23.11.2025, 00:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2025, 01:15 przez Peregrinus Trelawney.)
— I co robisz? Doprowadzasz ich siłą do czystokrwistego uzdrowiciela? — zażartował lekko Peregrinus, któremu ów scenariusz jako pierwszy przyszedł do głowy. Pasowało to do Millie: wziąć delikwenta za kłaki, potrząsnąć, żeby się opamiętał, doprowadzić przed oblicze lekarza. Mógłby to sobie wyobrazić w innych okolicznościach. Nie posądzał jej jednakże o zapędy dalszego traumatyzowania ofiar, szczególnie czegoś tak tragicznego. — Jestem w stanie wyobrazić sobie wiele scenariuszy. Wiele niechęci w stronę elit urosło na fundamencie tej nocy. Lyssę Dolohov zlali jakąś paskudną magiczną farbą w akcie klasowego odwetu, a dziewczyna nie ma z tym nic wspólnego. Jedyne, czemu zawiniła tamtej nocy, to poszarpanie mi nerwów swoimi absurdalnymi fochami. — Gdy mówił o Lyssie, mówił ciężko i z rezygnacją. Nie potrafił znaleźć na nią sposobu. Raz po raz dziewczyna znajdowała nowe powody wystawiania jego cierpliwości na próbę. Widząc, jakie stwarza problemy wychowawcze, dziękował sobie w duchu, że on sam dzieci nigdy miał nie będzie.
Temat wojny był dla Peregrinusa jednocześnie prosty i szalenie pokomplikowany. Prosty, ponieważ starał się pozostawać biernym tak długo, jak tylko było to możliwe. Pokomplikowany, ponieważ jako osoba z naturalną skłonnością do głębokich przemyśleń, wiele dywagował sam ze sobą na temat tego, jaka winna być moralna ocena jego bierności. I czy powinien wynik tych rozważań w ogóle brać pod uwagę, czy martwić się tylko o siebie.
— Wierzyłem kiedyś w walkę o lepszy świat, jak wiesz — zaczął ostrożnie, wspominając czasy dawniejsze, gdy na sercu leżały mu idee równościowe i wszystkie inne mające postawić społeczeństwo na drodze do osiągnięcia harmonii. Czasy, gdy uważał, że problem nierówności, to i jego problem. Teraz, przytłoczony problemami osobistymi, otoczony ochronnym parasolem czystokrwistego celebryty, nie poczuwał się aż tak głęboko do solidarności. — W idealnym świecie oczywiście zlikwidowałbym Śmierciożerców bez zawahania. To, co robili w ostatnich latach… to, co stało się ostatnio… nikt nie powinien żyć w takim strachu. Ta niepewność jutra i namacalne świadectwo terroru wpływa na człowieka tak, że żałuje czasów, w jakich przyszło mu żyć. Najchętniej wyjechałbym, uciekł — przyznał gorzko, bo i na nim Spalona Noc odcisnęła piętno strachu. Nie został być może straumatyzowany magiczną klątwą, lecz odczuwał zwyczajną, ludzką traumę jako zwykły szary człowiek postawiony przed horrorem tej skali, człowiek poraniony dotkliwie podczas ataków, który otarł się wówczas blisko o śmierć. Peregrinus Trelawney bał się Voldemorta tak, jak każdy potrafiący realnie ocenić jego działania bać się powinien. — Nie wiem, czy miałbym siłę wyjść poza Prawa Czasu, Millie. Ci ludzie są cholernie niebezpieczni. Nie chciałbym z żadnym z nich nigdy stanąć twarzą w twarz.
Przygnębiła go ta część rozmowy, przygniotła wspomnieniem przeżytego stresu i strachu. A miał przecież układać tarota! Odczekał chwilę, nim go potasował, aby karty nie przeszły tą złą energią, po czym — zmierzywszy Moody zerującą herbatę spojrzeniem spod uniesionych oceniająco brwi — wyłożył na stół wróżbę:
Pierwszego wyłożył Asa Denarów — jakże przewidywalnie, Millie w rzeczy samej pławiła się w dostatku uczucia. A jednak: analitycznie chłodny Król Mieczy w niej samej domagał się zmiany. Chłodna logika podpowiadała jej, że coś jest nie tak. Miecz dzierżony przez Króla celował wprost w przeszłość: w tę bierną, pasywną Kapłankę, która siedziała na tronie zamknięta między dwoma kolumnami, pod rzymską dwójką znaczącą jej miejsce w talii tarota. Dwójki, otaczały ją dwójki. Zerknął niżej, na Dziesiątkę Kijów, źródło całego problemu. Moody czuła, że wzięła na siebie zbyt wiele. Buławy wypadały ugiętemu pod nimi człowiekowi z rąk; zapomniała o granicach. Nad tym wszystkim Osiem Kijów, chciała działać szybko, zanim wszystko wymknie się spod kontroli, podomykać sprawy, ustalić je raz na zawsze.
Peregrinus śledził ścieżkę problemów Mildred — wszystko miało sens. Widział, jak bardzo pragnie zmiany. Król zamierzający się na Kapłankę, grad Ośmiu Kijów ponaglający do działania.
I wszystko na nic. Co u licha robiła tu ta Czwórka Denarów na przyszłości?
Peregrinus zmarszczył brwi. Podniósł wzrok na Millie. Spuścił go z powrotem na kartę. Znów na Millie. Spojrzenie przedłużało się oskarżycielsko. Ona wiedziała. On wiedział. Oboje wiedzili.
— Co ty pierdolisz, Millie? Przytrzymasz ich obu? Tak się miotasz z tą zmianą i… — Westchnął zrezygnowany niespodziewanym hamulcem na tak dobrze zapowiadającym się układzie zmian.
Nie było wątpliwości. Te dwa denary władczo dociśnięte do ziemi pod stopami mężczyzny na karcie, kolejny denar owinięty ciasno ramionami. Millie nie zamierzała rezygnować z żadnego z nich. Inaczej nie potrafił tego zinterpretować.
Trelawney czytał dalej.
— Rzeczywiście cię to uwiera, co? — Stuknął opuszkiem reprezentującą Mildred obróconą Królową Mieczy. Nie wierzyła, że to, co robi, jest sprawiedliwe. — Cóż, dobre wieści, oni ewidentnie widzą cię jako szczerą i uczciwą. — Przesunął palec nad Asa Mieczy przychodzącego z jej otoczenia. — W przeciwieństwie do tego, co ty sądzisz o sobie samej. Co mogę ci powiedzieć… — Zerknął na resztę rozkładu. Mildred pierdolona Moody na końcu zwyciężała. Na zwycięskim Rydwanie ciągniętym przez dwa sfinksy szła przez swoje życie uczuciowe. — Wygrywasz. Cholera, wygrywasz. — Pokręcił z niedowierzaniem głową. Niesamowite. Cofnął się więc jeszcze do odwróconej Królowej Pucharów. — Daj sobie czasem spokój z tym miękkim sercem. Są dorośli, odpowiedzialni za siebie. Nie okłamuj ich, oczywiście, ale pozwól sobie na nieco więcej swobody i egoizmu w uczuciach, nie poświęcaj swojego szczęścia.
Temat wojny był dla Peregrinusa jednocześnie prosty i szalenie pokomplikowany. Prosty, ponieważ starał się pozostawać biernym tak długo, jak tylko było to możliwe. Pokomplikowany, ponieważ jako osoba z naturalną skłonnością do głębokich przemyśleń, wiele dywagował sam ze sobą na temat tego, jaka winna być moralna ocena jego bierności. I czy powinien wynik tych rozważań w ogóle brać pod uwagę, czy martwić się tylko o siebie.
— Wierzyłem kiedyś w walkę o lepszy świat, jak wiesz — zaczął ostrożnie, wspominając czasy dawniejsze, gdy na sercu leżały mu idee równościowe i wszystkie inne mające postawić społeczeństwo na drodze do osiągnięcia harmonii. Czasy, gdy uważał, że problem nierówności, to i jego problem. Teraz, przytłoczony problemami osobistymi, otoczony ochronnym parasolem czystokrwistego celebryty, nie poczuwał się aż tak głęboko do solidarności. — W idealnym świecie oczywiście zlikwidowałbym Śmierciożerców bez zawahania. To, co robili w ostatnich latach… to, co stało się ostatnio… nikt nie powinien żyć w takim strachu. Ta niepewność jutra i namacalne świadectwo terroru wpływa na człowieka tak, że żałuje czasów, w jakich przyszło mu żyć. Najchętniej wyjechałbym, uciekł — przyznał gorzko, bo i na nim Spalona Noc odcisnęła piętno strachu. Nie został być może straumatyzowany magiczną klątwą, lecz odczuwał zwyczajną, ludzką traumę jako zwykły szary człowiek postawiony przed horrorem tej skali, człowiek poraniony dotkliwie podczas ataków, który otarł się wówczas blisko o śmierć. Peregrinus Trelawney bał się Voldemorta tak, jak każdy potrafiący realnie ocenić jego działania bać się powinien. — Nie wiem, czy miałbym siłę wyjść poza Prawa Czasu, Millie. Ci ludzie są cholernie niebezpieczni. Nie chciałbym z żadnym z nich nigdy stanąć twarzą w twarz.
Przygnębiła go ta część rozmowy, przygniotła wspomnieniem przeżytego stresu i strachu. A miał przecież układać tarota! Odczekał chwilę, nim go potasował, aby karty nie przeszły tą złą energią, po czym — zmierzywszy Moody zerującą herbatę spojrzeniem spod uniesionych oceniająco brwi — wyłożył na stół wróżbę:
Pierwszego wyłożył Asa Denarów — jakże przewidywalnie, Millie w rzeczy samej pławiła się w dostatku uczucia. A jednak: analitycznie chłodny Król Mieczy w niej samej domagał się zmiany. Chłodna logika podpowiadała jej, że coś jest nie tak. Miecz dzierżony przez Króla celował wprost w przeszłość: w tę bierną, pasywną Kapłankę, która siedziała na tronie zamknięta między dwoma kolumnami, pod rzymską dwójką znaczącą jej miejsce w talii tarota. Dwójki, otaczały ją dwójki. Zerknął niżej, na Dziesiątkę Kijów, źródło całego problemu. Moody czuła, że wzięła na siebie zbyt wiele. Buławy wypadały ugiętemu pod nimi człowiekowi z rąk; zapomniała o granicach. Nad tym wszystkim Osiem Kijów, chciała działać szybko, zanim wszystko wymknie się spod kontroli, podomykać sprawy, ustalić je raz na zawsze.
Peregrinus śledził ścieżkę problemów Mildred — wszystko miało sens. Widział, jak bardzo pragnie zmiany. Król zamierzający się na Kapłankę, grad Ośmiu Kijów ponaglający do działania.
I wszystko na nic. Co u licha robiła tu ta Czwórka Denarów na przyszłości?
Peregrinus zmarszczył brwi. Podniósł wzrok na Millie. Spuścił go z powrotem na kartę. Znów na Millie. Spojrzenie przedłużało się oskarżycielsko. Ona wiedziała. On wiedział. Oboje wiedzili.
— Co ty pierdolisz, Millie? Przytrzymasz ich obu? Tak się miotasz z tą zmianą i… — Westchnął zrezygnowany niespodziewanym hamulcem na tak dobrze zapowiadającym się układzie zmian.
Nie było wątpliwości. Te dwa denary władczo dociśnięte do ziemi pod stopami mężczyzny na karcie, kolejny denar owinięty ciasno ramionami. Millie nie zamierzała rezygnować z żadnego z nich. Inaczej nie potrafił tego zinterpretować.
Trelawney czytał dalej.
— Rzeczywiście cię to uwiera, co? — Stuknął opuszkiem reprezentującą Mildred obróconą Królową Mieczy. Nie wierzyła, że to, co robi, jest sprawiedliwe. — Cóż, dobre wieści, oni ewidentnie widzą cię jako szczerą i uczciwą. — Przesunął palec nad Asa Mieczy przychodzącego z jej otoczenia. — W przeciwieństwie do tego, co ty sądzisz o sobie samej. Co mogę ci powiedzieć… — Zerknął na resztę rozkładu. Mildred pierdolona Moody na końcu zwyciężała. Na zwycięskim Rydwanie ciągniętym przez dwa sfinksy szła przez swoje życie uczuciowe. — Wygrywasz. Cholera, wygrywasz. — Pokręcił z niedowierzaniem głową. Niesamowite. Cofnął się więc jeszcze do odwróconej Królowej Pucharów. — Daj sobie czasem spokój z tym miękkim sercem. Są dorośli, odpowiedzialni za siebie. Nie okłamuj ich, oczywiście, ale pozwól sobie na nieco więcej swobody i egoizmu w uczuciach, nie poświęcaj swojego szczęścia.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie
Rzuty na rozkład, który jest długi jak nieszczęście.