To nie było ważne, jak się naprawdę czujesz. Ważne było to, co wydawało się, że odczuwasz. A Daisy była wspaniałą kłamczuszką - Rookwood był naprawdę zaintrygowany jest całkowitym rozluźnieniem, jak wzruszała sobie ramionkami i jak luz blues przyświecał jej nad złotymi włosami blaskiem gwiazd. Tych samych gwiazd, których na "pięknym" londyńskim niebie nigdy nie było widać. Przy niektórych czuł, że to było wymuszone udawanie. Ta lekkość. A ona i jej obecność... była lekka jak piórko. Jak jej zachowanie. Takie gładkie i naturalne, że Sauriel nie potrafił o niej pomyśleć nie lubię jej. Nie, nie, on myślał o niej jako polubiłem ją. Nie musiała wiele robić czy wiele lubić. Niektórzy tak mają. Wchodzą ci pod skórę od razu albo przyjemnym dreszczem albo wykrzywieniem ust z goryczy czy kwasu. Wampir ludzi, którzy nie zrobili na nim żadnego wrażenia od początku, po prostu mijał. Nie ważne, jak drogą kupisz kotu zabawkę - jeśli nie będzie w jego guście, to szturchnie ją łapą, może obwącha i pójdzie własną drogą. Potem co najwyżej będzie nad nią przekraczał. Stanie się niedostrzegalną dla niego, ale wyczuwalną, przeszkodą wkomponowaną w tło.
Spoglądał na Daisy krzywo, z takim lekkim niedowierzaniem, jakby chciał się upewnić, czy go nie ściemnia i jednocześnie niesmakiem. Nie było to wymierzone w samą dziennikareczkę, oj nie, nie! Tylko w to, co słyszał i co mu przekazywała. No bo... co? Że co? Kłamstwem byłoby powiedzenie, że go to nie zaintrygowało. Gdyby mógł to zacząłby szperać i węszyć w Hogwarcie za tą tajemnicą. Jeśli byłaby potrzeba - rozłożyłby na części miejsce, gdzie zniknęły tajemnicze "żółte ślepia". Ale nie był. A też i był już w takim wieku, że ta ciekawość świata była podzielona przez sumę doznań. Innymi słowy - nie był już aż taki głupi. Bo COŚ ewidentnie kobietę zabiło. Dziewczynę - nie kobietę.
- Czyli wyszłaś mokra po wizycie w łazience z bratem. No noo...~ - Wyciągnął fajkę z kieszeni skórzanej kurtki, uśmiechnięty pod nosem. Wampir czy nie wampir - męskie żarciki się po prostu nie zmieniały. A przynajmniej osób, które nie próbowały udawać, że są dżentelmenami.
- Postawiłaś na zły argument, Złotko. - Ta myśl miała swoją głębszą formę. Tylko że jej nie dokończył. Urwał ją, zostawiając w takiej formie... nijakości. Zduppingu, żeby nie rzec kolokwialnie. A ta głębsza forma była taka, że Sauriel chętnie by przytulił coś, co by pchnęło w ostateczne ramiona Śmierci. Tam, skąd, Dobry Boże, nie było już powrotu. - Ale przecież jeść w takich warunkach? To rynsztok dla świń. - Rozciągnął ręce na boki, brzmiąc na (niemal) oburzonego, ale na pewno był zniesmaczony tym miejscem. Brzydkie, brudne i śmierdziało. Czasami się cieszył, że nie miał tak wyostrzonych zmysłów jak niektórzy potrafili mieć.
- Widziałem. - Spojrzał na nią przez ramię. - Jedna zakwitła przede mną tej nocy.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.