Musiała tutaj wyglądać naprawdę dziwacznie: ciemniejszy kolor skóry, niczym kawa z mlekiem, rysy twarzy trochę ostrzejsze od tych typowo angielskich, przemoczona do suchej nitki, siedząc obok Lazarusa, równie jej obcego co cała reszta.
– Pewnie pomyślą, że coś mnie zatrzymało – że może coś się wydarzyło na wykopaliskach takiego, że lepiej było, by została, a potem już nie będzie się opłacało wracać. A na wykopaliskach… no tam słynęła raczej z tego, że zaczynała pracę bardzo wcześnie, ale po prostu powie im prawdę, bo jaki był sens w ściemnianiu. – A o ciebie? – odpowiedziała również szeptem.
Nie miała w sobie raczej takich myśli, że ta burza to jakieś zaplanowane zjawisko, wielka pułapka wabiąca do siebie nieostrożnych czarodziejów tylko po to, by ich zamordować, a potem pokroić na kawałki i zjeść jak tuczone prosię. Gdy więc dostała filiżankę herbaty w ręce, to jedną dłonią trzymała talerzyk, drugą filiżankę za uszko i owszem, powąchała, ale bardziej by wyczuć o jakim smaku ta herbata, niż nieufnie. Chyba wyczuwała tam jakiś sok… Ostatecznie jednak upiła kilka łyków i poczuła, jak przyjemne ciepło rozlewa się po jej ciele od środka. Uśmiechnęła się do jednej z sióstr z wdzięcznością.
– Na terenie, gdzie odkryto ślady pogrzebanej wioski, zamieszkałej bardzo dawno temu przez czarodziejów – odparła Lazarusowi. Cal nie chciał, by kręciło się tam zbyt wiele nieznajomych ludzi, mieli zresztą problem z osobą, która włamała się tam w lipcu, a którą Ginny po części spacyfikowała, a po części przegoniła. W artykule, jaki pojawił się w czerwcu w gazecie też zresztą dokładna lokalizacja nie została podana i Guinevere nie zamierzała podawać jej też teraz. – O, naprawdę? Jesteśmy więc kolegami archeologami? – niektóre zbiegi okoliczności były naprawdę zabawne, choć Ginny widziała w nich splot jakiejś siły wyższej, magii można by rzec, tej samej, która sprawiała, że symbole jakie widziała w snach, szklanej kuli czy fusach, na pewien sposób mówiły o przyszłości. – Och, nie… Wpadliśmy na siebie na wrzosowisku, teleportacja nas wyrzuciła – wyjaśniła Archibaldowi, który z zastanowieniem pokiwał głową.
A chwilę później dostała swoja odpowiedź. Lazarus mógł być archeologiem… kiedyś. Teraz zaś to co powiedział sprawiło, że się zamyśliła, bo ta nazwa urzędu, w którym pracował, coś jej mówiła. Nawet więcej niż coś i aż przekrzywiła głowę, po czym cichutko się zaśmiała – zbieg okoliczności robił się więc jeszcze bardziej pokręcony.
– Pracujesz z Anthonym? – zapytała po chwili, gdy już okazało się, że nawet wiadomości nie da rady posłać w taką pogodę.
Niedługo później cztery (!) urocze córki Archibalda Binnsa pojawiły się w salonie lewitując talerze i półmiski, a pies ożywił się nagle, najpewniej czując zapach smakowitego jedzenia. Ginny też trochę zaburczało w brzuchu.
– Jedzenie! Jedzenie! – warczał Burek i mało brakowało, a zacząłby podskakiwać.