07.01.2026, 23:08 ✶
Z czasem konsekwencje podejmowanych wcześniej decyzji mogły być przytłaczające. Zastanawiała się wielokrotnie, czy Borgin żałował tego, jak mocno wplątany był w wojnę, jak zaangażowany w sprawy Śmierciożerców, które przecież częściowo tylko zgadzały się z tym, w co wierzył. Znała go. Nie był zwolennikiem bezsensownej przemocy, nie mógł mu się podobać ten pożar i ilość nieszczęść, w które obfitował. Cynthia patrzyła na niego, a jej stalowe oczy zdawały się przenikać przez jego fasadę nonszalancji. „Nic wielkiego”. Parsknęłaby śmiechem, gdyby sytuacja nie była tak ponura. Te rany krzyczały o walce na śmierć i życie, o czarnej magii i brutalności, której był zarówno sprawcą, jak i ofiarą. Wiedziała, że nie powie jej prawdy. Nie teraz. Może nigdy. Mężczyźni tacy jak on, ulepieni z dumy i buntu, woleliby się wykrwawić, niż przyznać do słabości czy strachu. Stanley nie był potworem. Problem polegał na tym, że ludzie się zmieniali i tak, jak dotychczas wierzyła, że i ona nie była potworem, tak wczorajsza noc sprawiła, że nie była już tego taka pewna. Nie miała pojęcia, jak poradzić sobie z myślami, jak oswoić się z widokiem krwi na dłoniach, utknięciem wśród płomieni.. Dlatego właśnie musiała się wyłączać, otaczać lodowym murem mocniej niż zwykle, bo jedna rozmowa mogłaby sprawić, że rozpadłaby się na kawałki. Dlatego też nie mogła się zastanawiać nad tym, jakie mieli życie i co czekało na nich za drzwiami mieszkania poczciwego barmana, musieli skupić się na tym, co było teraz – musiała mu pomóc. Nic innego nie miało znaczenia, bo gdyby jeszcze on odszedł, wyślizgnął się z jej palców, to by przepadła.
- Myślisz, że bym Cię otruła? - zapytała z uniesionymi brwiami, łapiąc go na tym, jak przyglądał się torbie. Powędrowała za jego spojrzeniem i westchnęła, kręcąc głową. - Wiem, że zwykle zajmuje się trupami, ale ostatniej nocy Ministerstwo wezwało mnie jako uzdrowiciela, żeby pomóc ofiarom. - kontynuowała, zbliżając do niego flakonik, bo przecież i tak nie miał wyjścia, musiał to wypić, nawet jeśli miałaby go do tego zmusić. Nie miał na pewno wątpliwości, że by to zrobiła. - Zanim dostałam list, byłam w domu uzupełnić zapasy, a potem jeszcze na chwilę w jednym ze szpitali polowych.
Wypił bez marudzenia, co uznała za mały sukces – jeden z wielu, którego zamierzała dokonać na brunecie w przeciągu następnych kilku godzin. Wiedziała, ale próbowała podtrzymać w jakikolwiek sposób rozmowę, a myśl o tym, że mógłby kogoś potraktować avadą – pomimo tego, że aura czarnej magii była niemalże namacalna, wolała ignorować.
- To prawda. Nie idzie. - przytaknęła cicho, nie mając jednak skruszonego wyrazu twarzy, jeśli nawet była powodem jego chwilowego dyskomfortu. Ani Stanley, ani Cynthia nie mogli jeszcze wiedzieć, jak bardzo będzie zapętlona w tej pogrążonej w chaosie i płomieniach nocy.
Jego wahanie w odpowiedzi na pytanie o zaufanie było niemal namacalne. Widziała tę walkę w jego oczach, ten ułamek sekundy, w którym jego instynkt kazał mu zaprzeczyć, odrzucić pomoc, by zachować kontrolę. A jednak ból i wyczerpanie ostatecznie wygrały. Uśmiechnęła się łagodnie, pochylając nad nim – przez ułamek sekundy cały ciężar z jej ramion zdawał się zniknąć.
- Cieszę się, że to słyszę. Ja też Ci ufam. Nie wiem, czy nie bardziej, niż sobie.
To była prawda. W całym tym szaleństwie, w tym świecie pełnym kłamstw i zdrad, ten chaotyczny, irytujący chłopak był jedną z niewielu osób, co do których miała tę irracjonalną pewność. Był kimś, na kim mogła polegać, był lojalny – wszak od lat uważał, że to największa z wartości. – Dobrze – odparła, a jej ton znów stał się bardziej stanowczy, ale tym razem pobrzmiewa w nim troska, a nie chłód i obojętność. – W takim razie teraz zrobimy to po mojemu. Zamknij oczy.
Jej dłoń, która wcześniej badała jego rany, teraz delikatnie spoczęła na jego czole. Była chłodna na tyle, że jej dotyk zdawał się przynosić ulg rozgrzanej skórze.– Zaufaj mi. Nie będziesz czuł bólu. Obiecuję. Odpocznij.
Była skupiona i przygotowana od momentu, w którym powiedział, że jej ufa. Różdżka tkwiła przy boku, trzymana w wolnej dłoni, zaciśnięta słabo palcami. Niewerbalny czar sięgał jej głęboko skrywanych umiejętności. Po prostu pchnęła w jego stronę odrobinę swojej woli, ciche, mroczne polecenie skierowane nie do jego umysłu, a do nici życia, która w nim pulsowała. To było jak delikatne przygaszenie płomienia świecy, uspokojenie wzburzonej wody. Czuła, jak jego świadomość powoli gaśnie, jak napięte mięśnie się rozluźniają, a oddech staje się głęboki i miarowy. Opadł ciężko na oparcie kanapy, pogrążony w śnie tak głębokim, że żadne koszmary tej nocy nie miały do niego dostępu. Wiedziała, że będzie zły i będzie marudził, ale z tym będzie musiała sobie poradzić później, najpierw czekały ją rany. Nie mogła pracować nad nim, gdy był przytomny. Musiał leżeć nieruchomo, jeśli miało to być zrobione dobrze. Dopiero gdy był już całkowicie nieświadomy, odsunęła dłoń i podwinęła swoje rękawy, trzymając wciąż magiczny patyk blisko siebie. Przesunęła dłońmi nad jego poszarpanym brzuchem, a jej analityczny umysł znów przejął kontrolę. Przymknęła oczy, słuchając tego, co miał do powiedzenia. Nić po nici musiała sprawdzić wszystko. Szepty jego ciała były coraz wyraźniejsze, niezakłócone przez ból i świadomość. Czuła gorąco infekcji, lodowaty chłód mrocznej magii i precyzyjnie zlokalizować wszystkie wewnętrzne obrażenia.
- Masz więcej szczęścia, niż rozumu Stan.. - szepnęła cicho w przestrzeń, krzywiąc się nieco na to, jak szeroki był wachlarz cięć i jak wysoki poziom utraconej krwi. Najlepiej by było, gdyby przespał przynajmniej dobę. Cofnęła dłonie, przyglądając mu się chwilę w milczeniu, zanim wstała z posadzki. Przygotowała sobie miskę z ciepłą wodą, czyste materiały oraz ręczniki, a także zwiększyła ilości światła, które padało na Borgina. Słoneczne było zbyt słabe, potrzebowała mocniejszego płomyka, chociaż sam widok płonących świec znów próbował zabrać ją w przeszłość. Cynthia była jednak niewzruszona, zbyt skupiona na tym, co miała do zrobienia. Wyjęła z torby potrzebne rzeczy, ułożyła wszystko na krześle, na którym wcześniej stała, na białej bawełnie do obwiązywania ran. Jej palce poruszały się teraz z hipnotyzującą precyzją. Wyjęła igłę, nić nasyconą eliksirem regenerującym i zestaw sterylnych narzędzi. Pochyliła się nad nim, decydując, że najpierw musiała zacząć od rany na brzuchu, ciągle monitorując jego funkcje życiowe i spokojny sen. Zadbała o to, by pobudzone zostały te przyjemne wspomnienia, zamykając go w bańce pozbawionej ostatnich wydarzeń. Zaczęła szyć, leczyć i oczyszczać, a jej dłonie poruszały się z pewnością i delikatnością chirurga. W ciszy zniszczonego mieszkania, w blasku kilku świec szyła tak, aby blizny były, jak najmniejsze i żeby przypadkiem nie wyglądał, jak niedbale zszyty trup w kostnicy, chociaż akurat Flint zawsze była perfekcjonistką w tym zakresie.
Nie miała pojęcia, ile minęło czasu, gdy odłożyła na bok wszystkie narzędzia i wrzuciła do zakrwawionej już wody brudne, wykorzystane szmaty. Dookoła walały się słoiczki, leżała gdzieś jej różdżka i wymagające czyszczenia, ale rany były zabezpieczone, czyste i zawinięte sterylnym, wzmocnionym bandażem. Musiał po prostu odpocząć. Przesunęła palcami po twarzy, gdy zdjęła rękawiczki, rzucając je niedbale na ziemi i przysiadła przy kanapie, odchylając głowę do tyłu, przymykając oczy. Nie miała dużo czasu.
Stanley miał spać najbliższe kilka lub kilkanaście godzin, tego była pewna.
- Myślisz, że bym Cię otruła? - zapytała z uniesionymi brwiami, łapiąc go na tym, jak przyglądał się torbie. Powędrowała za jego spojrzeniem i westchnęła, kręcąc głową. - Wiem, że zwykle zajmuje się trupami, ale ostatniej nocy Ministerstwo wezwało mnie jako uzdrowiciela, żeby pomóc ofiarom. - kontynuowała, zbliżając do niego flakonik, bo przecież i tak nie miał wyjścia, musiał to wypić, nawet jeśli miałaby go do tego zmusić. Nie miał na pewno wątpliwości, że by to zrobiła. - Zanim dostałam list, byłam w domu uzupełnić zapasy, a potem jeszcze na chwilę w jednym ze szpitali polowych.
Wypił bez marudzenia, co uznała za mały sukces – jeden z wielu, którego zamierzała dokonać na brunecie w przeciągu następnych kilku godzin. Wiedziała, ale próbowała podtrzymać w jakikolwiek sposób rozmowę, a myśl o tym, że mógłby kogoś potraktować avadą – pomimo tego, że aura czarnej magii była niemalże namacalna, wolała ignorować.
- To prawda. Nie idzie. - przytaknęła cicho, nie mając jednak skruszonego wyrazu twarzy, jeśli nawet była powodem jego chwilowego dyskomfortu. Ani Stanley, ani Cynthia nie mogli jeszcze wiedzieć, jak bardzo będzie zapętlona w tej pogrążonej w chaosie i płomieniach nocy.
Jego wahanie w odpowiedzi na pytanie o zaufanie było niemal namacalne. Widziała tę walkę w jego oczach, ten ułamek sekundy, w którym jego instynkt kazał mu zaprzeczyć, odrzucić pomoc, by zachować kontrolę. A jednak ból i wyczerpanie ostatecznie wygrały. Uśmiechnęła się łagodnie, pochylając nad nim – przez ułamek sekundy cały ciężar z jej ramion zdawał się zniknąć.
- Cieszę się, że to słyszę. Ja też Ci ufam. Nie wiem, czy nie bardziej, niż sobie.
To była prawda. W całym tym szaleństwie, w tym świecie pełnym kłamstw i zdrad, ten chaotyczny, irytujący chłopak był jedną z niewielu osób, co do których miała tę irracjonalną pewność. Był kimś, na kim mogła polegać, był lojalny – wszak od lat uważał, że to największa z wartości. – Dobrze – odparła, a jej ton znów stał się bardziej stanowczy, ale tym razem pobrzmiewa w nim troska, a nie chłód i obojętność. – W takim razie teraz zrobimy to po mojemu. Zamknij oczy.
Jej dłoń, która wcześniej badała jego rany, teraz delikatnie spoczęła na jego czole. Była chłodna na tyle, że jej dotyk zdawał się przynosić ulg rozgrzanej skórze.– Zaufaj mi. Nie będziesz czuł bólu. Obiecuję. Odpocznij.
Była skupiona i przygotowana od momentu, w którym powiedział, że jej ufa. Różdżka tkwiła przy boku, trzymana w wolnej dłoni, zaciśnięta słabo palcami. Niewerbalny czar sięgał jej głęboko skrywanych umiejętności. Po prostu pchnęła w jego stronę odrobinę swojej woli, ciche, mroczne polecenie skierowane nie do jego umysłu, a do nici życia, która w nim pulsowała. To było jak delikatne przygaszenie płomienia świecy, uspokojenie wzburzonej wody. Czuła, jak jego świadomość powoli gaśnie, jak napięte mięśnie się rozluźniają, a oddech staje się głęboki i miarowy. Opadł ciężko na oparcie kanapy, pogrążony w śnie tak głębokim, że żadne koszmary tej nocy nie miały do niego dostępu. Wiedziała, że będzie zły i będzie marudził, ale z tym będzie musiała sobie poradzić później, najpierw czekały ją rany. Nie mogła pracować nad nim, gdy był przytomny. Musiał leżeć nieruchomo, jeśli miało to być zrobione dobrze. Dopiero gdy był już całkowicie nieświadomy, odsunęła dłoń i podwinęła swoje rękawy, trzymając wciąż magiczny patyk blisko siebie. Przesunęła dłońmi nad jego poszarpanym brzuchem, a jej analityczny umysł znów przejął kontrolę. Przymknęła oczy, słuchając tego, co miał do powiedzenia. Nić po nici musiała sprawdzić wszystko. Szepty jego ciała były coraz wyraźniejsze, niezakłócone przez ból i świadomość. Czuła gorąco infekcji, lodowaty chłód mrocznej magii i precyzyjnie zlokalizować wszystkie wewnętrzne obrażenia.
- Masz więcej szczęścia, niż rozumu Stan.. - szepnęła cicho w przestrzeń, krzywiąc się nieco na to, jak szeroki był wachlarz cięć i jak wysoki poziom utraconej krwi. Najlepiej by było, gdyby przespał przynajmniej dobę. Cofnęła dłonie, przyglądając mu się chwilę w milczeniu, zanim wstała z posadzki. Przygotowała sobie miskę z ciepłą wodą, czyste materiały oraz ręczniki, a także zwiększyła ilości światła, które padało na Borgina. Słoneczne było zbyt słabe, potrzebowała mocniejszego płomyka, chociaż sam widok płonących świec znów próbował zabrać ją w przeszłość. Cynthia była jednak niewzruszona, zbyt skupiona na tym, co miała do zrobienia. Wyjęła z torby potrzebne rzeczy, ułożyła wszystko na krześle, na którym wcześniej stała, na białej bawełnie do obwiązywania ran. Jej palce poruszały się teraz z hipnotyzującą precyzją. Wyjęła igłę, nić nasyconą eliksirem regenerującym i zestaw sterylnych narzędzi. Pochyliła się nad nim, decydując, że najpierw musiała zacząć od rany na brzuchu, ciągle monitorując jego funkcje życiowe i spokojny sen. Zadbała o to, by pobudzone zostały te przyjemne wspomnienia, zamykając go w bańce pozbawionej ostatnich wydarzeń. Zaczęła szyć, leczyć i oczyszczać, a jej dłonie poruszały się z pewnością i delikatnością chirurga. W ciszy zniszczonego mieszkania, w blasku kilku świec szyła tak, aby blizny były, jak najmniejsze i żeby przypadkiem nie wyglądał, jak niedbale zszyty trup w kostnicy, chociaż akurat Flint zawsze była perfekcjonistką w tym zakresie.
Nie miała pojęcia, ile minęło czasu, gdy odłożyła na bok wszystkie narzędzia i wrzuciła do zakrwawionej już wody brudne, wykorzystane szmaty. Dookoła walały się słoiczki, leżała gdzieś jej różdżka i wymagające czyszczenia, ale rany były zabezpieczone, czyste i zawinięte sterylnym, wzmocnionym bandażem. Musiał po prostu odpocząć. Przesunęła palcami po twarzy, gdy zdjęła rękawiczki, rzucając je niedbale na ziemi i przysiadła przy kanapie, odchylając głowę do tyłu, przymykając oczy. Nie miała dużo czasu.
Stanley miał spać najbliższe kilka lub kilkanaście godzin, tego była pewna.