Przyjął jej słowa z tą samą łatwością, z jaką od lat poruszał się w strukturach władzy. Hierarchie były dla niego jak zmieniające się sztandary nad tym samym budynkiem, barwy mogły być inne, hasła odmalowane na nowo, ale mechanizm pozostawał niezmienny. Zawsze wiedział, przed kim warto się zatrzymać o pół kroku dłużej, komu poświęcić starannie dobrany ton i spojrzenie. I które stałe elementy ministerialnej codzienności można bez żalu pominąć, nie karmiąc się tą samą, rozwodnioną paszą przeznaczoną dla mało ambitnych trybików. Zmiana statusu, o której wspomniała, była dla niego jedynie przejściowym zgrzytem w papierach. Epizodem. - Departament Przestrzegania Prawa ma skłonność do nerwowych ruchów - odparł spokojnie, niemal od niechcenia. - Proszę się nie obawiać, nikt nawet nie zdąży się do tego przyzwyczaić.
Słowa ministra z portretu przyjął milczeniem. Zmęczonym, wypranym z emocji, takim samym, jakim obdarza się starczy uwiąd, który myli własne wspomnienia z autorytetem. Nie było sensu reagować, czas i tak już zrobił z nim swoje. Dopiero gdy akta sprawy Koroleva trafiły w jego ręce, Louvain naprawdę się ożywił. Otworzył teczkę bez pośpiechu, z uwagą kogoś, kto wie, że najciekawsze rzeczy nigdy nie leżą na wierzchu. Przebiegł wzrokiem po zeznaniach, po nazwiskach, po ostrożnie ocenzurowanych fragmentach raportów. I wtedy zrozumiał. Kącik jego ust uniósł się w cynicznym, ledwie zauważalnym uśmiechu. To nie była sprawa o sprawiedliwość. To było brudne wyrównywanie rachunków. Nie sądził, że istnieją rzeczy mniejsze od Lorien, a jednak. Jej ego okazało się tak drobne, że na jego istnienie istniały jedynie dowody szczątkowe, dokładnie jak na paragraf, którym zamierzała przyklepać los temu „dobremu złodziejowi”. Ten biedny, pierdolony parias miał przynajmniej tyle własnej godności, by wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast wyręczać się cudzymi chłopcami i cudzymi wyrokami. Niezależnie od statusu, czarodzieje zawsze byli tak samo paskudni i brzydcy. Różnica polegała jedynie na tym, kto miał dość kompleksów, by się z tym kryć. A Louvain, będąc obecnie najprzystojniejszym kawalerem w tym Departamencie, rozpoznawał brzydotę jak mało kto. Wiedział też, że trudniejsze od wsadzenia Koroleva za kraty będzie zanurzenie się w tak płytkim ego jak ego sędziny. Trudniejsze, lecz nie niemożliwe.
Nie skomentował na głos tej prywatnej wendety ani jej małostkowego, frajerskiego charakteru. Nie obdarzył Lorien nawet spojrzeniem politowania. Zamiast tego zaczął myśleć. Intensywnie, metodycznie, szukając miejsca, od którego można było pociągnąć za nitkę. Całe szczęście, że Korolev nie był nikim istotnym w Kromlechu. Szczerze mówiąc, Louvain nawet nie wiedział o jego istnieniu. Być może był tylko podrzędnym Naśladowcą. Na pewno kimś na tyle nieistotnym, by dało się go odpowiednio uformować. Nigdy z nim nie współpracował i właśnie to czyniło sprawę tak wygodną. Był małą szprotką, którą był w stanie poświęcić bez cienia namysłu. - Jeśli nie przyznał się do tej pory, nie zrobi tego dalej. - rzucił w zamyśleniu, nieco rozczarowany, że słynny łowca czarnoksiężników nie potrafił wydobyć odpowiednich zeznać. Zaciekawiło go dlaczego w ogóle ten krawężnik Moody w ogóle pochylał się nad sprawą. Auror jego formatu od razu powinien wyczuć, czy ma do czynienia z poważnym czarnoksiężnikiem, czy tylko z okazjonalnym łotrzykiem. - Rozumiem, że w miejscu zamieszkania aresztowanego nie znaleziono żadnych dowodów, ani poszlak? Zanucił dość kurtuazyjnie, bo nic takiego w raporcie nie widział, ale wnioskując z cenzurowanych treści, istniał cień szansy, że istniało coś, co do kartoteki się nie nadawało. Coś o czym można było tylko wspomnieć na osobności. - Skoro ciężko mu coś udowodnić, może inny, wiarygodniejszy terrorysta potwierdzi jego motywy? Odłożył papiery na bok i w końcu spojrzał na przełożoną, sugestywnym spojrzeniem. Na pewno istniał ktoś, kto za kilka dodatkowych przywilejów wskaże na niego palcem. To byłoby łatwiejsze, od szukania nieistniejących dowodów.