17.02.2026, 22:27 ✶
Rejwach był ogromny. Cała ta przestrzeń — dwa poziomy piwnic, parter, piętro — wszystko ocalało. Nie były to progi wysokie, ale za to jakie przepastne. W pierwszych dniach po tragicznych pożarach trzymać puste izby w gospodzie z kompletnym dachem trudno było sobie wyobrazić. Nie było tu czego rozkradać — na co dzień gościli na tej przestrzeni hordy podejrzanych, pijanych typów, więc na salach było niewiele ponad surowe ławy i stołki. Ducha przecież Tarpaulinowi nie wyniosą, kuchni ktoś zawsze pilnował, a osobiste skarby Woody’ego strzeżone były za zabezpieczonymi drzwiami. Więcej niż o swoje mienie martwił się o ludzi: o zapewnienie komfortu ranionej Asenie i o to, żeby się nie zagryźli między sobą ci, co ściągnęli pod jego dach, kiedy poszło słowo, że można się u niego darmo ogrzać i przespać na dole, i dostać gulaszu na zeszyt przy barze. Starał się oddzielać początkowo baby i dzieci od mężczyzn, ale wszelkie to towarzystwo tak czy srak się ze sobą mieszało. Nie miał kontroli nad tym, kto wchodził, kto wychodził. Kto gdzie zasypiał ani kto okupował rejwachowe kible, w których nie było od dawien dawna mydła ani papieru (bo okej, to dało się zrabować, a srajtaśma jest dla zarządu). Tym matkom jedynie, co ciągnęły za sobą dzieciaki, dał gospodarz, zamiast ław w ogólnodostępnych przestrzeniach, tych kilka zamykanych pokojów, co miały nawet prawdziwe łóżka ze sparciałymi materacami.
A mimo wyjątkowo barwnej mozaiki osobistości zebranych pod dachem (oraz rzuconych po kątach tobołów będących własnością tych, którzy przywlekli ze sobą, co ocalało z ich zawalonych domów), było w Rejwachu jakoś ciszej niż zwykle. Szemrzało tu dziś bardziej niż grzmiało. Stary wyłączył gramofon, zasłonił głośne obrazy kotarą. Szwendał się po pubie trochę jakby bez celu, zaglądając to tu, to tam — ale też nie za często, żeby nie sprawiać wrażenia strażnika więziennego czatującego nad gośćmi.
Gdy więc zobaczył Garricka z końca sali, podążył na spotkanie i uścisnął mu rękę, ledwie Ollivander zrzucił z siebie balast.
— Mistrz Garrick Ollivander, no proszę, kogo moje oczy widzą — powitał go serdecznie. — Dziękuję ślicznie. Zagospodarujemy, z pewnością — odparł, również ściszając schrypnięty głos. Wziął jedną z toreb, drugą niestety zostawił, uniósłszy wymownie tę dłoń, której palec wciąż był grubo obandażowany. Woody Tarp wyglądał na nieco bardziej wymemłanego niż zwykle, z niezadbanym zarostem, wymiętoszoną koszulą, ociężalszym krokiem i... cóż, śmierdział wczorajszą wódą. — Od razu znosimy towar na dół czy ugościć jakoś pierw? Są tu jeszcze, a no wiem, że nie wygląda, miejsca odosobnione, gdzie będziem mieli spokój. — Bo pojawienie się kogoś tak znanego jak Garrick przyciągało ciekawskie oczy wypoczywających przy stolikach ludzi. — Jak tam? Zakład stoi? He, nie wyobrażam sobie świata, jak nie stoi.
!Trauma Ognia
A mimo wyjątkowo barwnej mozaiki osobistości zebranych pod dachem (oraz rzuconych po kątach tobołów będących własnością tych, którzy przywlekli ze sobą, co ocalało z ich zawalonych domów), było w Rejwachu jakoś ciszej niż zwykle. Szemrzało tu dziś bardziej niż grzmiało. Stary wyłączył gramofon, zasłonił głośne obrazy kotarą. Szwendał się po pubie trochę jakby bez celu, zaglądając to tu, to tam — ale też nie za często, żeby nie sprawiać wrażenia strażnika więziennego czatującego nad gośćmi.
Gdy więc zobaczył Garricka z końca sali, podążył na spotkanie i uścisnął mu rękę, ledwie Ollivander zrzucił z siebie balast.
— Mistrz Garrick Ollivander, no proszę, kogo moje oczy widzą — powitał go serdecznie. — Dziękuję ślicznie. Zagospodarujemy, z pewnością — odparł, również ściszając schrypnięty głos. Wziął jedną z toreb, drugą niestety zostawił, uniósłszy wymownie tę dłoń, której palec wciąż był grubo obandażowany. Woody Tarp wyglądał na nieco bardziej wymemłanego niż zwykle, z niezadbanym zarostem, wymiętoszoną koszulą, ociężalszym krokiem i... cóż, śmierdział wczorajszą wódą. — Od razu znosimy towar na dół czy ugościć jakoś pierw? Są tu jeszcze, a no wiem, że nie wygląda, miejsca odosobnione, gdzie będziem mieli spokój. — Bo pojawienie się kogoś tak znanego jak Garrick przyciągało ciekawskie oczy wypoczywających przy stolikach ludzi. — Jak tam? Zakład stoi? He, nie wyobrażam sobie świata, jak nie stoi.
!Trauma Ognia
piw0 to moje paliwo