Nowe piętro, ten sam zapach kawy. A jednak Louvain czuł, jakby wszystko zaczynało się od nowa. Nie dlatego, że nie znał Ministerstwa, znał je bardzo dobrze. Ale tutaj, w cieniu Wizengamotu, wszystko miało inny ciężar. Każde słowo brzmiało jak zeznanie, każdy gest miał znaczenie. To nie była już biurokracja. To był teatr sprawiedliwości, w którym wszyscy odgrywali swoje role z należytą powagą, udając, że wierzą w prawdę. Z pozoru wyglądał jak człowiek, który właśnie wkraczał w nową przyszłość, z równym mankietem, chłodnym spojrzeniem i wyćwiczonym tonem urzędnika. W środku jednak tliło się coś innego. Nie żal. Nie strach. Coś bliższego ekscytacji. Po Spalonej Nocy zapach spaczenia nie chciał opuścić jego skóry. Nie był to zwykły dym ani popiół, lecz coś trwałego, jak wspomnienie wypalone pod paznokciami, tkwiące głęboko w każdym zakamarku ciała. Tym razem nie zamierzał zostawić śladu. Zamknął się w łazience, zanurzył w gorącej wodzie, której para została grubą smugą na każdej powierzchni. Ruchy jego rąk były mocne i nieubłagane, jakby szorowanie mogło wytrzeć nie tylko zapach, lecz i pamięć. Ścierał do żywego mięsa, nie dając możliwości, aby głupi przypadek miał przeważyć na jego wolności. Eliksiry neutralizujące, zaklęcia oczyszczające. Wszystko co tylko przybliżało go do neutralnej, bezosobowej powłoki, w której nie było ani cienia ognia, ani śladu zaklęcia. Mętna woda spłukała to, co zewnętrzne, lecz w środku wciąż tliło się coś nieuchwytnego. Udało mu się ukryć to przed światem, a jednak część siebie pozostawała niezmiennie naznaczona tym, co pamiętał najlepiej.
Idąc korytarzem w stronę Biura Aurorów, czuł się jak szerszeń wkraczający w gniazdo os, obcy wśród pozornie swoich. Wiedział, że jeden nierozważny ruch, jedno spojrzenie za długo, mogłoby zdradzić jego prawdziwą tożsamość. A mimo to szedł spokojnie, z cichą satysfakcją, że potrafi prześlizgnąć się między nimi niezauważony. Każdy krok był precyzyjny, każdy oddech kontrolowany, a w głębi duszy czuł ekscytację na myśl o sprawach, które przyjdzie mu obserwować i notować. O aktach, w których mógł rozpoznać ślady własnej przeszłości. Nazwisko Lorien Mulciber wyryte w złocie połyskiwało na drzwiach, zbyt wielkie jak na tak niewielką właścicielkę, przyciągając wzrok i ironicznie przypominając, że ciężar reputacji bywa czasem większy niż ciało, które go nosi. Zastukał trzy razy. Wszedł dopiero po odczekanej sekundzie, lub dwóch dla uszanowania prywatno-służbowej przestrzeni. Jeszcze mógłby zobaczyć jej nogi nad głową jakiegoś aurora.
- Ogromna przyjemność znaleźć się w gabinecie, w którym zapadają prawdziwe decyzje - oznajmił w ramach przywitania z lekkim wzdechem zachwytu, tonem eleganckim, lecz z subtelnym, zadziornym błyskiem w oku. Może i nie był to gabinet ministerstwa, za to Ministra często gościł. Dlatego ukłonił się lekko w kierunku obojga. - Cóż, miałem pewną przewagę.- dodał z lekkim uśmiechem, nieco przechwalając się bez słowa niedyskrecji. - Już raz udało mi się zrobić odpowiednie wrażenie i przekonać panią sędzinę. Wiem więc, jak zdążyć przed innymi… Brew mimowolnie mu drgnęła, coraz bardziej rozochocony. Może nie było to zbyt pasujące do wielkiej dumy, wielkiego nazwiska, ale ciepły powiew nowego spływał po jego plecach przyjemnym dreszczem. - To dla mnie? – zapytał na wysokich tonach z teatralną skromnością w głosie wskazując na puste biurko.