01.10.2025, 14:04 ✶
Peregrinus posiadał ponadprzeciętną umiejętność zaciskania zębów i znoszenia dowolnych niedogodności w ciszy. Cokolwiek się nie działo, zbierał się po tym w samotności, a gdy wychodził do ludzi, był jak zawsze ułożony. Spalona Noc była dla niego zapewne przeżyciem przerażającym, choć ciężko o tym w pełni orzekać, gdy się jej nie napisało. Bez wątpienia jednakże inni mieli gorzej, a Peregrinus Trelawney był jedną z mniej dotkliwie doświadczonych pożarami osób. Ot, zalety trzymania głowy nisko — choć tym razem nie uchroniło go to przed ostrymi odłamkami lecącymi z okien. Pominąwszy więc te skaleczenia i porcję strachu, wyszedł ze zbiorowej traumy raczej obronną ręką. Jego dom pozostał nienaruszony, Praw Czasu także ogień nie strawił, a po tych niemal trzech tygodniach, które minęły od pamiętnej daty ósmego września, zagoiły się i rany, i szok.
Gdy tamtego wieczora odbijał się w lustrze swojej łazienki, wyglądał tak samo jak zawsze (być może pozostały mu jakieś blizny, lecz o tym jeszcze nic nie wiadomo). Wciąż był z niego bladziuchny, nawiedzony wróżbita z apokalipsą w oku, lecz obok niej czaiły się na powrót iskierki oszczędnego, choć zaczepnego poczucia humoru.
— Dlatego próbujesz je zniszczyć? — Uniósł brew, obracając głowę tak, aby wytrząsnąć spomiędzy loczków bezczelne palce.
Łazienka nie zmieniła się nic od ostatniej wizyty Millie — pominąwszy to, że leżał w niej dodatkowy zestaw przyborów toaletowych należący do Dægberhta — lecz tego wieczora była jasnym punktem na mapie sczeraniałego Londynu. Dom Trelawneyów niespodziewanie zyskał na przytulności, gdy wszystko wokół spłonęło. Pomogło również, że w jego progi wprowadził się dodatkowy lokator, niezależnie od tego, czy spędzał tu dużo czasu. Ktoś tu żył (choć akurat sam Peregrinus coraz mniej).
— Czasem coś robię… czasem nie. Zależy, ile pracuję i czy mam na to wszystko siłę. — Patrzył kątem oka, jak Millie dobiera się do jego półeczki z kosmetykami kąpielowymi. On sam tymczasem wysunął szufladę i wydobył spomiędzy pasty do zębów a pianki do golenia poskładaną setki razy, wymiętoszoną kartkę magazynu, która straciła dawno swój śliski blask. Była to, a jakże, Czarownica. — Gdyby przestrzegać w pełni reżimu proponowanego przez szanowną redakcję, nie wychodziłbym z łazienki. — Rozwinął kartkę i dla odświeżenia pamięci przejrzał ją wzrokiem, opierając się biodrami o umywalkę. — Proponują tutaj olejki przed myciem. Zmywanie ich odżywką, nie byle jaką, jak się okazało. Rekomendowana rzeczywiście ta od Potterów, lecz koniecznie w niebieskiej tubce. Podobnież to istotne. Następnie szampon, znów odżywka, tym razem dowolna. Jak widzisz, mnóstwo pracy, której na szczęście nie muszę regularnie wykonywać, ponieważ jestem ledwie skromnym cieniem gwiazdy. — Podał kuzynce kolorową rozpiskę, aby sama mogła zapoznać się z wytycznymi specjalistek dziedziny fryzjerstwa. — Skąd u ciebie to zainteresowanie?
Zmierzył ją teatralnie podejrzliwym wzrokiem, niby to chcąc dać jej znać, że czuje jakiś podstęp, lecz chodziło przede wszystkim o to, aby napatrzeć się na szczęśliwą Mildred. Wydawała się tak żywa i lekka. Niczym nie przypominała zrujnowanego cienia, który odwiedził w Lecznicy Dusz czy podejmował w tej samej łazience po Windermere. Coś jej służyło, choć Peregrin nie podejrzewał, aby to konkretnie pożary tak pięknie ją zarumieniły.
Gdy tamtego wieczora odbijał się w lustrze swojej łazienki, wyglądał tak samo jak zawsze (być może pozostały mu jakieś blizny, lecz o tym jeszcze nic nie wiadomo). Wciąż był z niego bladziuchny, nawiedzony wróżbita z apokalipsą w oku, lecz obok niej czaiły się na powrót iskierki oszczędnego, choć zaczepnego poczucia humoru.
— Dlatego próbujesz je zniszczyć? — Uniósł brew, obracając głowę tak, aby wytrząsnąć spomiędzy loczków bezczelne palce.
Łazienka nie zmieniła się nic od ostatniej wizyty Millie — pominąwszy to, że leżał w niej dodatkowy zestaw przyborów toaletowych należący do Dægberhta — lecz tego wieczora była jasnym punktem na mapie sczeraniałego Londynu. Dom Trelawneyów niespodziewanie zyskał na przytulności, gdy wszystko wokół spłonęło. Pomogło również, że w jego progi wprowadził się dodatkowy lokator, niezależnie od tego, czy spędzał tu dużo czasu. Ktoś tu żył (choć akurat sam Peregrinus coraz mniej).
— Czasem coś robię… czasem nie. Zależy, ile pracuję i czy mam na to wszystko siłę. — Patrzył kątem oka, jak Millie dobiera się do jego półeczki z kosmetykami kąpielowymi. On sam tymczasem wysunął szufladę i wydobył spomiędzy pasty do zębów a pianki do golenia poskładaną setki razy, wymiętoszoną kartkę magazynu, która straciła dawno swój śliski blask. Była to, a jakże, Czarownica. — Gdyby przestrzegać w pełni reżimu proponowanego przez szanowną redakcję, nie wychodziłbym z łazienki. — Rozwinął kartkę i dla odświeżenia pamięci przejrzał ją wzrokiem, opierając się biodrami o umywalkę. — Proponują tutaj olejki przed myciem. Zmywanie ich odżywką, nie byle jaką, jak się okazało. Rekomendowana rzeczywiście ta od Potterów, lecz koniecznie w niebieskiej tubce. Podobnież to istotne. Następnie szampon, znów odżywka, tym razem dowolna. Jak widzisz, mnóstwo pracy, której na szczęście nie muszę regularnie wykonywać, ponieważ jestem ledwie skromnym cieniem gwiazdy. — Podał kuzynce kolorową rozpiskę, aby sama mogła zapoznać się z wytycznymi specjalistek dziedziny fryzjerstwa. — Skąd u ciebie to zainteresowanie?
Zmierzył ją teatralnie podejrzliwym wzrokiem, niby to chcąc dać jej znać, że czuje jakiś podstęp, lecz chodziło przede wszystkim o to, aby napatrzeć się na szczęśliwą Mildred. Wydawała się tak żywa i lekka. Niczym nie przypominała zrujnowanego cienia, który odwiedził w Lecznicy Dusz czy podejmował w tej samej łazience po Windermere. Coś jej służyło, choć Peregrin nie podejrzewał, aby to konkretnie pożary tak pięknie ją zarumieniły.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie