13.12.2025, 23:53 ✶
Od początku powinien wiedzieć, że nie grał na wiarygodność, tylko na zwłokę. Nie myślał po prawdzie bardzo, na co gra — po prostu grał, tak z impulsu i z przyzwyczajenia.
Gdy nadszedł wilczy wybuch, Woody Tarp był gotów. Nic mu to szarpanie nie robiło — dopóki wilkołaczyca nie była wilkołaczycą, miał nad nią znaczącą przewagę rozmiaru. Mogła poszarpać mu kubrak, ale sam chłop stał jak dąb, uginany jedynie poczuciem winy.
Co się stało, to się nie odstanie. Niestety, był jednym z tych ludzi, którzy łatwo zapominali o konsekwencjach i rzucali się na nagrodę, gdy ta była w zasięgu ręki. A co będzie potem, to potem. No i potem nadeszło.
— Aseno, nie denerwuj się — spróbował niezdarnie załagodzić stary głupiec. — Przyjdzie rano Lewis, to ci zrobi całą blachę tylko dla ciebie, jak babcię kocham. Nic nie popuszczaj.
Chuj, przejebał koncertowo. Nie było co kryć. W święta odjebać taką fuszerę… Przypomniał sobie w tamtej chwili to samo poczucie winy, jak gdy wygarniała mu takie pozorne drobnostki Tessa. Wtedy dopiero na takiej połajance zdawał sobie sprawę z popełnionych błędów i snuł się następnych kilka dni jak skopany psiur ze zwieszoną głową, struty i konsumowany przez wyrzuty. Oj, gorzko pokutował, jak gorzko. A potem popełniał dokładnie te same błędy.
— No nie przejmuj się, dziecko. Mamy produkty, zrobimy sobie lepszą kolację. — Wygrzebał wreszcie spod klamotów MagicMixa. Chińskie ustrojstwo gruchnęło o blat. — Jakie wypluwaj? No nie wypluje ci przecież, cholera jasna. — Rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu ratunku. Wzrok padł na kosz pełen kuchennych odpadków. Tak idealnie pełny, że prawie się przesypywało. — Ja idę wyrzucić śmieci. I dokupić… mleka. Bo wyszło. I żurawinę do twojej pieczeni. A ty tu poczekaj chwilę. Zaraz wracam.
Zarzucił czarny, tłusty wór na plecy i ulotnił się, zanim Greyback skończyła liczyć.
Gdzie wysypywało się śmieci na Nokturnie? Ano gdzie bądź, a najlepiej to pod drzwiami Białego Wiwerna.
Nie tam jednak teleportował się stary. Co to to nie. Jak trwoga, to do… Doliny Godryka.
Wylądował na ośnieżonej ścieżce prowadzącej do swojego dawnego domu. Wiedział, że kolacja w Warowni jeszcze trwała, więc o ile żony nie dotknęła migrena, na pewno wciąż tam była. I miał rację, bo światła były pogaszone. Wszystkie poza tymi lewitującymi w salonie wiecznie jasnymi świeczuszkami ozdobnymi, które zaklinało się raz na sezon i magiczne ogniki na nich tańczyły do lutego. Aktywowało się je zaklęciem szeregowym i co roku Woody psioczył, że sprzedali mu zepsute, szedł kupić nowe, wracał, nowe też zepsute, znów próbował odpalać stare — i działały. Pierdolone dziadostwo.
Do domu państwa Longbottom zbliżył się więc rosły święty Mikołaj w czerwonym kubraku i czapie, z worem śmieci z pubu na plecach. Właściwie... zawrócił w pół drogi i wór zostawił pod wiatą śmietnikową przy wyjściu.
Tak, zdecydowanie, wszedł do wnętrza nieobciążony smrodem gnijącego mięsa, choć wciąż unosił się za nim obleśny fetor wódy i starego oleju, na którym smażyli świąteczną rybę od... nieważne, zapraszamy serdecznie do Rejwachu.
Drzwi odemknął znaną sekwencją magiczną, błogosławiąc żonie, że nie zmieniła jej mimo lat, i oto otworzyły się przed Tarpaulinem wrota raju. Zapach poprowadził go prosto do kuchni. Czego tam nie było! Oczywiście, że Tessa upiekła paszteciki, a oprócz tego ciasto pekanowe, pasztet domowy, chleb ziołowy i do niego ziołowe masełko.
Wszystko, co Woody Tarpaulin uczynił, uczynił, działając w stanie wyższej konieczności. Dziad wziął i do pudełka zaczął sobie nakładać wszystkiego tego po dwie słuszne porcje. Poza tym przetrzepując spiżarnię w poszukiwaniu żurawiny (Tessa miała jej cały worek ususzonej… znaczy już nie miała), znalazł też pieczeń ze śliwką, ale wstrzymał się. Przecież mieli z Asenką sami piec pieczeń, to pieczeni nie.
Tak wyposażony złodziej zamknął drzwi i puf! wrócił do Rejwachu w mniej niż dziesięć minut, aby zrobić Asenie Greyback domowe święta stulecia.
Gdy nadszedł wilczy wybuch, Woody Tarp był gotów. Nic mu to szarpanie nie robiło — dopóki wilkołaczyca nie była wilkołaczycą, miał nad nią znaczącą przewagę rozmiaru. Mogła poszarpać mu kubrak, ale sam chłop stał jak dąb, uginany jedynie poczuciem winy.
Co się stało, to się nie odstanie. Niestety, był jednym z tych ludzi, którzy łatwo zapominali o konsekwencjach i rzucali się na nagrodę, gdy ta była w zasięgu ręki. A co będzie potem, to potem. No i potem nadeszło.
— Aseno, nie denerwuj się — spróbował niezdarnie załagodzić stary głupiec. — Przyjdzie rano Lewis, to ci zrobi całą blachę tylko dla ciebie, jak babcię kocham. Nic nie popuszczaj.
Chuj, przejebał koncertowo. Nie było co kryć. W święta odjebać taką fuszerę… Przypomniał sobie w tamtej chwili to samo poczucie winy, jak gdy wygarniała mu takie pozorne drobnostki Tessa. Wtedy dopiero na takiej połajance zdawał sobie sprawę z popełnionych błędów i snuł się następnych kilka dni jak skopany psiur ze zwieszoną głową, struty i konsumowany przez wyrzuty. Oj, gorzko pokutował, jak gorzko. A potem popełniał dokładnie te same błędy.
— No nie przejmuj się, dziecko. Mamy produkty, zrobimy sobie lepszą kolację. — Wygrzebał wreszcie spod klamotów MagicMixa. Chińskie ustrojstwo gruchnęło o blat. — Jakie wypluwaj? No nie wypluje ci przecież, cholera jasna. — Rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu ratunku. Wzrok padł na kosz pełen kuchennych odpadków. Tak idealnie pełny, że prawie się przesypywało. — Ja idę wyrzucić śmieci. I dokupić… mleka. Bo wyszło. I żurawinę do twojej pieczeni. A ty tu poczekaj chwilę. Zaraz wracam.
Zarzucił czarny, tłusty wór na plecy i ulotnił się, zanim Greyback skończyła liczyć.
Gdzie wysypywało się śmieci na Nokturnie? Ano gdzie bądź, a najlepiej to pod drzwiami Białego Wiwerna.
Nie tam jednak teleportował się stary. Co to to nie. Jak trwoga, to do… Doliny Godryka.
Wylądował na ośnieżonej ścieżce prowadzącej do swojego dawnego domu. Wiedział, że kolacja w Warowni jeszcze trwała, więc o ile żony nie dotknęła migrena, na pewno wciąż tam była. I miał rację, bo światła były pogaszone. Wszystkie poza tymi lewitującymi w salonie wiecznie jasnymi świeczuszkami ozdobnymi, które zaklinało się raz na sezon i magiczne ogniki na nich tańczyły do lutego. Aktywowało się je zaklęciem szeregowym i co roku Woody psioczył, że sprzedali mu zepsute, szedł kupić nowe, wracał, nowe też zepsute, znów próbował odpalać stare — i działały. Pierdolone dziadostwo.
Do domu państwa Longbottom zbliżył się więc rosły święty Mikołaj w czerwonym kubraku i czapie, z worem śmieci z pubu na plecach. Właściwie... zawrócił w pół drogi i wór zostawił pod wiatą śmietnikową przy wyjściu.
Tak, zdecydowanie, wszedł do wnętrza nieobciążony smrodem gnijącego mięsa, choć wciąż unosił się za nim obleśny fetor wódy i starego oleju, na którym smażyli świąteczną rybę od... nieważne, zapraszamy serdecznie do Rejwachu.
Drzwi odemknął znaną sekwencją magiczną, błogosławiąc żonie, że nie zmieniła jej mimo lat, i oto otworzyły się przed Tarpaulinem wrota raju. Zapach poprowadził go prosto do kuchni. Czego tam nie było! Oczywiście, że Tessa upiekła paszteciki, a oprócz tego ciasto pekanowe, pasztet domowy, chleb ziołowy i do niego ziołowe masełko.
Wszystko, co Woody Tarpaulin uczynił, uczynił, działając w stanie wyższej konieczności. Dziad wziął i do pudełka zaczął sobie nakładać wszystkiego tego po dwie słuszne porcje. Poza tym przetrzepując spiżarnię w poszukiwaniu żurawiny (Tessa miała jej cały worek ususzonej… znaczy już nie miała), znalazł też pieczeń ze śliwką, ale wstrzymał się. Przecież mieli z Asenką sami piec pieczeń, to pieczeni nie.
Tak wyposażony złodziej zamknął drzwi i puf! wrócił do Rejwachu w mniej niż dziesięć minut, aby zrobić Asenie Greyback domowe święta stulecia.
piw0 to moje paliwo