03.11.2025, 22:19 ✶
Była dzieckiem nocy, kochała srebrny blask gwiazd roznoszący się po bezkresnym granacie nieba, podsycany ciemnością. Odnajdywała w niej spokój, doskonałe warunki do rozwoju i nauki, swoje bezpieczne miejsce. Noc była znacznie cichsza od dnia, ale gdy człowiek się wsłuchał, można było tak wiele odkryć. Od śmierci jej matki żadna jednak nie była tak intensywna, tak zaskakująca i pełna emocji. Złudzenie, że świat dookoła się zatrzymał, pozwalało złapać oddech, nawet jeśli było kłamstwem. Ta bańka mogłaby trwać dłużej, gdyby to od niej zależało. Była już zmęczona, a przecież do świtu wciąż zdawało się daleko, nawet jeśli w rzeczywistości było to kilka ruchów wskazówki zegara. Im dłużej tkwiła bliżej niego, tym więcej różnic dostrzegła, drobnych detali, które miały dzielić zamaskowaną postać od tego, za kogo ją uważała. Mógł czuć, jak spojrzenie jasnych oczu chciało przedrzeć się przez metal chroniący jego twarz.
- Twoja. - przytaknęła, powtórzyła cicho, zirytowana cieniem na jego oczach, który uniemożliwiał jej dokładną ocenę koloru. Nie była te pewna, czy te ich kostiumy nie zmieniały go w sposób podobny, co zmieniały głos. Cynthia nie była kimś, kto chciałby pokazać słabość i dać komukolwiek odczuć, że potrzebuje ochrony, bo przecież zwykle ona się tym zajmowała, ale dziś było trochę inaczej. Może przez to, że wciąż widziała krew na dłoniach, ilekroć na nie spojrzała? A może przez ilość trupów, które już pozostawiła za sobą i obudziły w niej myśl, która zastanawiała się nad tym, czy ktokolwiek by zwrócił uwagę, że zniknęła. Rozpłynęła się w płomieniach. A jednak ktoś ją chronił, tak po prostu i bez wymagania od niej porzucenia wszystkiego, w co wierzyła. Odetchnęła cicho, nawet tego nie kryjąc, a cień uśmiechu przemknął przez jej twarz, emanując wdzięcznością i zapewnieniem, że jakoś będzie mogła spłacić ten dług. Skupiła się na tym na tyle, że poza mruknięciem na słowa o Ministerstwie magii, nie powiedziała niczego. Bo miał rację.
Nie bez powodu ulubioną formą zabawy Cynthii były bale maskowe. Tam człowiek mógł być, kim chciał. Maska zapewniała przez kilka godzin wolność, chociaż w jego przypadku była ona elementem wiążącym długoterminowo. Stanley też by przytaknął, a jednak w mowie jego ciała było coś zupełnie odmiennego od tego, co znała tak dobrze. A może to peleryna płatała figle?
Potem wszystko działo się szybko. Bańka pękła, świat zawirował i ruszył, przywołując ją do ognistej rzeczywistości potokiem słów i pretensji. Przeklęła w myślach brzydko – tak, jak dama nie powinna, ale było to wynikiem obawy, że więcej czerwieni pojawi się na porcelanowych niegdyś palcach. Zadziałała instynktownie, wykorzystując tę dziedzinę, którą znała przecież najlepiej. Nie chciała go zabić, chociaż wszystko w jej głowie świszczało, że przecież powinna, bo widział. Wiedział. A to wiązało się z ryzykiem i to nie tylko dla niej, bo o siebie przecież by się tak nie martwiła.
Przełknęła haust powietrza zbyt gwałtownie, znów poczuła palenie w płucach i smak popiołu na języku. Przystąpiła z nogi na nogę, a co dziwne, jej jasna różdżką nawet nie drżała w palcach, chociaż tak mocno ją ściskała. Odetchnęła, dopiero gdy ją przytrzymał, wyrwana z transu tworzących się w jej głowie scenariuszy. Zamrugała, przyglądając się masce z bliska, nie drgnęła nawet. Gdy się zbliżył, płomienie odbiły się na metalowym licu, rozświetlając na chwilę jasne, znajome oczy. Nie drgnęła jednak pozwalała mu mówić, czując, jak szybko uderza jej serce i jak kolejne pytania pojawiają się w jej umyśle. To nie była osoba, której się spodziewała. To nie był ktoś, kto miał powód, aby ją chronić. A jednak uwierzyła mu, zupełnie irracjonalnie kiwnęła głową, na znak, że rozumie, bo miała wrażenie, że tkwiła tu całą wieczność w tym bezruchu. Dotarło też do niej, że Stanley by go po prostu zabił. Nie czekałby, nie ryzykowałby. Nie w takiej sytuacji. Uniosła dłoń, osmolone palce przemknęły po chłodnym policzku maski, co było zaskakujące, bo przecież temperatura dookoła była wysoka pomimo września, zwykle deszczowego i chłodnego.
- Zajmę się tym. Nie ryzykuj już więcej. - zaczęła w końcu, chyba zaskoczona tym, co mówiła, bo przecież w pierwszym momencie, chciała po prostu pozwolić mu się tym zająć. Był w tym lepszy. Ostatecznie jednak to był jej bałagan. Wspięła się na palce, pochylając nieco – tak, aby tkwiący niedaleko człowiek nie mógł usłyszeć tego, co mu mówiła. Adresu, krótkiej instrukcji. - Za dwa lub trzy dni. Idź już. Unikaj głównych ulic po zachodniej stronie miasta.
Odetchnęła, jeszcze zanim cofnęła się i zwiększyła dystans między nimi. Przymknęła na chwilę oczy, starając się uspokoić myśli i próbujące przebić się przez lodowe mury emocje, bo wciąż nie było na nie miejsca, nie było na to czasu. Musiała być tym, czym była ostatnie lata. Zbliżyła się więc do człowieka ze złamaną ręką, który nieudolnie się cofał i wyciągnęła różdżkę w jego stronę, odkładając torbę na bok.
Musiała zająć się tą sprawą i mieć pewność, że wszystkie dzisiejsze sekrety zostaną w pogorzeliskach.
- Twoja. - przytaknęła, powtórzyła cicho, zirytowana cieniem na jego oczach, który uniemożliwiał jej dokładną ocenę koloru. Nie była te pewna, czy te ich kostiumy nie zmieniały go w sposób podobny, co zmieniały głos. Cynthia nie była kimś, kto chciałby pokazać słabość i dać komukolwiek odczuć, że potrzebuje ochrony, bo przecież zwykle ona się tym zajmowała, ale dziś było trochę inaczej. Może przez to, że wciąż widziała krew na dłoniach, ilekroć na nie spojrzała? A może przez ilość trupów, które już pozostawiła za sobą i obudziły w niej myśl, która zastanawiała się nad tym, czy ktokolwiek by zwrócił uwagę, że zniknęła. Rozpłynęła się w płomieniach. A jednak ktoś ją chronił, tak po prostu i bez wymagania od niej porzucenia wszystkiego, w co wierzyła. Odetchnęła cicho, nawet tego nie kryjąc, a cień uśmiechu przemknął przez jej twarz, emanując wdzięcznością i zapewnieniem, że jakoś będzie mogła spłacić ten dług. Skupiła się na tym na tyle, że poza mruknięciem na słowa o Ministerstwie magii, nie powiedziała niczego. Bo miał rację.
Nie bez powodu ulubioną formą zabawy Cynthii były bale maskowe. Tam człowiek mógł być, kim chciał. Maska zapewniała przez kilka godzin wolność, chociaż w jego przypadku była ona elementem wiążącym długoterminowo. Stanley też by przytaknął, a jednak w mowie jego ciała było coś zupełnie odmiennego od tego, co znała tak dobrze. A może to peleryna płatała figle?
Potem wszystko działo się szybko. Bańka pękła, świat zawirował i ruszył, przywołując ją do ognistej rzeczywistości potokiem słów i pretensji. Przeklęła w myślach brzydko – tak, jak dama nie powinna, ale było to wynikiem obawy, że więcej czerwieni pojawi się na porcelanowych niegdyś palcach. Zadziałała instynktownie, wykorzystując tę dziedzinę, którą znała przecież najlepiej. Nie chciała go zabić, chociaż wszystko w jej głowie świszczało, że przecież powinna, bo widział. Wiedział. A to wiązało się z ryzykiem i to nie tylko dla niej, bo o siebie przecież by się tak nie martwiła.
Przełknęła haust powietrza zbyt gwałtownie, znów poczuła palenie w płucach i smak popiołu na języku. Przystąpiła z nogi na nogę, a co dziwne, jej jasna różdżką nawet nie drżała w palcach, chociaż tak mocno ją ściskała. Odetchnęła, dopiero gdy ją przytrzymał, wyrwana z transu tworzących się w jej głowie scenariuszy. Zamrugała, przyglądając się masce z bliska, nie drgnęła nawet. Gdy się zbliżył, płomienie odbiły się na metalowym licu, rozświetlając na chwilę jasne, znajome oczy. Nie drgnęła jednak pozwalała mu mówić, czując, jak szybko uderza jej serce i jak kolejne pytania pojawiają się w jej umyśle. To nie była osoba, której się spodziewała. To nie był ktoś, kto miał powód, aby ją chronić. A jednak uwierzyła mu, zupełnie irracjonalnie kiwnęła głową, na znak, że rozumie, bo miała wrażenie, że tkwiła tu całą wieczność w tym bezruchu. Dotarło też do niej, że Stanley by go po prostu zabił. Nie czekałby, nie ryzykowałby. Nie w takiej sytuacji. Uniosła dłoń, osmolone palce przemknęły po chłodnym policzku maski, co było zaskakujące, bo przecież temperatura dookoła była wysoka pomimo września, zwykle deszczowego i chłodnego.
- Zajmę się tym. Nie ryzykuj już więcej. - zaczęła w końcu, chyba zaskoczona tym, co mówiła, bo przecież w pierwszym momencie, chciała po prostu pozwolić mu się tym zająć. Był w tym lepszy. Ostatecznie jednak to był jej bałagan. Wspięła się na palce, pochylając nieco – tak, aby tkwiący niedaleko człowiek nie mógł usłyszeć tego, co mu mówiła. Adresu, krótkiej instrukcji. - Za dwa lub trzy dni. Idź już. Unikaj głównych ulic po zachodniej stronie miasta.
Odetchnęła, jeszcze zanim cofnęła się i zwiększyła dystans między nimi. Przymknęła na chwilę oczy, starając się uspokoić myśli i próbujące przebić się przez lodowe mury emocje, bo wciąż nie było na nie miejsca, nie było na to czasu. Musiała być tym, czym była ostatnie lata. Zbliżyła się więc do człowieka ze złamaną ręką, który nieudolnie się cofał i wyciągnęła różdżkę w jego stronę, odkładając torbę na bok.
Musiała zająć się tą sprawą i mieć pewność, że wszystkie dzisiejsze sekrety zostaną w pogorzeliskach.
Koniec sesji