09.11.2025, 20:56 ✶
Klątwa łazienkowych zwierzeń w emocjach rzeczywiście zaczynała się stawać powoli ich małą tradycją. Kto wie, co się do tego przyczyniło, prócz prostego zrządzenia losu. Być może klaustrofobia niewielkiego pomieszczenia i brak okien gwarantujący niezachwianą prywatność. Być może bezpieczna atmosfera miejsca kojarzącego się ze ściąganiem gaci i innymi czynnościami wymagającymi intymności.
— Może powinienem częściej odkurzać w salonie, żeby było tam przytulniej — powiedział zamiast tego Peregrinus, gdy pomyślał o skansenie, jakim była reszta mieszkania. Ostatnimi czasy, odkąd żyli tu ludzie, powoli się to zmieniało.
Gdy tulił rozryczaną Millie, cieszył się, że może być tu dla niej — że znów może być jej przyjacielem. Brakowało mu tego, gdy oddalili się od siebie po chorobie jego matki. Z niewieloma osobami potrafił być tak szczerze i tak blisko, tak komfortowo. Po tym, jak burzliwie układała się ich relacja w lecie, zaczął się obawiać, że nigdy nie wrócą do tego, co było; że przekroczyli jakiś punkt bez powrotu. A jednak teraz — gdy stali razem w tej zasmarkanej łazience i załamywali wspólnie ręce nad jej życiem uczuciowym — czuł, że wszystko było znów tak, jak powinno. I był za to wdzięczny.
Trelawney nie zdziwił się wcale, że Moody nie spodobał się żaden z wyników rzutu monetą. Znał również problem stawiania sobie samemu kart — zbyt dużo uprzedzeń, oczekiwań. A jednak wbrew wszystkiemu temu najbezpieczniej czuł się, gdy on sam czytał swojego tarota. Paradoks, którego nie potrafił pokonać.
— W takim razie sprawdzimy razem — zgodził się, puszczając kuzynkę. Popatrzył badawczo po jej twarzy, kontrolnie sprawdzając, czy aby nie potrzebuje więcej terapii uściskowej, po czym wprowadził ich oboje z łazienki, gasząc światło i zabierając przemyślnie kartkę z Czarownicy. — Walczymy razem? — Uniósł brwi, gdy szli do jego pokoju. — Basiliusa nie podejrzewałbym o chęć przekwalifikowania się do twojej pracy. Czyżbyś ty odkryła w sobie pasję do walki ze smoczą ospą? Nie wiedziałem, że jesteście wszyscy na co dzień… tak blisko?
Był niekrycie zdzwiony. Założył jakoś z góry, że po Spalonej Nocy Mildred przeniosła się do któregoś z mieszkań rodziny Moody… gdzie ona właściwie teraz mieszkała? Kto z nią mieszkał?
Zaprowadził ich do swojego pokoju. Nie do salonu, jak powinen gościć odwiedzających porządny pan domu. Siedzieli przy biurku w jego sypialni, jakby wciąż byli dwojgiem nastolatków, którzy za zamkniętymi drzwiami knuli coś poza wzrokiem rodziców. Był to pokój prawdziwego młodego odkrywcy: na ścianie wisiała olbrzymia mapa świata, na której falowały zaklęte morza, a z płachty wystawały trójwymiarowe masywy górskie. Na szafkach stały kuferki godne przechowywania pirackich skarbów, gry planszowe, puzzle, figurki magów z serii wielkich postaci historycznych. Wśród tego oczywiście zatrzęsienie książek: pomiędzy przygodówkami dla nastolatków poutykane były zaawansowane pozycje naukowe dotyczące wróżbiarstwa. W kącie wciąż stało kilka nie do końca rozpakowanych pudeł — mimo że od 1968 roku Peregrinus już nie podróżował, nigdy do końca się nie wprowadził z powrotem do domu.
Nad biurkiem, przy którym teraz z Mildred zasiedli, wisiały astrologiczne mapy nieba, a pod ścianę dosunięte zostały wysokie stosy notatek — to, aby zrobić miejsce na dwie korzenne zimowe herbatki z subtelną alkoholową wkładką i plasterkami pomarańczy. Oraz — co najważniejsze — na rozkład.
Peregrinus rozsiadł się w jednym z dwóch przytarganych tutaj specjalnie na odwiedziny przyjaciółki foteli i wyciągnął z szuflady biurka tarota.
— Gotowa? — zapytał Millie, gdy talia została porządnie przetasowana we wprawionych rękach.
— Może powinienem częściej odkurzać w salonie, żeby było tam przytulniej — powiedział zamiast tego Peregrinus, gdy pomyślał o skansenie, jakim była reszta mieszkania. Ostatnimi czasy, odkąd żyli tu ludzie, powoli się to zmieniało.
Gdy tulił rozryczaną Millie, cieszył się, że może być tu dla niej — że znów może być jej przyjacielem. Brakowało mu tego, gdy oddalili się od siebie po chorobie jego matki. Z niewieloma osobami potrafił być tak szczerze i tak blisko, tak komfortowo. Po tym, jak burzliwie układała się ich relacja w lecie, zaczął się obawiać, że nigdy nie wrócą do tego, co było; że przekroczyli jakiś punkt bez powrotu. A jednak teraz — gdy stali razem w tej zasmarkanej łazience i załamywali wspólnie ręce nad jej życiem uczuciowym — czuł, że wszystko było znów tak, jak powinno. I był za to wdzięczny.
Trelawney nie zdziwił się wcale, że Moody nie spodobał się żaden z wyników rzutu monetą. Znał również problem stawiania sobie samemu kart — zbyt dużo uprzedzeń, oczekiwań. A jednak wbrew wszystkiemu temu najbezpieczniej czuł się, gdy on sam czytał swojego tarota. Paradoks, którego nie potrafił pokonać.
— W takim razie sprawdzimy razem — zgodził się, puszczając kuzynkę. Popatrzył badawczo po jej twarzy, kontrolnie sprawdzając, czy aby nie potrzebuje więcej terapii uściskowej, po czym wprowadził ich oboje z łazienki, gasząc światło i zabierając przemyślnie kartkę z Czarownicy. — Walczymy razem? — Uniósł brwi, gdy szli do jego pokoju. — Basiliusa nie podejrzewałbym o chęć przekwalifikowania się do twojej pracy. Czyżbyś ty odkryła w sobie pasję do walki ze smoczą ospą? Nie wiedziałem, że jesteście wszyscy na co dzień… tak blisko?
Był niekrycie zdzwiony. Założył jakoś z góry, że po Spalonej Nocy Mildred przeniosła się do któregoś z mieszkań rodziny Moody… gdzie ona właściwie teraz mieszkała? Kto z nią mieszkał?
Zaprowadził ich do swojego pokoju. Nie do salonu, jak powinen gościć odwiedzających porządny pan domu. Siedzieli przy biurku w jego sypialni, jakby wciąż byli dwojgiem nastolatków, którzy za zamkniętymi drzwiami knuli coś poza wzrokiem rodziców. Był to pokój prawdziwego młodego odkrywcy: na ścianie wisiała olbrzymia mapa świata, na której falowały zaklęte morza, a z płachty wystawały trójwymiarowe masywy górskie. Na szafkach stały kuferki godne przechowywania pirackich skarbów, gry planszowe, puzzle, figurki magów z serii wielkich postaci historycznych. Wśród tego oczywiście zatrzęsienie książek: pomiędzy przygodówkami dla nastolatków poutykane były zaawansowane pozycje naukowe dotyczące wróżbiarstwa. W kącie wciąż stało kilka nie do końca rozpakowanych pudeł — mimo że od 1968 roku Peregrinus już nie podróżował, nigdy do końca się nie wprowadził z powrotem do domu.
Nad biurkiem, przy którym teraz z Mildred zasiedli, wisiały astrologiczne mapy nieba, a pod ścianę dosunięte zostały wysokie stosy notatek — to, aby zrobić miejsce na dwie korzenne zimowe herbatki z subtelną alkoholową wkładką i plasterkami pomarańczy. Oraz — co najważniejsze — na rozkład.
Peregrinus rozsiadł się w jednym z dwóch przytarganych tutaj specjalnie na odwiedziny przyjaciółki foteli i wyciągnął z szuflady biurka tarota.
— Gotowa? — zapytał Millie, gdy talia została porządnie przetasowana we wprawionych rękach.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie