Miłość nigdy nie była sprawiedliwa. Zawsze wystawia na próbę, wymaga poświęceń i cierpienia, a czasem nagradza tylko tym, co najbardziej bolało. Louvain zawahał się na ułamek sekundy, próbując rozeznać własne motywacje. Zwykle nie rozmyślał zbyt wiele nad tym co łączyło go z nią i z tym miejscem. To tutaj była jego mała świątynia oczyszczenia, nie wynosił poza próg Ataraxii to jaki potrafił być tylko dla niej. Czy robił to jeszcze dla zemsty, dla chłodnej satysfakcji z wywołania bólu w świecie Alexandra? Czy może, z każdym krokiem, stawał się po prostu coraz bardziej bezlitosny, karmiąc się własnym pragnieniem kontroli i władzy nad losem innych? Może już sam się w tym pogubił, nie był pewien, co w tym jest karą dla niej, a co przyjemnością dla niego, a może granica zawsze była płynna, zależna od jej reakcji. Fascynował go w niej aspekt cierpienia, zwłaszcza ten subtelny, niemal heroiczny wymiar, gdy znosiła ból z powodu miłości do Alexandra. Im bardziej odczuwał jej poświęcenie, tym wyraźniej dostrzegał w nim paliwo dla własnej przyjemności. Bo czym byłaby miłość, jeśli nie poddana próbie? I w tym paradoksie kryła się jego perwersyjna duma: dawał jej powody do uszlachetnienia samej siebie, jednocześnie karmiąc własną przyjemność jej cierpieniem. W końcu, cynicznie przyznał przed sobą: była jego pierwszą. Pierwszą, która uczyniła go sadystą, pierwszą, która pokazała, jak przyjemne może być obserwowanie, jak piękne i wrażliwe stworzenie staje się bezbronne w jego rękach.
Ile krwi wystarczy, żeby spłacić dług?
Myśl przebiegła się przez jego umysł jak kropla gorącego wosku spływająca po świecy. Powolna, nieubłagana, paląca dokładnie tam, gdzie trzeba. Nie liczyły się emocje ani skrucha. Liczył się tylko smak chwili: jej bezbronność, drgający cierń w oczach, gdy jej własne uczucia wystawiały ją na próbę, którą on tak skrupulatnie konstruował. Im piękniejsza wydawała mu się w świetle świec, tym bardziej pragnął doprowadzić ją do łez i krzyku, karmiąc się każdą wibracją cierpienia. Przesunął palcem po poręczy krzesła, zostawiając ledwie widoczny ślad w kurzu. Cisza była lepka od dymu kadzidła, wypełniona napięciem, które Louvain odczuwał jak własny puls. Każdy jej ruch, każda nieświadoma reakcja była dla niego pożywieniem, subtelnym przypomnieniem, jak łatwo można kształtować cierpienie i podnieść je do rangi sztuki. Wyciągnął małe pudełko i położył je na stole. W jego wnętrzu błyszczał naszyjnik, który był równie przewrotny, co jego zamiary. Heliotrop połyskiwał czerwono-brązowym ogniem, symbolizując słońce i energię, a oboje wiedzieli jak ona nienawidziła, kiedy zwracał się do niej w ten sposób. Agat lśnił w odcieniach ziemi, symbol wierności i miłości, cynicznie podkreślając, że nie zamierza odpuścić jej udręk ani odejść; jego obecność miała być stała, jak jej cierpienie. A ametyst, kamień znaków Skorpiona i Ryb, splótł ich losy w jedno, przypominając jej i jemu, że byli ze sobą powiązani w sposób, którego żadna siła nie mogła przerwać. Naszyjnik był jak mały rytuał, błyskotliwy i piękny, a zarazem niepokojący bo obietnica troski jaką przekładał, była równie subtelnie brutalna, jak on sam. Nie zamierzał też uprzedzać, że będzie w stanie założyć go tylko raz. Że jeśli będzie próbowała go zdjąć przylgnie do jej szyi tak nienawistnie jak potrafił to zrobić Lestrange.
- Fascynujesz mnie, wiesz… - powiedział powoli, unosząc lekko brew. - Czasem prawie podziwiam twój talent do prowokowania. Naprawdę… mało kto potrafiłby wyciągnąć ze mnie to, co najgorsze, i jeszcze wyglądać przy tym tak niewinnie. Przesunął pudełko bliżej niej, bez pośpiechu, bez oczekiwania wdzięczności. Cisza ważyła ciężko, a każdy jego ruch był częścią jego własnej zabawy, którą prowadził: obserwacja, kontrola, przyjemność z jej reakcji. Nie musiał wcale tłumaczyć jej wszystkich szczegółów. To ona była tą od odczytywania symboliki i ukrytych przekazów. Po prostu starał się czerpać z tej chwili całą przyjemność jaką mu ona sprawiała. Wątpił, żeby odrzuciła jego prezent. Miał przeczucie, że na swój pokrętny sposób jest również wciągnięta w tą popierdoloną układankę.
W końcu jego spojrzenie zwęziło się, a w głowie zrodziła się myśl, która miała rozstrzygnąć kiedyś całą grę. - Czy to ja będę jego końcem, czy on moim?