Głośny grzmot zwiastuje światło na niebie. Dlatego kochał hałas. Nocne konstelacje choć przepiękne w swej postaci, zawieszone nad głowami były co noc. Dostępne dla każdego, dla tych z duszą i bez grosza przy duchu. Statyczne i wszechobecne na nieboskłonie, z czasem nie zaskakiwały już niczym. Dodawały uroku tym czym była noc w całej swojej nieprzeniknionej tajemniczości, zupełna racja. Wciąż jednak uwarunkowane od najjaśniejszej z nich, bo tylko kiedy jej brakowały, cała reszta mogła czuć się w końcu zauważona. Kochał hałas, nocą tego zwykle brakowało. W jego uszach jednak zabrzmiało echo setek grzmotów. Nagły skok ciśnienia i fala ekscytacji sprawiła, że dokładnie słyszał każde uderzenie własnego serca, w setkach też liczone. Paradoksalnie, bo niej była zaklęta cisza burzy. To lodowate napięcie, które osiada na skórze przed pierwszym uderzeniem pioruna, i to duszne ciepło, które każe oddychać szybciej, jakby powietrza miało dzisiaj komuś dzisiaj nie wystarczyć. Kochał burzę za to jak nagła i gwałtowna potrafiła być. Za światło, które dawała tak szczątkowo, tak zdawkowo. Na pioruny nie potrafiłby się nigdy dość napatrzeć, każde uderzenie było niepowtarzalne. Na chwilę, na moment, tak że nie sposób nawet było zapamiętać ich pięknego widoku. Zawsze była dla niego jak burza. Wolno mu było jedynie przyglądać się jej rozbłyskom, ale nigdy zbliżyć się na tyle, ile tego pragnął.
Lorraine całowała tak, jakby w jej ustach spotykały się dwa pożary. Odległej, zimnej gwiazdy oraz płomień wąskiej świecy. Jedno światło obce i nieosiągalne, drugie bliskie, ale drżące. Dwa pożary, żaden z nich nie go parzył, ale oba rozpalały. Znowu dał się przekonać, znowu uległ jej zaklęciu. Dał się przekonać, że gwiazdy potrafią być czymś innym, niż za jakie brał jej do tej pory. - Mam więcej, niż jedno życzenie, złota rybko. Odparł rezolutnie i zadziornie. Odpowiedział tak jak za każdym razem, kiedy czuł, że wygrywa. Bo nauczony był, by nigdy nie pokazywać po sobie przesadniej radości z sukcesu. Bo przecież każdy zwycięski krok był czymś co było założeniem od początku. Nie odpowiednim więc było cieszyć się z czegoś co wydarzyć się po prostu powinno. Wyuczonym gestem paniczyka, jak zwykle cynizmem lub sarkazmem zasłaniał wszystkie swoje wrażliwe punkty. Tak jak teraz, w negliżu całego swojego wnętrza przed nią, bo tak bardzo sobie ją wymarzył.
Niby wiedział, że udaje. W tej całej swojej powściągliwości, ta skromna delikatność z etykietą młodej arystokratki, której nawet ona nie ujrzy w żadnym lustrze. Doskonale udawała, wciąż jednak tego nie posiadała. Bo piękne kobiety doskonale wiedziały, że są piękne. Nie potrzebowały żadnych rycerzy z legend i chłopców na bruku wychowanych, żeby o tym wiedzieć. Wciąż jednak przed nimi udawały, bo pierwszą i ostatnią rzeczą, o której myślał każdy z tych złośników, była piękna kobieta, zaskoczona, że ktoś odkrył ich piękno. Może gdyby Louvain sam nauczyłby się tego, a nie usłyszał od Loretty, która chciała trzymać go od koleżanek jak najdalej, zachowywałby się teraz inaczej. Nie jak łatwowierne dziecko. Ojej, cukierek. Ojej, kolejny. Ojej, następny. Jednak to co roztaczała, było piękne. Najpiękniejsze co widział w życiu, dlaczego miałby się przed melodią tą opierać? Do tej melodii miał największą motywację, żeby robisz wszystko to co wydawało się niemożliwe. I być może nie znali się tak dobrze jak mogłoby się wydawać, bo on w największej swojej szczerości był przekonany o własnej sprawczości. Nie warto było mówić, że czegoś nie może, lub coś jest niemożliwe, bo w najlepszym przypadku zginie sam. Zmienić świat, albo zdechnąć próbując.. Tak naprawdę świat był jedynie pretekstem. Powiedział to, bo inaczej musiałby przyznać, że to nie świat chciał oddać w jej dłonie, tylko samego siebie. A to byłoby bardziej hańbiące niż utrata wszystkiego co miał. Świat mógł stworzyć na nowo, ale siebie potrafiłby oddać tylko raz.
- Bądź moja, i nigdy więcej już niczyja. Nie obchodzi mnie, czy zrani mnie to, czy ocali. Nie obchodzi mnie kogo będę musiał zabić, by to spełnić. Nie obchodzi mnie jakie miejsce będę musiał zniszczyć, by nigdzie nie mogli schować cię przede mną. Nie obchodzi mnie nic poza Tobą. Powiedział otwarcie tak jak prawie nigdy. Nie kryjąc przed nią ani przed sobą żadnego okruszka swojej zachłanności. Zachłanności, która była umoczona w krwi i niegodziwości. Przecież tak było od początku. Od zawsze liczył się wyłącznie cel, a nie środki. Jeśli nie bał się śmierci, nie straszne mu były żadne grzechy. Przed żadnym bóstwem nie uderzyłby się w pierś na znak własnej winy. Jakiej winy, kiedy nie czułby żadnego żalu brodząc w sadzy świata, który spaliłby dla niej i przez nią. Nie istniało żadne bóstwo godne, by go sądzić nawet za samą myśl o tragediach do jakich był zdolny.