07.02.2026, 23:42 ✶
Legenda głosi, że kiedyś nad Nokturnem zaświeciło słońce, lecz tej bajki nie potwierdzają nawet najstarsze zakapiory. Od wszystkich rzeczy, jakie mieli w Rejwachu najlepsze — jedzenie, alkohol, muzyka, wystrój, personel — odstawał ten nie najlepszy widok z okna, który wychodził na szarą ulicę. Nie sięgała Nokturnu magia białych świat, ponieważ śnieg tutaj mieli czarno-brunatny z żółtym refleksem. Nic to, nie można mieć wszystkiego. Stary nawet nie próbował tych gwiazdeczek na nocnym firmamencie szukać, szkoda czasu.
— No co się pieklę, co się pieklę — mamrotał, sprzątając z mąki i innych składników stację roboczą po swoich fantastycznych yorkshire puddingach. — No pieklę się kuźwa, bo miały być święta. No zepsułem. Co ci teraz poradzę? Przepadło. — Przyznawał się dziad do winy, ale przepraszam jakoś wciąż nie wybrzmiało. Ciężko szło przez mordę. — A chuj z tym, poleję nam coś. Od razu się atmosfera coś ten tego. Kuźwa.
Jak wiadomo nie od dziś, rozwiązanie wszelkich niesnasek kryło się w alkoholu. Na otwarcie świątecznej libacji na skwerku Nokturnie Woody przygotował im obojgu po gorącym zimowym drinku hot buttered rum z brązowym cukrem, rumem, korzennymi przyprawami i odrobiną masełka — tak, żeby tego dnia była kompletna francja-elegancja. Na przetarty naprędce ścierą stół w rogu kuchni wjechały napoje, wjechał cieplutki meatloafik i jeszcze cieplejsze wypieki Woody’ego, a także dodatkowe smakołyki wyniesione z domu Quintessy.
— Bogini, pobłogosław ten posiłek — zaintonował doniośle Tarp i se klapnął na rozklekotanym stołku. — Nic ci tu nikt nie będzie namierzał. Co ty się zresztą będziesz bała mojej jędzy? No a jakby tu nawet przyszła, to co się niby stanie? Na psiarskich mnie w święta sprzeda za kawałek ciasta?
To powiedziawszy, ukroił sobie plaster ich meatlofa, po czym — parząc paluchy i sycząc, jakby się temperatury nie spodziewał; bo kto by pomyślał, że się toto chwilę temu piekło? — wrzucił sobie na talerz jedno z tych gniazdek, co je sam upichcił. No to degustacja — sądząc po wynikach, niebo w gębie.
— Ty coś częściej zmieniałaś Lewisa na kuchni w tym roku? Inaczej zapamiętałem twoje gotowanie. — Pieczeń była… naprawdę dobra. — Nie żebym twoje gotowanie kiedykolwiek za jakieś złe uważał — zastrzegł od razu, aby uniknąć kolejnej wpadki.
— No co się pieklę, co się pieklę — mamrotał, sprzątając z mąki i innych składników stację roboczą po swoich fantastycznych yorkshire puddingach. — No pieklę się kuźwa, bo miały być święta. No zepsułem. Co ci teraz poradzę? Przepadło. — Przyznawał się dziad do winy, ale przepraszam jakoś wciąż nie wybrzmiało. Ciężko szło przez mordę. — A chuj z tym, poleję nam coś. Od razu się atmosfera coś ten tego. Kuźwa.
Jak wiadomo nie od dziś, rozwiązanie wszelkich niesnasek kryło się w alkoholu. Na otwarcie świątecznej libacji na skwerku Nokturnie Woody przygotował im obojgu po gorącym zimowym drinku hot buttered rum z brązowym cukrem, rumem, korzennymi przyprawami i odrobiną masełka — tak, żeby tego dnia była kompletna francja-elegancja. Na przetarty naprędce ścierą stół w rogu kuchni wjechały napoje, wjechał cieplutki meatloafik i jeszcze cieplejsze wypieki Woody’ego, a także dodatkowe smakołyki wyniesione z domu Quintessy.
— Bogini, pobłogosław ten posiłek — zaintonował doniośle Tarp i se klapnął na rozklekotanym stołku. — Nic ci tu nikt nie będzie namierzał. Co ty się zresztą będziesz bała mojej jędzy? No a jakby tu nawet przyszła, to co się niby stanie? Na psiarskich mnie w święta sprzeda za kawałek ciasta?
To powiedziawszy, ukroił sobie plaster ich meatlofa, po czym — parząc paluchy i sycząc, jakby się temperatury nie spodziewał; bo kto by pomyślał, że się toto chwilę temu piekło? — wrzucił sobie na talerz jedno z tych gniazdek, co je sam upichcił. No to degustacja — sądząc po wynikach, niebo w gębie.
— Ty coś częściej zmieniałaś Lewisa na kuchni w tym roku? Inaczej zapamiętałem twoje gotowanie. — Pieczeń była… naprawdę dobra. — Nie żebym twoje gotowanie kiedykolwiek za jakieś złe uważał — zastrzegł od razu, aby uniknąć kolejnej wpadki.
piw0 to moje paliwo