmillan uważał na stopnie i nie potknął się o końcówkę swojej szaty. Mundur, jaki sam nosił, okazywał się całkiem praktyczny – rozcięcia w odpowiednich miejscach umożliwiały swobodne ruchy nawet na ciasnej przestrzeni. Otwierając przed Sebastianem drzwi, wciąż uśmiechał się serdecznie, można też było wtedy spostrzec, że mu się przekrzywiło zapięcie tuż przy szyi. Nie było to coś, co jakkolwiek mu przeszkadzało, ale stało się powodem zniknięcia Alastora za drzwiami łazienki, gdzie pierwszy raz dziś spojrzał w lustro i...
I zatrzymał się, wpatrując w to odbicie z nieskrywanym szokiem.
Tak, było wiele weselszy niż zazwyczaj. No dobrze, każda uszczypliwość spłynęła po nim jak woda po kaczce, ale... Nie spodziewał się zobaczyć na swojej twarzy pociągłego rumieńca. Dotknął rozgrzanej skóry na policzkach i nosie, odetchnął głęboko. Ciemnofioletowa łuna otaczająca jego oblicze w niektórych fragmentach skrzyła się delikatnym, pudrowym różem. Nic nie mówiąc poprawił to zapięcie, wyszedł z łazienki nie chcąc blokować jej komuś po długiej podróży i każdy by się zorientował, że coś w jego spojrzeniu się zmieniło. Przesunął nim po twarzy kapłana o wiele wnikliwiej niż wcześniej, analizując przy tym wyjątkowo zbliżony odcień aury.
– Trochę już żyję na tym świecie i jesteś pierwszą osobą, która nazywa mnie „podekscytowanym” – przyznał, dostrzegając w sobie co prawda jakieś nowe emocje, ale niekoniecznie był w stanie je zinterpretować głębiej niż to, że obecność Sebastiana wydawała się powiewem świeżości po wielu żmudnych dniach obserwacji tegoż domostwa w kompletnym osamotnieniu. Tak, owszem, przyzwyczaił się już dawno do pracy w pojedynkę, ale kłamstwem byłoby udawanie, że w żaden sposób nie oddziaływało to na jego nastrój. On też miał prywatne życie. Lubił swoją rodzinę, lubił się uśmiechać. Pić tanie piwo w swoim ulubionym barze i tańczyć. Grać w gry planszowe. Ten mundur mu nie ciążył – przywarł do niego i definiował go bardziej niż cokolwiek innego – ale to nie znaczyło, że nie brakowało mu w tym ludzi otwartych na swobodne interakcje. Nie duszących się od widoku połyskującego metalu i odznaki. Ekscytacja – niech będzie? Chociaż jego znajomi zdawali się dostrzegać w nim spokój i stabilność, na którą niewielu mogło sobie pozwolić.
– Ja? Taka trajkotka? Powinieneś poznać moją siostrę, jestem przy niej jak szara myszka... – Powiedział to znów w tak wesoły sposób, jakby znów miał się zaśmiać, ale tego nie zrobił. Nie dlatego, że mówił o Millie, zwyczajnie nie chciał wyjść na jakiegoś oszołoma i natręta. A Millie faktycznie przegadałaby ich obu, najpewniej nie dając Sebastianowi dojść do słowa wcale. Starszy Moody wydawał się przy niej człowiekiem o wiele bardziej wyważonym.
I o wiele częściej wykorzystywany przez swoich przełożonych.
– Nikt nie narzekał. Ale tak, zawsze na mnie oszczędzali – odpowiedział niezręcznie, mając wrażenie, że ponosi odpowiedzialność za coś, co niekoniecznie przypadło Macmillanowi do gustu. Nie byłby jednak synem swojego ojca, gdyby tego nie skwitował wzruszeniem ramion. Praca pozostawała pracą, nawet kiedy towarzyszył ci wyjątkowo zabawny kapłan. – Na pocieszenie, jeszcze przez godzinę mają otwarty bufet, w którym możesz nałożyć sobie co chcesz. – Na tym zalety się nie kończyły (ale reszta nie była jakaś wybitna...). Wynajęty przez Departament Przestrzegania Prawa pokój dwuosobowy znajdował się w mugolskiej, turystycznej miejscówce. Nie było tu szansy na prywatność na korytarzu lub we wcześniej wspomnianym bufecie, a przestrzeń była mało przestronna. Miała jednak dużą zaletę – czystość. Wykrochmalona pościel pozbawiona pluskiew, czyste okna, odkurzone dywany, przetarte meble. Brak luksusu nie równał się zaniedbaniu.
Moody wniósł walizkę na piętro, sugerując przy okazji, żeby Macmillan uważał na stopnie i nie potknął się o końcówkę swojej szaty. Mundur, jaki sam nosił, okazywał się całkiem praktyczny – rozcięcia w odpowiednich miejscach umożliwiały swobodne ruchy nawet na ciasnej przestrzeni. Otwierając przed Sebastianem drzwi, wciąż uśmiechał się serdecznie, można też było wtedy spostrzec, że mu się przekrzywiło zapięcie tuż przy szyi. Nie było to coś, co jakkolwiek mu przeszkadzało, ale stało się powodem zniknięcia Alastora za drzwiami łazienki, gdzie pierwszy raz dziś spojrzał w lustro i...
I zatrzymał się, wpatrując w to odbicie z nieskrywanym szokiem.
Tak, było wiele weselszy niż zazwyczaj. No dobrze, każda uszczypliwość spłynęła po nim jak woda po kaczce, ale... Nie spodziewał się zobaczyć na swojej twarzy pociągłego rumieńca. Dotknął rozgrzanej skóry na policzkach i nosie, odetchnął głęboko. Ciemnofioletowa łuna otaczająca jego oblicze w niektórych fragmentach skrzyła się delikatnym, pudrowym różem. Nic nie mówiąc poprawił to zapięcie, wyszedł z łazienki nie chcąc blokować jej komuś po długiej podróży i każdy by się zorientował, że coś w jego spojrzeniu się zmieniło. Przesunął nim po twarzy kapłana o wiele wnikliwiej niż wcześniej, analizując przy tym wyjątkowo zbliżony odcień aury.
fear is the mind-killer.