16.11.2025, 21:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2025, 21:32 przez Peregrinus Trelawney.)
Wedle mojej najlepszej wiedzy, na Mabon w Necronomiconie Peregrinus udał się po zachwycającej, luksusowej kolacji w Prawach Czasu. Proszę o interwencję, jeśli się mylę. Póki co wedle mojej najlepszej wiedzy: bateria społeczna wróżbity była w związku z tymi poprzedzającymi okolicznościami nadszarpnięta, kiedy to późnym wieczorem teleportował się pod drzwi zakładu na Nokturnie. Pod samiutkie drzwi, aby nie kusić tak pięknej nocy losu ani nokturńskich kości.
Podły los sam znalazł do niego jednak drogę, bo czarodziej niefortunnie wylądował tuż obok Dægberhta kłócącego się z żoną.
— Cześć, Vivianne — wymamrotał Trelawney speszony, że przyszło mu być świadkiem czegoś takiego. Posłał niezręczne spojrzenie Flintowi, rzucił na brudny bruk Nokturnu niedopalonego papierosa, zdusił go butem, po czym czmychnął w ślady Abigail do środka, gdzie od progu powitała go Lorraine.
À propos progu… czy rzeczywiście udało mu się przewidzieć, jakiej tego wieczoru będzie wysokości?
// rzucam na percepcję, konkretnie wykaz intencji progu
Ano dał, pokonał próg, nie musząc patrzeć pod nogi, i tak oto zanurzył się Peregrinus w dziwacznych wnętrzach zakładu pogrzebowego.
Dla pani domu przyniósł wino — bynajmniej nie mszalne, a porządne, czerwone, wytrawne. Kwiatów i słodyczy zawsze zalegały w Necronomiconie całe pęczki — wróż więc swoim umysłem pierwej praktycznym, w drugiej zaś dopiero kolejności uprzejmym, nie widział potrzeby dokładania do tego stosu. Choć obecność samej Lorraine była mu komfortowa, to cała sytuacja zjawiania się na kolacji z tyloma obcymi osobami tuż po odbyciu kolacji z… mniej obcymi, choć wciąż osobami, sprawiła, że mężczyzna był zdecydowanie mniej rozluźniony niż przy ich zwyczajowych spotkaniach.
Od wejścia do sali przeznaczonej na świętowanie rzucił mu się w ocz… nos zapach ciasta z jabłkami — wielkie nieba, ciekawe, kto mógł taki jabłecznik upiec — dusiołek po raz drugi w tym tygodniu wali konia jednej swojej postaci drugą postacią.
Wchodząc między gości, jasnowidz prezentował się najnudniej, jak tylko można sobie to wyobrazić — pod czarną marynarką czarna koszula wciśnięta w czarne spodnie, na bladej twarzy odbite czarne cienie, a nad białą twarzą czarne włosy. Najbardziej posępny pracownik biurowy na Horyzontalnej. Uścisnął jak należy wszystkie ręce, które uścisnąć należało, a każdy nieznajomy, który mu rękę uścisnął, dowiedzieć mógł się, że imię jego Peregrinus Trelawney, że miło poznać i że… cóż, to tyle, bo choć uprzejmy, był raczej oszczędny w słowie i geście. Jedynie przy Alhazredzie zatrzymał się na dłużej — czarodzieje wymienili szeptem kilka zdań. Pochyleni ku sobie chronili niezwykle pilnie swoje sekrety. Peregrinus podsumował je skinieniem głowy pieczętującym warunki ich konspiracyjnej umowy, stary czarownik również zdawał się ukontentowany wynikiem tej krótkiej wymiany. Ich tajne sprawki miały pozostać pomiędzy nimi, lecz być może miały jakiś związek z tym, że na kilka dni wcześniej Trelanwey odwiedził dawny antykwariat swojego ojca. Może tak, może nie.
Najważniejszą jednak osobistością, której wola przeważyła o zaakceptowaniu przez wróża nadprogramowego zaproszenia świątecznego, była Frida.
Złapał ghoulkę pod posągiem Matki, choć złapał było zbyt dużym słowem: przykucnął bowiem przy podstawie statui, a płaszcz rozlał się wokół niego czarnym trenem po podłodze, gdy wróż cierpliwie czekał, aż mała sama odważy się podejść. Widział, jak wcześniej plącze się przy maminej spódnicy; pamiętał, co Lorraine pisała o tym, że ghoulka jest nieśmiała. Peregrin był zaś ostatnią osobą, która narzucałaby swoją obecność komukolwiek.
Gdy (jeśli?) zbliżyła się, nie powiedział nic, tylko wyciągnął z głębokiej kieszeni płaszcza małą paczuszkę w szeleszczącym czerwonym papierze w czarne kropki. W środku czekała na Fridę mlecznobiała, sięgająca do kolana sukienka z wełnianego muślinu. Co najważniejsze: na tkaninę naniesiono spacerujące w tę i we w tę biedroneczki. Pomiędzy równo poskładanymi fałdami sukienki ukryta była również talia tarota malowana zamiast klasycznych kolorów w motyw insektów — ponownie, co najważniejsze: biedronki zastępowały Kielichy. Nie była to może talia, którą komukolwiek polecałoby się do nauki wróżenia, lecz... w tym przypadku najważniejsze było, że obrazki są przeurocze.
Idąc na swoje miejsce, Peregrinus podsunął ukradkiem Abigail opakowaną w ten sam papier talię — zrobił to tak zręcznie i porozumiewawczo, jak tylko babcie potrafią wcisnąć pieniążka na słodycze. Tarot dla Abbie był klasyczny. Flintówna miała przecież lada chwila dorosnąć, pójść do Hogwartu — być może zapisze się na wróżbiarstwo i przyda jej się wówczas porządna talia. Frida tymczasem zostanie tutaj ze swoimi biedronkami i kościanymi zwierzątkami.
Podły los sam znalazł do niego jednak drogę, bo czarodziej niefortunnie wylądował tuż obok Dægberhta kłócącego się z żoną.
— Cześć, Vivianne — wymamrotał Trelawney speszony, że przyszło mu być świadkiem czegoś takiego. Posłał niezręczne spojrzenie Flintowi, rzucił na brudny bruk Nokturnu niedopalonego papierosa, zdusił go butem, po czym czmychnął w ślady Abigail do środka, gdzie od progu powitała go Lorraine.
À propos progu… czy rzeczywiście udało mu się przewidzieć, jakiej tego wieczoru będzie wysokości?
// rzucam na percepcję, konkretnie wykaz intencji progu
Rzut PO 1d100 - 47
Sukces!
Sukces!
Ano dał, pokonał próg, nie musząc patrzeć pod nogi, i tak oto zanurzył się Peregrinus w dziwacznych wnętrzach zakładu pogrzebowego.
Dla pani domu przyniósł wino — bynajmniej nie mszalne, a porządne, czerwone, wytrawne. Kwiatów i słodyczy zawsze zalegały w Necronomiconie całe pęczki — wróż więc swoim umysłem pierwej praktycznym, w drugiej zaś dopiero kolejności uprzejmym, nie widział potrzeby dokładania do tego stosu. Choć obecność samej Lorraine była mu komfortowa, to cała sytuacja zjawiania się na kolacji z tyloma obcymi osobami tuż po odbyciu kolacji z… mniej obcymi, choć wciąż osobami, sprawiła, że mężczyzna był zdecydowanie mniej rozluźniony niż przy ich zwyczajowych spotkaniach.
Od wejścia do sali przeznaczonej na świętowanie rzucił mu się w ocz… nos zapach ciasta z jabłkami — wielkie nieba, ciekawe, kto mógł taki jabłecznik upiec — dusiołek po raz drugi w tym tygodniu wali konia jednej swojej postaci drugą postacią.
Wchodząc między gości, jasnowidz prezentował się najnudniej, jak tylko można sobie to wyobrazić — pod czarną marynarką czarna koszula wciśnięta w czarne spodnie, na bladej twarzy odbite czarne cienie, a nad białą twarzą czarne włosy. Najbardziej posępny pracownik biurowy na Horyzontalnej. Uścisnął jak należy wszystkie ręce, które uścisnąć należało, a każdy nieznajomy, który mu rękę uścisnął, dowiedzieć mógł się, że imię jego Peregrinus Trelawney, że miło poznać i że… cóż, to tyle, bo choć uprzejmy, był raczej oszczędny w słowie i geście. Jedynie przy Alhazredzie zatrzymał się na dłużej — czarodzieje wymienili szeptem kilka zdań. Pochyleni ku sobie chronili niezwykle pilnie swoje sekrety. Peregrinus podsumował je skinieniem głowy pieczętującym warunki ich konspiracyjnej umowy, stary czarownik również zdawał się ukontentowany wynikiem tej krótkiej wymiany. Ich tajne sprawki miały pozostać pomiędzy nimi, lecz być może miały jakiś związek z tym, że na kilka dni wcześniej Trelanwey odwiedził dawny antykwariat swojego ojca. Może tak, może nie.
Najważniejszą jednak osobistością, której wola przeważyła o zaakceptowaniu przez wróża nadprogramowego zaproszenia świątecznego, była Frida.
Złapał ghoulkę pod posągiem Matki, choć złapał było zbyt dużym słowem: przykucnął bowiem przy podstawie statui, a płaszcz rozlał się wokół niego czarnym trenem po podłodze, gdy wróż cierpliwie czekał, aż mała sama odważy się podejść. Widział, jak wcześniej plącze się przy maminej spódnicy; pamiętał, co Lorraine pisała o tym, że ghoulka jest nieśmiała. Peregrin był zaś ostatnią osobą, która narzucałaby swoją obecność komukolwiek.
Gdy (jeśli?) zbliżyła się, nie powiedział nic, tylko wyciągnął z głębokiej kieszeni płaszcza małą paczuszkę w szeleszczącym czerwonym papierze w czarne kropki. W środku czekała na Fridę mlecznobiała, sięgająca do kolana sukienka z wełnianego muślinu. Co najważniejsze: na tkaninę naniesiono spacerujące w tę i we w tę biedroneczki. Pomiędzy równo poskładanymi fałdami sukienki ukryta była również talia tarota malowana zamiast klasycznych kolorów w motyw insektów — ponownie, co najważniejsze: biedronki zastępowały Kielichy. Nie była to może talia, którą komukolwiek polecałoby się do nauki wróżenia, lecz... w tym przypadku najważniejsze było, że obrazki są przeurocze.
Idąc na swoje miejsce, Peregrinus podsunął ukradkiem Abigail opakowaną w ten sam papier talię — zrobił to tak zręcznie i porozumiewawczo, jak tylko babcie potrafią wcisnąć pieniążka na słodycze. Tarot dla Abbie był klasyczny. Flintówna miała przecież lada chwila dorosnąć, pójść do Hogwartu — być może zapisze się na wróżbiarstwo i przyda jej się wówczas porządna talia. Frida tymczasem zostanie tutaj ze swoimi biedronkami i kościanymi zwierzątkami.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie