03.12.2025, 23:49 ✶
Cynthia przyglądała mu się chwilę, gdy tak tkwił na kanapie, wyglądając, jak siedem nieszczęść. Niedoświadczony człowiek pomyślałby, że Stanley jest po prostu zmęczony, bo przecież nie wyglądał na rannego na pierwszy rzut oka. Brudny, pokryty krwią i sadzą, jak większość mieszkańców Londynu. Gdy rozmawiali kilka godzin wcześniej, wszystko było w porządku, a jednak list od Francisa wskazywał na to, że jego pracodawca potrzebował pilnej pomocy. I miał rację. Sposób, w jaki siedział i w jaki oddychał – wszystko to pokazywało Flint, jak walczył ze sobą. Miał szczęście, bo ona była doświadczona. Spotkanie z nim pozwalało jej skupić się tylko na tym, żeby mu pomóc, a nie na tym, że wciąż tkwiła wśród płonących budynków, a dłonie miała we krwi.
- Nie uważałeś. - rzuciła cicho, przyglądając mu się z bliska, mając obok siebie torbę. Całe szczęście, że uzupełniła wszystkie zapasy w domu. Jej wzrok utkwił w zaschniętej krwi, a mroczna energia bijąca od mężczyzny sprawiła, że przebiegł ją dreszcz. A więc przekroczył granicę. Czy w nim też coś to zabiło? Zwilżyła usta, ciągle spierzchnięte po zbyt długim przebywaniu wśród zgliszczy i popiołów. Brak odpowiedzi uznała za zgodę do działania, zwłaszcza gdy nie mogli długo czekać. Nie cofnęła dłoni, gdy syknął, ale zatrzymała palce w bezruchu, podnosząc na niego wzrok. Jego ciałem wstrząsnął spazm bólu, wprawiając mięśnie w drżenie. Dopiero teraz zauważyła, że trzymał jej nadgarstek, sprawiając, że tkwiła posłusznie w bezruchu, dając mu kilka momentów oddechu i spokoju, zanim przejdzie do działania. Bo nie mógł mieć wątpliwości, że w zaistniałej sytuacji zrobi to, co uzna dla niego za najlepsze, nawet jeśli miałoby to oznaczać, że Borgin rozpłacze się, niczym mała dziewczynka. - Im dłużej zwlekasz, tym gorzej będzie.
Wzruszyła delikatnie ramionami, unosząc wolną dłoń i przesunęła po jego policzku, ścierając z niego pot i sadzę. - Zaraz dam Ci coś na ból. Mocnego. - dodała ciszej, nieco łagodniej, upominając samą siebie, że dla chorego i cierpiącego człowieka, należało być łagodnym i wyrozumiałym. Cierpliwym. Palce ją świerzbiły, rosła w niej irytacja, ale go nie poganiała. Kiwnęła głową. - Powoli.
To wcale nie znaczyło dobrze, bo jeśli materiał przykleił się do ran, powolne odrywanie tylko je rozjuszy i będzie mocniej bolało, uszkadzając więcej fragmentów skóry. Cofnęła się nieco, wciąż tkwiąc na kolanach, ale chcąc mu dać więcej miejsca i swobody. - Naprawdę? - zapytała retorycznie, gdy zrzucił płaszcz z lewej strony, odsłaniając więcej koszuli i tym samym brzucha, gdzie jasny materiał miał głęboki, szkarłatny kolor. Jakim cudem on w ogóle siedział przytomny? Musiał stracić dużo krwi. A narządy? Czy były uszkodzone? Zacisnęła palce, a paznokcie naruszyły wrażliwą po kontakcie z płomieniami skórę, pozostawiając głębokie, małe nacięcia. - Na trzy. - zgodziła się, nie patrząc mu jednak w oczy, automatycznie wykonując polecenie i starając się pomóc mu najlepiej, jak umiała. Ostrożnie i delikatnie asekurowała jego ciało, gdy ściągał płaszcz, aby przypadkiem nie zleciał z kanapy lub nie uszkodził się bardziej, niż było to konieczne.
- I tak zostanie. Będziesz żył. - potwierdziła, podnosząc na niego wzrok. Pozwoliła mu się oprzeć, czując jednocześnie bijące od niego gorąco i wilgoć, wymieszane z zapachem krwi. Musiało mu się kręcić w głowie. Czekała, a gdy opadł na kanapę, podniosła się i podwinęła rękawy, przysuwając sobie jedno z krzeseł, na którym położyła torbę. Wyjęła z niej fiolkę eliksiru uśmierzającego ból, którą odkręciła. - Wypij to. - poinstruowała jedynie, zbliżając się i przechylając szkło tak, aby było mu łatwiej, podtrzymując głowę Borgina, aby się nie zakrztusił.
- To co Ci się właściwie stało? - zapytała, gdy odrzucała niedbale na bok szklane naczynie i sięgnęła po różdżkę, widocznie tracąc cierpliwość. Jeśli mieliby tak działać ze zdjęciem koszuli, to zapewne brunet zemdleje. Owszem, ułatwiłoby jej to życie, ale potem czułby się z tym zapewne okropnie. Niewerbalnym zaklęciem pozbawiła go górnej części odzienia, a potem pochyliła się nad nim, łapiąc go ostrożnie przy lewym boku. - Połóż się, muszę to obejrzeć. Eliksir zaraz zacznie działać, będzie Ci lepiej. Ufasz mi, prawda?
Posłała mu krótkie spojrzenie w oczy, bo nie było ją w tym momencie stać na więcej. Przyglądała się jego ranom - głębokim i brzydkim, definitywnie wymagającym szycia.
- Nie uważałeś. - rzuciła cicho, przyglądając mu się z bliska, mając obok siebie torbę. Całe szczęście, że uzupełniła wszystkie zapasy w domu. Jej wzrok utkwił w zaschniętej krwi, a mroczna energia bijąca od mężczyzny sprawiła, że przebiegł ją dreszcz. A więc przekroczył granicę. Czy w nim też coś to zabiło? Zwilżyła usta, ciągle spierzchnięte po zbyt długim przebywaniu wśród zgliszczy i popiołów. Brak odpowiedzi uznała za zgodę do działania, zwłaszcza gdy nie mogli długo czekać. Nie cofnęła dłoni, gdy syknął, ale zatrzymała palce w bezruchu, podnosząc na niego wzrok. Jego ciałem wstrząsnął spazm bólu, wprawiając mięśnie w drżenie. Dopiero teraz zauważyła, że trzymał jej nadgarstek, sprawiając, że tkwiła posłusznie w bezruchu, dając mu kilka momentów oddechu i spokoju, zanim przejdzie do działania. Bo nie mógł mieć wątpliwości, że w zaistniałej sytuacji zrobi to, co uzna dla niego za najlepsze, nawet jeśli miałoby to oznaczać, że Borgin rozpłacze się, niczym mała dziewczynka. - Im dłużej zwlekasz, tym gorzej będzie.
Wzruszyła delikatnie ramionami, unosząc wolną dłoń i przesunęła po jego policzku, ścierając z niego pot i sadzę. - Zaraz dam Ci coś na ból. Mocnego. - dodała ciszej, nieco łagodniej, upominając samą siebie, że dla chorego i cierpiącego człowieka, należało być łagodnym i wyrozumiałym. Cierpliwym. Palce ją świerzbiły, rosła w niej irytacja, ale go nie poganiała. Kiwnęła głową. - Powoli.
To wcale nie znaczyło dobrze, bo jeśli materiał przykleił się do ran, powolne odrywanie tylko je rozjuszy i będzie mocniej bolało, uszkadzając więcej fragmentów skóry. Cofnęła się nieco, wciąż tkwiąc na kolanach, ale chcąc mu dać więcej miejsca i swobody. - Naprawdę? - zapytała retorycznie, gdy zrzucił płaszcz z lewej strony, odsłaniając więcej koszuli i tym samym brzucha, gdzie jasny materiał miał głęboki, szkarłatny kolor. Jakim cudem on w ogóle siedział przytomny? Musiał stracić dużo krwi. A narządy? Czy były uszkodzone? Zacisnęła palce, a paznokcie naruszyły wrażliwą po kontakcie z płomieniami skórę, pozostawiając głębokie, małe nacięcia. - Na trzy. - zgodziła się, nie patrząc mu jednak w oczy, automatycznie wykonując polecenie i starając się pomóc mu najlepiej, jak umiała. Ostrożnie i delikatnie asekurowała jego ciało, gdy ściągał płaszcz, aby przypadkiem nie zleciał z kanapy lub nie uszkodził się bardziej, niż było to konieczne.
- I tak zostanie. Będziesz żył. - potwierdziła, podnosząc na niego wzrok. Pozwoliła mu się oprzeć, czując jednocześnie bijące od niego gorąco i wilgoć, wymieszane z zapachem krwi. Musiało mu się kręcić w głowie. Czekała, a gdy opadł na kanapę, podniosła się i podwinęła rękawy, przysuwając sobie jedno z krzeseł, na którym położyła torbę. Wyjęła z niej fiolkę eliksiru uśmierzającego ból, którą odkręciła. - Wypij to. - poinstruowała jedynie, zbliżając się i przechylając szkło tak, aby było mu łatwiej, podtrzymując głowę Borgina, aby się nie zakrztusił.
- To co Ci się właściwie stało? - zapytała, gdy odrzucała niedbale na bok szklane naczynie i sięgnęła po różdżkę, widocznie tracąc cierpliwość. Jeśli mieliby tak działać ze zdjęciem koszuli, to zapewne brunet zemdleje. Owszem, ułatwiłoby jej to życie, ale potem czułby się z tym zapewne okropnie. Niewerbalnym zaklęciem pozbawiła go górnej części odzienia, a potem pochyliła się nad nim, łapiąc go ostrożnie przy lewym boku. - Połóż się, muszę to obejrzeć. Eliksir zaraz zacznie działać, będzie Ci lepiej. Ufasz mi, prawda?
Posłała mu krótkie spojrzenie w oczy, bo nie było ją w tym momencie stać na więcej. Przyglądała się jego ranom - głębokim i brzydkim, definitywnie wymagającym szycia.