Był zbyt głęboko zanurzony w tej chwili, by rozkładać własne reakcje na czynniki pierwsze. Zwykle robił to odruchowo, analizował, wyprzedzał, trzymał gardę wysoko. Ego Louvaina nie lubiło sytuacji, w których ktoś mógłby zajrzeć pod pancerz, a już na pewno nie pozwalało mu z taką swobodą przyjmować zaczepnych uwag dotyczących rzeczy, które stanowiły trzon jego natury: ambicji, drapieżności, tej nieustannej potrzeby bycia o krok przed innymi. A jednak teraz… najwyraźniej przestał się bronić. Pozwolił sobie leżeć w tej uwadze, w jej spojrzeniach, w miękkim napięciu między nimi. Smakował to bez pośpiechu, zachłannie, bo w tej chwili należało to tylko do niego. I tylko to się liczyło. Jej słowa o smoku przyjął z półuśmiechem, w którym nie było ani krzty skruchy. - Smoki mają piękne księżniczki – odparł nisko, z tą swoją bezczelną pewnością. - Za to nie mają poczucia winy. To nie była tylko prowokacja. Było w tym coś bardziej szczerego, niż sam chciałby przyznać. Zuchwałość była jego językiem, ale pod nią kryło się zaangażowanie, intensywne, żywe, skupione na niej i na tym, co właśnie się między nimi rodziło.
Kiedy rzuciła o ogrzewaniu się w jej blasku, parsknął cicho, z rozbawieniem. Myśl była ładna, poetycka… ale rzeczywistość miała dla niego bardziej konkretny wymiar. Prędzej ogrzałby się od rumieńców na jej policzkach niż od jakiejkolwiek abstrakcyjnej aureoli. Właśnie dla takich obrazów był, jaki był. Dla tego zawstydzenia, które próbowała ukryć. Dla tego spojrzenia, które zdradzało więcej, niż słowa. Zauroczenie królowej Avery było jak plaster miodu na jego smocze serce, lepki, słodki, uzależniający. I wcale nie zamierzał udawać, że mu to nie smakuje.
A potem padło to jedno zdanie. Ufam ci.
Zawiesił się na nim na ułamek sekundy dłużej, niż pozwalała jego zwyczajowa nonszalancja. Powinno go to wzmocnić, napompować dumą, być kolejnym trofeum do kolekcji. Zamiast tego poczuł coś niewygodnego, jakby ktoś niepostrzeżenie położył mu na barkach oczekiwanie, którego nie był pewien, czy chce unieść. Wyzwania zwykle przyjmował bez wahania. Uwielbiał się sprawdzać, wygrywać, mieć potem powody do przechwałek i kolejnych potwierdzeń własnej wyjątkowości. Ale to… to zaufanie było inne. Bardziej kruche. Bardziej długoterminowe. Jak kredyt, którego podświadomie już nie planował spłacać. Przecież znała dopiero jego najlepszą wersję. Tę gładką, czarującą, najbardziej przystępną. I on dobrze wiedział, że reszta wcale nie była tak łaskawa.
Myśli jednak szybko rozpłynęły się, gdy zobaczył, jakie wrażenie zrobił na niej prezent. Kryształ w naszyjniku zaczął mienić się intensywniej, jakby reagował nie tylko na dotyk, ale na samą uwagę. Zaklęte światło gwiazd pulsowało coraz wyraźniej, proporcjonalnie do tego, jak mocno wpatrywała się w coeur d’étoile. Louvain obserwował, jak refleksy tego blasku odbijają się w jej spojrzeniu, aż w pewnym momencie miał wrażenie, że patrzy nie w oczy dziewczyny, ale w żywą galaktykę. Rozległą, niepojętą, obiecującą wolność bez granic. Utonął w tym widoku. W tej przestrzeni, w tym bezkresie, w tej iluzji, że nic poza tą chwilą nie ma znaczenia. Jej słowa docierały do niego jak echo, z opóźnieniem, niemal nieistotne. Był zahipnotyzowany, rozbrojony, niespodziewanie cichy. Ocknął się dopiero wtedy, gdy poczuł na twarzy ciepło jej ust. I przez krótką, niebezpieczną chwilę nawet on, nie wiedział już, czy to on prowadzi tę grę, czy właśnie pozwolił się w nią wciągnąć.
Pocałunek wyrwał go z innej rzeczywistości. Dosłownie. Przez krótką, dezorientującą chwilę miał wrażenie, że ostatnie kilkanaście sekund zupełnie wyparowało mu z pamięci, jakby zapadł się w sen na jawie, miękki, świetlisty, nieprzystający do lochów ani do niego samego. Jeszcze przed momentem dryfował gdzieś między gwiazdami zaklętymi w krysztale a jej spojrzeniem, a teraz nagle powietrze wróciło do płuc, ciężar ciała do ramion, a rzeczywistość uderzyła z tą samą precyzją, z jaką znicz potrafił wpaść w dłoń. Na szczęście oprzytomniał. Bo gdyby chodziło tylko o zwykły komplement, o flirt rzucony od niechcenia, nie wybudziłoby go to z marzeń sennych na jawie. Tym razem jednak było inaczej. To, co powiedziała i sposób, w jaki to zrobiła zadziałało jak zimna woda. W jednej chwili spiął się na nowo. Tryby ruszyły. Czujki znów zaczęły działać. Dało się to dostrzec w drobnych napięciach przy kącikach oczu, w ledwie zauważalnym drgnięciu rzęs, w kilku niespokojnych zmarszczkach pod linią włosów, które pojawiały się tylko wtedy, gdy naprawdę myślał.
Deklaracja.
Jedna, konkretna. Taka, na którą nigdy nie był gotów choć ironia losu polegała na tym, że robił dokładnie wszystko, co było potrzebne, by znaleźć się właśnie w tym punkcie. Flirtował. Zbliżał się. Dawał znaki. Budował napięcie. Karmił cudze uczucia i własne ego z równą wprawą. A teraz przyszła pora, by coś nazwać. Postawić granicę. Albo ją przekroczyć. Nie mógł się jednak wycofać. Myśl o tym, że miałby później nosić w sobie żenujące wspomnienie własnej ucieczki, tego, że zabrakło mu odwagi w chwili konfrontacji była po stokroć bardziej nie do zniesienia niż złożenie obietnicy, której sensu jeszcze do końca nie rozumiał. Louvain Lestrange mógł wiele. Ale tchórzostwo nie mieściło się w obrazie, za który tak pieczołowicie walczył.
Uniósł więc spojrzenie. Tym razem w pełni przytomny. Skupiony. Intensywny w sposób, który nie był już tylko flirtowaniem. - Nie jestem rycerzem. I raczej nigdy nim nie będę. Krótka pauza. Oddech. - Ale jeśli mimo to chcesz… - jego głos obniżył się, zmiękł, stracił tę jedną warstwę ironii, za którą zwykle się chował - żebym był przy tobie. Żebym mógł powiedzieć, że jesteś moja, a ja twój. Nie powiedział “obiecuję”. Nie powiedział “na zawsze”. Zamiast tego zapytał w jedyny sposób, na jaki było go stać - bez ucieczki, bez żartu, bez drogi odwrotu.
- Zostaniesz moją dziewczyną?