Unosił się bez wysiłku, pozwalając, by nurt obracał go powoli, jakby woda znała jego ciężar lepiej niż on sam. Kiedy usłyszał jej pytanie, ciche, pojedyncze, wchłonięte niemal natychmiast przez bezbarwną przestrzeń, nie otworzył oczu od razu. Limbo kradło echo, ale nie kradło świadomości. Tutaj jesteś szczęśliwy?
Słowo “szczęście” było za małe na to, co odczuwał. Nie było w nim euforii ani triumfu. Była cisza, która nie była pustką. Było rozluźnienie czegoś, co przez całe życie pozostawało zaciśnięte jak pięść, która nie pamięta już, dlaczego się zamknęła. Woda niosła go dalej, a on po raz pierwszy nie próbował nadać kierunku. Nie kalkulował, nie oceniał, nie szukał zagrożeń. W poprzednim życiu nie wszedłby do takiej rzeki. Dzika, chłodna, nieprzewidywalna, wymagałaby czujności, strategii, kontroli. Teraz była korytarzem. Przejściem. Tym samym, czym były dla niego kiedyś podniebne przestworza, bezkresnym ruchem, w którym ciało przestaje być ciężarem, a staje się tylko linią w przestrzeni. Czuł wodę przy skroniach, przy szyi, pod łopatkami. Czuł, jak jej chłód styka się z jego ciepłem i nie próbuje go pochłonąć ani zmienić. Nie walczyła z nim. Nie karała. Nie wymagała. Po prostu była. A on, po raz pierwszy od wielu lat, nie musiał być kimś więcej niż obecnością w tej samej chwili. W tamtym życiu każde istnienie było zadaniem. Każdy oddech - zobowiązaniem. Obietnice składane sobie, przysięgi wypowiadane w imię bogów i idei, ciężar wybranej drogi, którą należało uzasadniać nawet wtedy, gdy już dawno przestała być oczywista. Wszystko to zniknęło nie jak roztrzaskany gmach, lecz jak mgła, która nagle przestaje mieć powód, by się utrzymywać. Nie było tu nic do naprawienia. Nic do udowodnienia. Nic do spalania.
Rzeka przesuwała go łagodnie, a Louvain pozwalał, by jego ciało poddawało się temu ruchowi całkowicie. Ramiona rozluźniły się, dłonie przestały być gotowe do zacisku. Nawet myśli nie układały się w argumenty. Były jak spokojne, pojedyncze fale, pojawiały się i znikały, nie domagając się rozstrzygnięcia. Jedność przyszła bez wysiłku. Nie była wizją ani objawieniem. Była prostą świadomością, że nie istnieje już granica między nim a tym miejscem. Nie był tu gościem ani więźniem. Był częścią krajobrazu tak samo jak woda i piasek. I to wystarczało. Jeśli to było szczęście, było ono czyste z obowiązku. - Tak - odpowiedział w końcu cicho, nie wiedząc, czy jego głos przetrwa choć sekundę. Tutaj nie muszę być niczym więcej niż sobą. A może nawet mniej.
Słowo, które wypowiedział, rozpłynęło się bez echa. A jednak coś w nim drgnęło. Nie dlatego, że odpowiedział lecz dlatego, że pytanie nie zniknęło wraz z ciszą. Nie było jego. Zrozumienie przyszło powoli, jak chłód przesuwający się wzdłuż kręgosłupa. To nie była myśl. Nie był to odruch sumienia, które przez lata przybierało w jego głowie obcy, kobiecy ton. Znał ten mechanizm aż za dobrze. Wewnętrzny głos, który potrafił brzmieć jak kpina, jak ostrzeżenie, jak pokusa. Ale to nie było to. To pytanie miało źródło. Usłyszał je tak wyraźnie, jakby ktoś stał tuż nad nim, mimo że nurt rzeki powinien był połknąć każdy dźwięk, rozciągnąć go, zdeformować, rozproszyć w bezbarwnym szumie. A jednak słowo przebiło się czyste. Nienaruszone. Tutaj jesteś szczęśliwy? Otworzył oczy. Ulga, która jeszcze przed chwilą była jak miękki baldachim rozpostarty nad świadomością, pękła w jednym miejscu. Przez szczeliny wsączyła się irytacja. Niewielka, lecz ostra jak igła. Nawet tutaj, pomyślał z niedowierzaniem, że nawet tutaj nie dano mu spokoju. Powoli uniósł głowę znad wody i spojrzał ku brzegowi. I zobaczył ją. Najpierw sylwetkę, zbyt wyraźną na tle wyblakłej zieleni. Potem jasność skóry, włosy, nieruchomość postawy. Stała tam, jakby była elementem krajobrazu, który nie chciał przyznać się do własnej obcości.
Przecież zwierzęta nie miały mieć duszy. Więc co, do diabła, robiła tutaj ona? Nagłe napięcie przeszyło jego ciało. Zerwał się z bezwładnego unoszenia, gwałtownie zanurzając nogi w wodzie, która przed chwilą była łagodnym łożem. Stopy zapadły się w grząski grunt, miękki i niestabilny. Chwilę szukał oparcia, palce wbiły się w osuwający się piasek, aż wreszcie wyprostował się, odrzucając z ramion ciężar nurtu. Wyszedł na brzeg szybkim, zdecydowanym krokiem. Woda spływała z niego strużkami, lecz nie było w tym już nic z błogosławieństwa. Każdy krok był odzyskiwaniem pionu, odzyskiwaniem granicy. Stanął przed nią, a jego spojrzenie było chłodne i nieprzyjemnie trzeźwe.
- O nie, nie, nie. Absolutnie. W żadnym cholernym wypadku. Omiótł ją wzrokiem, jakby sprawdzał, czy jest rzeczywista, czy tylko upartym cieniem, który nie rozumie, że nie został zaproszony. - To jest moja śmierć, nie twoja. - powiedział twardo. - Znajdź sobie własną, bigotko, i daj mi już święty spokój. W jego głosie zabrzmiała nuta gniewu, której nie próbował ukrywać. W Limbo słowa nie miały echa. Ale w jego spojrzeniu odbiło się coś ostrzejszego niż cisza, determinacja, by bronić tej krainy od wszystkiego, co przypominało życie. Nie potrzebował jej tutaj. Nie w tej przestrzeni, która wreszcie była wolna od zobowiązań, od sporów o sens, od konieczności przekonywania kogokolwiek do czegokolwiek. Limbo nie wymagało towarzystwa. Nie potrzebowało świadków. Było wystarczające samo w sobie, i on, przez tę krótką, doskonałą chwilę, również był wystarczający. A teraz stała przed nim ona. Zagubiona bigotka, która całe życie myliła głos własnej potrzeby z głosem bogów. Kobieta, która tak długo wsłuchiwała się w szelest liści i trzask gałęzi, aż zaczęła wierzyć, że każdy podmuch jest objawieniem. Samotność nie uczyniła jej mądrzejszą, uczyniła ją dzikszą. W jej spojrzeniu było już więcej instynktu niż rozumu, więcej reakcji niż refleksji. Louvain poczuł, jak powraca do niego ta sama irytacja, którą za życia odczuwał wobec wszystkiego, co nie potrafiło istnieć bez dramatycznego uzasadnienia. Nie chciał jej w swojej śmierci. Nie chciał jej w tej ciszy, którą dopiero co uznał za własną. Jeśli Limbo miało być uwolnieniem, to nie od ciała ani od bólu, lecz od ludzi, którzy wciąż potrzebowali, by świat reagował na ich obecność. A Helloise była właśnie taka: nawet w nicości domagała się odpowiedzi, sensu, odbicia. On nie potrzebował już ani jej gniewu, ani jej wiary, ani jej nieustannego tarcia o rzeczywistość. Chciał tylko być. A ona, nawet tutaj z pewnością będzie próbowała wciągnąć go z powrotem w grę, z której właśnie się wyzwolił.