16.02.2026, 15:36 ✶
Jeśli nawet Longbottom nie byłby wychowany się w tolerancyjnej rodzinie, obcowanie z Quintessą obaliłoby wszystkie teorie rasowe, jakie znał. Mało spotkał kobiet wśród czystokrwistych, które miałyby tyle klasy, ile Tessa. Lata uczyniły jego pani przysługę: była elegancką damą, lecz nie z tych arystokratycznych salonowych żon, lecz kobietą ułożoną, praktyczną i zdolną. Wszystko to, co przyszło wraz z pieniędzmi — modne wzorzyste stroje, satynowe koszule, biżuteria — leżało na niej dobrze, lecz było tylko dopełnieniem obrazu.
Jak to inaczej było spotykać ją w szerokim gronie Zakonu Feniksa, gdzie rozmowa nie była o nich i dla nich. Teraz dopiero, gdy stanął naprzeciw niej sam na sam, mógł zobaczyć, ile się zmieniła. Wkradła się w to odrobina niezręczności, kiedy w momencie musiał nauczyć się tych kilku nowych, drobnych zmarszczek na twarzy żony — lecz to była ona, ta sama co zawsze.
— Dla ciebie. No bo co, nie ma innej. — Zaśmiał się w odpowiedzi, ale nie rechotem starego pijaka, z którym oswoiło się przez lata jego gardło, a jakimś rozbawieniem bardziej łagodnym i przyziemnym.
Krótki uścisk dłoni, który wymienili, gdy wręczał jej kwiaty, zmył wątpliwość tego, czy decyzja przyjścia tu była dobrą czy złą. To był dobry znak. Znak, że chciała z nim rozmawiać. Uśmiechnął się, gdy dzielili ten moment wstępnego pojednania, od którego wszystko potoczyło się już niemal naturalnie.
— Napiję się, zostanę. Po to zarezerwowałem u pani całą godzinę. Przyszedłem do ciebie… powinienem chyba już dawno — zaczął, a gdy tylko zobaczył, że Tessa zabiera się do przygotowywania napojów, od razu zaoferował: — Poszukam na nie wazonu. — Skinął palcem na kwiaty.
I podążył między alejki jej sklepiku, aby znaleźć coś zdatnego. Może uczynił to tak ochoczo, aby obojgu dać kilka minut na spokojne odzyskanie równowagi po emocjonalnym momencie. A choć rozłączyli się na moment, wciąż byli obok siebie w jednej przestrzeni. Krzątali się we wspólnym rytmie muzyki płynącej po antykwariacie z gramofonu Quintessy. Zabrali się równolegle do drobnych zajęć, jakby był to kolejny wieczór, gdy on przyszedł do niej po służbie, aby wspólnie wrócili do domu. Ona dopinała dzień, a on w przytulnym świetle wyciągającym z cienia asortyment antykwariatu myszkował między półkami staroci. Pomiędzy wszystkimi zgromadzonymi tutaj pamiątkami, jakie zwykle znajdowało się w majątkach dziadków, zdawało się unosić widmo waniliowych perfum kobiety, która rozstawiała znaleziska po regałach. Wszystko tutaj przeszło przez jej ręce. Ciarupy leżały w tej samej części sklepu, co lata temu — Woody trafił tam bezbłędnie. Oglądał chwilę wazony: te z wysokimi łabędzimi szyjkami, te otwierające się jak kielichy kwiatów o złoconych krawędziach, te naczynia kryształowe i te blaszane. Pierwsza wpadła mu w ręce amfora z czarnej ceramiki ozdobiona czerwonymi, runicznymi inskrypcjami — w sam raz na bukiet czerwonych róż.
Wracając do Tessy, zahaczył jeszcze o dział starych ksiąg, a wśród grzbietów wypatrzył pewien znajomy tytuł. Wziął więc książkę pod pachę i tak uzbrojony zjawił się u boku czarownicy.
— Może nie uwolnię z tego cacka żadnych demonicznych sił — powiedział grobowo poważnie, napełniając amforę wodą, nim włożył do niej bukiet. — Skoro już zajmuję pani cenne godziny pracy, pani Longbottom, sprzedałaby mi to pani? — zapytał pół-żartem, wyciągnąwszy spod pachy stare wydanie Hrabiego Monte Christo. — Nie byle historia. O człowieku niesprawiedliwie ukaranym przez spisek władzy, który później powraca w chwale, aby dokonać zemsty. — Zupełnie jakby Tessa potrzebowała wyjaśnienia, kiedy widziała jego własny egzemplarz tej książki dziesiątki razy w nastoletnim pokoju Longbottoma w Warowni.
Jak to inaczej było spotykać ją w szerokim gronie Zakonu Feniksa, gdzie rozmowa nie była o nich i dla nich. Teraz dopiero, gdy stanął naprzeciw niej sam na sam, mógł zobaczyć, ile się zmieniła. Wkradła się w to odrobina niezręczności, kiedy w momencie musiał nauczyć się tych kilku nowych, drobnych zmarszczek na twarzy żony — lecz to była ona, ta sama co zawsze.
— Dla ciebie. No bo co, nie ma innej. — Zaśmiał się w odpowiedzi, ale nie rechotem starego pijaka, z którym oswoiło się przez lata jego gardło, a jakimś rozbawieniem bardziej łagodnym i przyziemnym.
Krótki uścisk dłoni, który wymienili, gdy wręczał jej kwiaty, zmył wątpliwość tego, czy decyzja przyjścia tu była dobrą czy złą. To był dobry znak. Znak, że chciała z nim rozmawiać. Uśmiechnął się, gdy dzielili ten moment wstępnego pojednania, od którego wszystko potoczyło się już niemal naturalnie.
— Napiję się, zostanę. Po to zarezerwowałem u pani całą godzinę. Przyszedłem do ciebie… powinienem chyba już dawno — zaczął, a gdy tylko zobaczył, że Tessa zabiera się do przygotowywania napojów, od razu zaoferował: — Poszukam na nie wazonu. — Skinął palcem na kwiaty.
I podążył między alejki jej sklepiku, aby znaleźć coś zdatnego. Może uczynił to tak ochoczo, aby obojgu dać kilka minut na spokojne odzyskanie równowagi po emocjonalnym momencie. A choć rozłączyli się na moment, wciąż byli obok siebie w jednej przestrzeni. Krzątali się we wspólnym rytmie muzyki płynącej po antykwariacie z gramofonu Quintessy. Zabrali się równolegle do drobnych zajęć, jakby był to kolejny wieczór, gdy on przyszedł do niej po służbie, aby wspólnie wrócili do domu. Ona dopinała dzień, a on w przytulnym świetle wyciągającym z cienia asortyment antykwariatu myszkował między półkami staroci. Pomiędzy wszystkimi zgromadzonymi tutaj pamiątkami, jakie zwykle znajdowało się w majątkach dziadków, zdawało się unosić widmo waniliowych perfum kobiety, która rozstawiała znaleziska po regałach. Wszystko tutaj przeszło przez jej ręce. Ciarupy leżały w tej samej części sklepu, co lata temu — Woody trafił tam bezbłędnie. Oglądał chwilę wazony: te z wysokimi łabędzimi szyjkami, te otwierające się jak kielichy kwiatów o złoconych krawędziach, te naczynia kryształowe i te blaszane. Pierwsza wpadła mu w ręce amfora z czarnej ceramiki ozdobiona czerwonymi, runicznymi inskrypcjami — w sam raz na bukiet czerwonych róż.
Wracając do Tessy, zahaczył jeszcze o dział starych ksiąg, a wśród grzbietów wypatrzył pewien znajomy tytuł. Wziął więc książkę pod pachę i tak uzbrojony zjawił się u boku czarownicy.
— Może nie uwolnię z tego cacka żadnych demonicznych sił — powiedział grobowo poważnie, napełniając amforę wodą, nim włożył do niej bukiet. — Skoro już zajmuję pani cenne godziny pracy, pani Longbottom, sprzedałaby mi to pani? — zapytał pół-żartem, wyciągnąwszy spod pachy stare wydanie Hrabiego Monte Christo. — Nie byle historia. O człowieku niesprawiedliwie ukaranym przez spisek władzy, który później powraca w chwale, aby dokonać zemsty. — Zupełnie jakby Tessa potrzebowała wyjaśnienia, kiedy widziała jego własny egzemplarz tej książki dziesiątki razy w nastoletnim pokoju Longbottoma w Warowni.
piw0 to moje paliwo