• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie

[12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#15
12.01.2026, 01:57  ✶  

Słowa nie tyle do niego dotarły, co zapadły się w nim jak gwałtowne obniżenie ciśnienia, które wciąga powietrze z całego horyzontu i nie oddaje go już nikomu. Coś w Louvainie formowało się od dawna, powoli, nieubłaganie, jak chmura burzowa rosnąca na rozpalonym niebie, karmiona każdym przemilczeniem, każdym spojrzeniem. Teraz ta masa pęczniała w nim gwałtownie, ciągnąc za sobą myśli, wspomnienia i pragnienia, aż wszystko zlewało się w jedno, gęste i ciężkie jak powietrze tuż przed nawałnicą. Czuł to napięcie w skroniach i pod mostkiem, jakby całe jego ciało stało się naczyniem dla zjawiska, które nie znało umiaru ani litości. Milczał uparcie, jak milczy niebo tuż przed pierwszym grzmotem. Nie z braku piorunów, lecz dlatego, że wszystkie zbierały się w jednym miejscu. A kiedy wreszcie pozwolił im się wydobyć, stało się to jak rozerwanie chmur od środka: nagłe uderzenie wiatru, ulewa spadająca pionowo, bez ostrzeżenia i bez obietnicy oczyszczenia. To, co w nim pękło, było prawdą. Ciężką, nieodwołalną, niszczącą wszystkie iluzje, że dało się ją dłużej powstrzymywać.

Nie przyszło mu jednak do głowy, by tę prawdę przekuć w kajdany. Myśl o odebraniu Lorraine czegokolwiek - nazwiska, imienia, prawa do siebie była dla niego równie obca, co myśl o odebraniu jej oddechu. Nie potrafiłby kochać jej inaczej niż w całości, a całość ta obejmowała również granice, które tak uparcie wokół siebie stawiała. Nie chciał ich burzyć. Chciał je znać. Chciał wiedzieć, gdzie przebiegają, bo tylko wtedy mógłby przy niej zostać bez gwałtu zadawanego temu, kim była. Nie widział w niej kogoś, kogo należało włączyć w rodową narrację Lestrange’ów jak kolejny element herbu. Przeciwnie. Myśl o Lorraine Malfoy obok niego otwierała przed nim zupełnie inną perspektywę: wizję rodu, który nie trwa dzięki zamknięciu, lecz dzięki temu, że pozwala się przedefiniować. Widziała w niej możliwość pęknięcia w kamieniu, przez które wpada światło, nową linię biegnącą przez starą nazwę, nowy sens tego, co znaczyło być Lestrangem. Wolność była dla niego sprawą zbyt poważną, by traktować ją jak deklarację bez pokrycia. Byli tacy, którym gotów byłby ją odebrać bez wahania, całe grupy, społeczności, porządki oparte na przemocy i odbieraniu innym prawa do istnienia. Ale Lorraine… wobec niej ta myśl była niemożliwa. Odebranie jej wolności oznaczałoby unicestwienie samej istoty tego, co w nim rosło. A Louvain nie potrafił kochać połowicznie. Albo wcale, albo do końca, ze świadomością ryzyka i ceny, jaką przychodziło za to zapłacić.

Lubił myśleć o sobie jak o jednostce niezależnej, samostanowiącej, niepodlegającej niczyim regułom poza tymi, które sam uznawał za swoje. I być może tak właśnie było gdyby nie to, że romantyzm, dziki i nieuleczalny, wszczepiono mu głęboko, niemal brutalnie, tak że pozbyć się go mógłby jedynie razem z życiem. Miłość była dla niego raną zadaną świadomie, aktem przemocy, który nie polegał na dominacji, lecz na zgodzie na naruszenie. Miłością jest, że ty jesteś tym nożem, którym ja grzebię w sobie. Wiedział też, że miłość prawdziwa, szczera i niepowtarzalna, musiała być czymś najpiękniejszym i najszczęśliwszym, co mogło go w życiu spotkać. A skoro tak, skoro dwoje ludzi mogło odnaleźć w sobie aż tyle światła, porządek świata musiał się temu sprzeciwiać. Wydawało mu się to niemal naturalne. Szczęście, które nie zostało nadane, pobłogosławione ani przyznane z łaski, zawsze budziło gniew sił większych od jednostek. Dlatego należało walczyć. Bo szczęście i wolność nigdy nie przychodziły z nadania. Były zdobyczą. Czymś, co trzeba było wywalczyć, nawet jeśli oznaczało to krew pod paznokciami i blizny, których nie dało się ukryć. A w tej walce Louvain nie miał wątpliwości: zawsze stanąłby po jej stronie. Nie przed nią. Nie ponad nią. Obok. Jeśli istniała przyszłość, w której Lorraine Malfoy i Louvain Lestrange mogli iść razem, to tylko taka, w której żadne z nich nie musiało klękać. Tylko taka, w której granice nie były murami, lecz liniami uzgodnionymi wspólnie. I jeśli świat miałby im to odebrać, musiałby najpierw przejść przez niego. 

I właśnie wtedy coś niepokojącego zaczęło sączyć się w jego serce. Powoli, podstępnie, jak chłód, który nie boli od razu, lecz odbiera czucie kawałek po kawałku. To, co mówiła o sobie, o swoim miejscu, o porządku, któremu miała się poddać, uderzyło go z siłą, której się nie spodziewał. Jakby po raz pierwszy naprawdę usłyszał, jak to wszystko miało wyglądać. Jakby nagle odsłonięto przed nim scenariusz przygotowany dla niej z góry. Haniebny w swojej oczywistości, tragiczny w tym, jak bardzo był uznany za naturalny. Znał przecież te reguły. Znał cały proces starania się o rękę kobiety, rytuały, formuły, hierarchie, ciężar nazwisk i zgodę ojców. Zawsze traktował to jak porządek rzeczy, jak jeden z filarów świata, który należało przyjąć bez pytań. A jednak gdy spróbował wyobrazić sobie siebie, podporządkowującego Lorraine tym samym zasadom, gdy zobaczył ją wciśniętą w tę formę, poczuł coś, czego nie znał. Winę. Gniew był mu bliski. Złość znał aż nadto dobrze; były jak stare, niewygodne, lecz sprawdzone narzędzia, po które sięgał instynktownie. To dzięki nim potrafił dokonywać rzeczy wielkich, rzeczy ostatecznych. Ale poczucie winy… tego nie umiał nazwać. Nie wiedział, jak opisać nicość i pustkę, które nagle otworzyły się w nim jak zapadlisko, lecz zrozumiał jedno: właśnie stamtąd się brały. Miał ochotę krzyczeć, by przestała bluźnić. Miał ochotę wyrwać ten język, który wypowiadał te okropieństwa, nie dlatego, że były nieprawdziwe, lecz dlatego, że były zbyt prawdziwe. Zbyt oswojone. Zbyt łatwo przyjmowane. Nie były mu obce prawa zwyczajowe arystokracji ani reguły mariaży. Przez całe życie zgadzał się z nimi, traktując je jak naturalny porządek wyższego gatunku, do którego należeli. Dopiero teraz, widząc, jak te same zasady obdzierają jego wymarzoną, cudowną ptaszynę z całego piękna jej wolności, poczuł odrazę. Taką, która sprawiała, że miał ochotę przechrzcić się na japońską modłę i popełnić rytualne seppuku nie z poczucia honoru, lecz z potrzeby ucieczki od świata, który potrafił nazwać to wszystko normalnością. Miłością jest, że ty jesteś tym nożem, którym ja grzebię w sobie.

Nie zgodził się. Nie przytaknął. Nie zaprzeczył. Nie odtrącił. Odmówił strawienia tej paskudnej potrawy, którą mu zaserwowała. Usłyszał jej słowa, ale ich nie wysłuchał. Nie dlatego, że je zlekceważył, lecz dlatego, że były nie do przyjęcia. Jedynym śladem, że dotarły, było jego spojrzenie: przepełnione ogromnym, niemal dziecinnym poczuciem niesprawiedliwości. Nie rozumiał, jak mogła wymagać od niego czegoś tak okropnego. Jak mogła prosić, by przyjął świat, który ją krzywdził, i nazwał to miłością. Nie potrafił. Jeszcze tego nie rozumiał, ale w tamtej chwili poddał walkę ze światem walkowerem. Nie dlatego, że przestał wierzyć w zwycięstwo, lecz dlatego, że nie potrafił zaakceptować reguł, na których miałoby się ono opierać. Jedynym powodem do ciepłego uśmiechu było to, że przyjęła jego starania. Nie powinien był się cieszyć. Był bardziej niż przekonany o swojej racji i o tym, że zwycięstwo należy do niego. A jednak słowa jej przychylności były jedyną rzeczą, która sprawiła, że jego czarne serce nie wykrwawiło się do ostatniej kropli.

Skinął głową, lecz był to gest pozbawiony ciężaru zgody. Raczej ruch człowieka, który przyjmuje na siebie brzemię, wiedząc, że nie wolno mu go odrzucić, choć nie ma już sił, by je unieść. Nie odpowiedział na jej prośby. Nie obiecał, że przemyśli. Nie obiecał, że przyleci. Słowa te wymagały bowiem przyszłości, a on czuł, że przyszłość w tej chwili zapada się w sobie jak źle postawiony strop. - Obiecuję - powiedział tylko. Było to słowo żałobne, wypowiedziane tak, jak wypowiada się formuły nad grobem, nie po to, by coś rozpocząć, lecz by nadać sens temu, co już zaczęło umierać. Nie było w nim ciepła. Nie było nadziei. Była jedynie uczciwość, naga i bezbronna, stojąca pośrodku świata, który nie miał dla niej miejsca. Obiecywał, że będzie ją kochał najuczciwiej, jak tylko potrafił, a więc nie tak, jak należało, nie tak, jak wypadało, nie tak, jak nakazywały rody, obyczaje i długie ciągi martwych przodków. Kochać uczciwie znaczyło dla niego wiedzieć, kiedy odejść. Znaczyło rozpoznać moment, w którym obecność staje się formą przemocy, a miłość zaczyna domagać się zapłaty w cudzej wolności. Obiecywał, że ją porzuci, zanim zmusi ją do czegokolwiek. Zanim pozwoli, by wpuściła go do swojego życia kosztem siebie samej. Zanim zacznie uczyć się kolorów, które do niej nie należały, i reguł, które nigdy nie powinny stać się jej językiem. Nie chciał, by przywdziewała barwy Lestrange, jakby były skórą, którą należało naciągnąć na cudze ciało. Porcelanowa laleczka w towarzystwie czarnego kruka, ten obraz był zbyt czytelny, zbyt oczywisty od samego początku. Coś takiego nie miało prawa się udać. I właśnie dlatego należało temu pozwolić odejść, zanim świat sam upomni się o swoje. Obiecał, że nigdy nie będzie musiała przed nim uciekać. Że nie stanie się kolejną ścieżką, którą trzeba opuścić nocą, bez pożegnania, z planem w kieszeni i strachem pod językiem. Nie potrafił jednak obiecać więcej. Nie mógł zagwarantować, że zawsze pozostanie tak uczciwy jak teraz. Że czas nie uczyni z niego tyrana, który w imię miłości zacznie wymuszać decyzje, zamykać drzwi, przesuwać granice tak długo, aż przestaną być widoczne. Wiedział o sobie zbyt wiele, by składać taką przysięgę bez kłamstwa. Dlatego jedyną formą, w jakiej mógł jej zagwarantować suwerenność, było życie osobno. Tylko z dystansu mógł nie naruszać jej wolności. Tylko nie będąc zbyt blisko, mógł mieć pewność, że jej nie odbierze tego, co było w niej najcenniejsze. Miłość, która zostaje, by nie zniszczyć była jedyną, na jaką potrafił się zdobyć.

- Obiecuję - powtórzył, gdy miotła unosiła ich ku zamkowi. I było to słowo, które nie zamykało niczego. Było raczej kluczem, który świadomie odkłada się poza zasięgiem dłoni.


Koniec sesji


i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorraine Malfoy (7626), Louvain Lestrange (8143)




Wiadomości w tym wątku
[12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Louvain Lestrange - 30.12.2024, 05:02
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Lorraine Malfoy - 03.01.2025, 22:07
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Louvain Lestrange - 20.01.2025, 13:11
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Lorraine Malfoy - 26.01.2025, 19:03
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Louvain Lestrange - 13.02.2025, 13:12
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Lorraine Malfoy - 20.02.2025, 10:16
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Louvain Lestrange - 24.02.2025, 15:18
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Lorraine Malfoy - 15.03.2025, 22:46
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Louvain Lestrange - 24.03.2025, 03:10
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Lorraine Malfoy - 26.04.2025, 18:03
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Louvain Lestrange - 06.08.2025, 23:19
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Lorraine Malfoy - 05.09.2025, 22:57
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Louvain Lestrange - 22.09.2025, 00:11
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Lorraine Malfoy - 22.10.2025, 16:01
RE: [12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie - przez Louvain Lestrange - 12.01.2026, 01:57

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa