Chciał jej pomóc. I chciał jej pomagać. Chciał zadbać o to, żeby nic się jej nie stało i martwił się, czy się tak nie stanie. Wkradła się do jego serca i myśli. Osoba, o którą zaczął się troszczyć stała się osoba, której nienawidził z całego serca. Nie sądził, że to jest możliwe, kiedy mówiła, że muszą się jakoś dogadać. Widział tylko scenariusz, w którym się tolerowali i po prostu żywili jakiś względny szacunek. A tu? Proszę bardzo. Jasne, że kosztowało to obie strony energię i starania, ale było zdecydowanie warto. Podobało mu się to, że się z nią oswaja. Oczywiście - nie zrozumcie mnie źle z tym skradaniem serca, to nie były żadne amory. Sauriel nawet nie wiedział, czy jest jeszcze do tego uczucia zdolny. Jasne, serce miał, ale ta miłość byłaby czysto-platoniczna. Na pewno dowiedział się już, że jego serce potrafiło wytworzyć zadziwiającą ilość ciepła. Nie tego fizycznego - ale to nie tego fizycznego ciepła potrzebował. Dlatego też się zgodził, kiedy przyszło im rozmawiać o kolejnych wydarzeniach związanych z felernym śledztwem prowadzonym przez Victorię. Chciał pomóc i mógł pomóc. Tym razem dobrowolnie, nie pod patronatem kija własnego ojca.
Nie dało się nie zauważyć, że z Victorią działo się coś złego, kiedy już wyjeżdżali. Wyjazd na jedną noc dla Victorii dla Sauriela był jednak trochę większą sprawą. On nie mógł się teleportować z powrotem do domu. Więc pozostawało albo tłuczenie się po połączonych fiuu, albo tarabanić się z Pokątnej. Generalnie nie wiedzieli, ile czasu im zejdzie, co ich spotka. Czarnowłosy wolał się zabezpieczyć, skoro nie mógł się nawet przemieszczać za dnia bez odpowiedniej pogody, więc wziął ze sobą niewielką torbę, w niej zupełnie podstawowe rzeczy na taką jednonocną przygodę. Na razie nie pytał, co dokładnie dzieje się z towarzyszką. Tylko zerkał na nią trochę ze zdziwieniem, trochę zaciekawieniem, a trochę pytaniem w oczach, czy na pewno wszystko ok. Victoria nie była zresztą zbyt rozmowna - więc i on milczał.
Abraxan gładko wzniósł się w powietrza, a Sauriel odsłonił nieco swoją zasłonkę, żeby za nią wyglądać. Londyn się oddalał. I wyglądał całkowicie bajecznie. Sauriel sam miał wrażenie, że leci na rozwiniętych skrzydłach. A to było absolutnie fantastyczne uczucie. Widoki były piękne, póki nie zostały zasłonięte przez ciemność. Noc zbyt łatwo pochłonęła wszystko. Dlatego firanka opadła, a sam Sauriel oparł głowę o bok karocy i przymknął oczy. Snem nie można było tego nazwać. Chyba bardziej jakimś rodzajem hibernacji. I pewnie by tak "przespał" całą podróż gdyby nie to, że z przodu karocy zaczęły się jakieś westchnięcia, pomruki, jęki.
- Aaaach zmęczony jestem. - Rozległo się marudzenie. - Taki bardzo zmęczony. Napiłbym się whiskey. - Sauriel otworzył jedno oko, miał ręce splecione na klatce piersiowej. Potem drugie. - Mili pasażerowie, czy macie może whiskey? Ale nie taką zwykłą, nie. Najlepszą szkocką.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.