- Kiedy mówisz: "duch" dopisujesz "upierdliwy". To prawie tak samo umowne jak grzecznościowe pytanie o herbatę. - W odwiedzinach, rzecz jasna. Bo Sauriel nie zamierzał tutaj proponować herbaty. Ale może jakby taka Daisy Lockhart odwiedziła go w jego przytulnym domu (musiał być przytulny, skoro sam Tom Riddle chce w nim siedzieć, bruh) to zaproponowałby jej nawet świeżą chai. Na propozycji by się skończyło. Chociaż pewnie nawet by do niej nie doszło. - Że co? - Prawie się zająknął, unosząc brwi. Jego głos był przesycony śmiechem, który nie miał pierwotnej formy tylko dlatego, że zdjęło go zdziwienie. I nie wiedział, czy laska przed nim robi sobie właśnie z niego jaja. Wyszła, zobaczyła żółte oczy i co? Umarła? Od czego? Żółtych oczu? Daisy powiedziała to przy tym w tak naturalny i luźny sposób, że pryz okazji zbiła go z pantałyku. Kiedy ktoś wczuwa się w historię to ma inne spojrzenie, inny ton głosu. A tu z większym przejęciem spodziewał się już usłyszeć, że wczoraj wieczorem ledwo obcasa uratowała przed wdepnięciem w psie gówno, parszywe pchlarze. Tak, to miałoby więcej emocji niż to pełne współczucia, podkreślmy to słowo, opowiadanie o śmierci Samotnej Marty. Nie, nie Samotnej. Jakoś inaczej ona tam miała. Płacząca? Przed chwilą Daisy to powiedziała - A ty z zainteresowaniem słuchałaś opowieści tej Płaczącej Marty. - To nie było pytanie, bardziej stwierdzenie. Czy może to była opowieść jej narzucana? Z tego wszystkiego zignorował, choć przypadkowo, pytanie o jego animozje z duchami. Trochę za bardzo zaaferowało go "żółte oczy=śmierć". W Hogwarcie, dodajmy. Najbezpieczniejszym miejscu na świecie. No, teraz na pewno. Nie było tam Sauriela.
- To dobrze, przynajmniej ma teraz dobry wzór na przyszłość. - Wykonał klasyczny smirk, ostatkiem ruchu powstrzymując się przed oparciem o obrzydliwy kontener. I to było widać, że się zreflektował i tak spojrzał na to coś skrzywiony. No jasne, wszystko da się zmyć, ale niekoniecznie trzeba się od razu próbować brudzić. - Mmm, Blacków. - Ta, Sauriel nie zwątpił w słowa Daisy, ale za to ta trucizna ewidentnie go ruszyła... w złą stronę. Otworzył szerzej czarne jak bezksiężycowa noc oczy, w których coś błysnęło. Ale to nie była gwiazdka z nieba. Podobnie błyskały ślepia dzikich psów, kiedy nocą odbiły światło latarni. Przesunął nawet językiem po zębach. I kłach, bo nawet je zaprezentował. - Co cię nie zabije, to cię wzmocni, słyszałaś takie powiedzenie? - Sauriel nie pochylił się do niej. Bo przez moment wyglądało to tak, jakby miał to zrobić. Ale zamiast tego minął ją, kierując się do tej dobrej dzielnicy miasta.- Oczywiście! Bo jestem skurwielem, ale chociaż skurwielem z sercem. - Obrócił się przodem do Daisy, ciągle idąc i wykonał parodię salonowego ukłonu, który był swoistą kpiną ze wszelkich szlacheckich zwyczajów. I wrócił do poprzedniej pozycji. - Myślałaś kiedyś o tym, jakie to by było przykre? Zostać Blackiem-wampirem? Niby masz super krew, ale potem ją tracisz, bo umarłeś, ale przeżyłeś. - Sauriel był chwilowo napięty, bo spodziewał się nawet zarobić Drętwotę w plecy. Więc i spodziewał się konieczności jej unikania. Tak to jest, jak się niepotrzebnie straszy wiedźmy na ulicy, które tylko chcą dbać o własny tyłek.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.