28.11.2025, 17:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2025, 17:51 przez Peregrinus Trelawney.)
Cała ta sytuacja budziła w Peregrinusie podejrzenie, którego nie dało się zignorować. Pierw Mildred opowiada o jakiejś bliżej nieokreślonej walce prowadzonej wspólnie z dwoma mężczyznami zajmującymi się dziedzinami na pozór zupełnie ze sobą niepowiązanymi. Później pyta… czy i on nie zechciałby walczyć? Całość owinięta jakąś dziwną aurą ni to tajemniczości, ni to podniosłości.
Nie byłby wcale zdziwiony, gdyby kuzynka angażowała się w nieoficjalne ruchy walki ze Śmierciożercami. Znał ją i znał jej rodzinę. Wiedział, jakie wszyscy oni mają poglądy — gdy w któreś święta pijany wujek zaczął opowiadać o nie-ludziach, Trelawney sam uczuł coś na kształt strachu, mimo że był… raczej uczciwym obywatelem.
— Jestem otwarty na współpracę z Ministerstwem — zaczął ostrożnie. — Z tobą również, oczywiście, jeśli jest coś, co mogę dla ciebie zrobić. Ufam ci. — Odchylił się w swoim fotelu. Nie lubił takich sytuacji. Tajemniczych. Niejasnych. Funkcjonowanie w limbo niedopowiedzeń wystarczająco już go sfrustrowało, gdy próbował rozgryźć Vakela i jednocześnie trzymać nos z daleka od jego spraw prywatnych. — Zapytam wprost, Millie. Odpowiedz, jeśli chcesz. O co chodzi?
Chciałby mieć remedium na wszystkie jej rozterki. Pozbierać miecze, wyrwać jej buławy i zastąpić je jakimiś optymistycznymi kielichami. Rozkład wyglądał parszywie — przytrzymanie przy sobie dwóch mężczyzn brzmiało wybitnie ryzykownie. Oboje to wiedzieli. Peregrin z całą swoją tolerancją dla nietypowych upodobań nie do końca ufał w potencjał poliamorii. Karty miały o tym z kolei nieco optymistyczniejsze zdanie: wyzwolenie, triumf, zwycięska walka… Wróż nie dostrzegał energii tego katastroficznego przesłania, o którym myślała Moody. Rydwan opuszczał pole walki, nie na nie zmierzał. Zresztą: triumf ten nie musiał smakować wyłącznie słodko. Wręcz przeciwnie, cała reszta przeczyła temu, aby droga do zwycięstwa miała być usłana różami.
— Już odpoczywacie razem. Śmiejecie się razem — przypomniał Millie jej własne słowa. — Od tego do spania razem niewielki krok. — Wzruszył ramionami, sięgając po opróżniony kubek czarownicy. — Swoją drogą, mieszkanie Basiliusa nie ocalało, skoro jada z tobą, walczy, pracuje…? Nie miałem głowy go spytać do tej pory, być może źle to o mnie świadczy. Jego rodzina ma pieniądze i status, więc nie sądziłem, że mógł znaleźć się w kłopotliwym położeniu.
Mówił do niej, choć oczy zatopił już w kubku, gdzie na białych, ceramicznych ściankach czarna herbata zostawiała brązowe zacieki.
— Wydaje mi się, że jeśli po prostu do nich podejdziesz z tym tekstem, może nie udać się od razu — odpowiedział jej w końcu na zadane pytanie. — Nie będzie jednak tak źle, jak sobie wyobrażasz. — Odstawił kubek. — Nie ruchaj się bez zabezpieczenia.
Nie byłby wcale zdziwiony, gdyby kuzynka angażowała się w nieoficjalne ruchy walki ze Śmierciożercami. Znał ją i znał jej rodzinę. Wiedział, jakie wszyscy oni mają poglądy — gdy w któreś święta pijany wujek zaczął opowiadać o nie-ludziach, Trelawney sam uczuł coś na kształt strachu, mimo że był… raczej uczciwym obywatelem.
— Jestem otwarty na współpracę z Ministerstwem — zaczął ostrożnie. — Z tobą również, oczywiście, jeśli jest coś, co mogę dla ciebie zrobić. Ufam ci. — Odchylił się w swoim fotelu. Nie lubił takich sytuacji. Tajemniczych. Niejasnych. Funkcjonowanie w limbo niedopowiedzeń wystarczająco już go sfrustrowało, gdy próbował rozgryźć Vakela i jednocześnie trzymać nos z daleka od jego spraw prywatnych. — Zapytam wprost, Millie. Odpowiedz, jeśli chcesz. O co chodzi?
Chciałby mieć remedium na wszystkie jej rozterki. Pozbierać miecze, wyrwać jej buławy i zastąpić je jakimiś optymistycznymi kielichami. Rozkład wyglądał parszywie — przytrzymanie przy sobie dwóch mężczyzn brzmiało wybitnie ryzykownie. Oboje to wiedzieli. Peregrin z całą swoją tolerancją dla nietypowych upodobań nie do końca ufał w potencjał poliamorii. Karty miały o tym z kolei nieco optymistyczniejsze zdanie: wyzwolenie, triumf, zwycięska walka… Wróż nie dostrzegał energii tego katastroficznego przesłania, o którym myślała Moody. Rydwan opuszczał pole walki, nie na nie zmierzał. Zresztą: triumf ten nie musiał smakować wyłącznie słodko. Wręcz przeciwnie, cała reszta przeczyła temu, aby droga do zwycięstwa miała być usłana różami.
— Już odpoczywacie razem. Śmiejecie się razem — przypomniał Millie jej własne słowa. — Od tego do spania razem niewielki krok. — Wzruszył ramionami, sięgając po opróżniony kubek czarownicy. — Swoją drogą, mieszkanie Basiliusa nie ocalało, skoro jada z tobą, walczy, pracuje…? Nie miałem głowy go spytać do tej pory, być może źle to o mnie świadczy. Jego rodzina ma pieniądze i status, więc nie sądziłem, że mógł znaleźć się w kłopotliwym położeniu.
Mówił do niej, choć oczy zatopił już w kubku, gdzie na białych, ceramicznych ściankach czarna herbata zostawiała brązowe zacieki.
Rzut Symbol 1d258 - 145
Niemowlę (seria drobnych kłopotów)
Niemowlę (seria drobnych kłopotów)
— Wydaje mi się, że jeśli po prostu do nich podejdziesz z tym tekstem, może nie udać się od razu — odpowiedział jej w końcu na zadane pytanie. — Nie będzie jednak tak źle, jak sobie wyobrażasz. — Odstawił kubek. — Nie ruchaj się bez zabezpieczenia.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie