10.03.2026, 23:06 ✶
To nie był zły dzień. Dzień pełen tego, czego pełne były dni Peregrinusa Trelawneya: pracy, bezsenności i oglądania się na Vakela Dolohova. Gdy zaś czarodziej wyczerpał się z mocy do intelektualnych wysiłków, zajął się w zaciszu kamienicy lekturą wybraną z biblioteczki Praw Czasu. Nie było to może zajęcie zupełnie ogłupiające, lecz poznawanie myśli cudzej, w przeciwieństwie do generowania własnej, przychodziło z wiekszą łatwością i wymagało mniej. Wróż siedział więc wciśnięty w jakiś wygodny fotel — czarna kupka dumania uwita z loczków, dymu papierosowego i wełny merino. Nadeszła bowiem ta chwalebna pora, gdy mógł znów wyciągnąć z szafy swetry, mimo że wszystkie zdawały się przegryzione swądem pożarów. A może to Londyn cały pachniał w ten sposób i on wraz z nim? Rany od szyby, która pokaleczyła wtedy Peregrinusa, goiły się dobrze i zostały po większości z nich już tylko blade czerwone blizny. Jakkolwiek okropna nie była ta katastrofa, która ogarnęła Anglię, rzeczy powoli zdawały się wracać na znajomy tor.
Trelawney nie usłyszał, kiedy Lyssa weszła. Ona była cicha, a on… cóż, niezainteresowany nasłuchiwaniem hałasów budynku. Czuł się w nim wciąż — mimo wydarzeń Spalonej Nocy — bezpiecznie.
Gdy tylko jednak zobaczył ją, wiedział już.
Gdy się wykrzywiła, wiedział już.
Gdy przyspieszył jej oddech, wiedział już.
Gdy zaczęła krzyczeć — był gotowy.
Przygotowywał się na ten moment, odkąd mimowolnie stał się powiernikiem kaprysów dziewczęcego serca. Sam jako młody chłopiec nie przejmował się zbytnio dziewczyńskimi uczuciami i patrzył z wysoka na ich rozterki, nie miał więc doświadczenia. Musiał szukać go w innych źródłach. Jak rasowy naukowiec, zaczął od skomponowania bibliografii, na której zamierzał bazować swoje studia. O szczęśliwości — w Prawach Czasu mieli archiwum Czarownicy, a w Czarownicy… dział listów od czytelniczek. Peregrinus wypisał do swojego notatnika kilka haseł, kilka modelowych odpowiedzi, sam próbował jakieś komponować. Szukał w tym bełkocie własnego głosu. Nie mógł przecież rozmowy z Lyssą otworzyć słowami: Kochana Lysso! Taki problem dotyka wielu dziewcząt w Twoim wieku. Nigdy nie zwróciłby się do niej słowami kochana. Jak sztucznie brzmiały wszystkie te listy! Wypracował jednak coś… coś… coś, co teraz miało dowieść swojej skuteczności w praktyce bądź obalić wartość jego starań.
Ona krzyczała, on wstał. Naprostował kołnierzyk wystającej spod swetra koszuli, jakby szykował się do wygłoszenia odczytu na ważnym sympozjum naukowym, a gdy Lyssa zamilkła:
— Był okropny, prawda? Ten bałwan nie zasługiwał na twój czas. Cokolwiek zmaścił, mam nadzieję, że dałaś mu odczuć swoje niezadowolenie i nie zostawiłaś tego bez reakcji. Niech wie dokładnie, co o nim myślisz. — Mimo że miał to przećwiczone, w znaczeniu samego tonu i doboru słów, to jakże dziwnie smakowały te zdania w jego ustach, gdy wypowiadał je głośno.
Trelawney nie usłyszał, kiedy Lyssa weszła. Ona była cicha, a on… cóż, niezainteresowany nasłuchiwaniem hałasów budynku. Czuł się w nim wciąż — mimo wydarzeń Spalonej Nocy — bezpiecznie.
Gdy tylko jednak zobaczył ją, wiedział już.
Gdy się wykrzywiła, wiedział już.
Gdy przyspieszył jej oddech, wiedział już.
Gdy zaczęła krzyczeć — był gotowy.
Przygotowywał się na ten moment, odkąd mimowolnie stał się powiernikiem kaprysów dziewczęcego serca. Sam jako młody chłopiec nie przejmował się zbytnio dziewczyńskimi uczuciami i patrzył z wysoka na ich rozterki, nie miał więc doświadczenia. Musiał szukać go w innych źródłach. Jak rasowy naukowiec, zaczął od skomponowania bibliografii, na której zamierzał bazować swoje studia. O szczęśliwości — w Prawach Czasu mieli archiwum Czarownicy, a w Czarownicy… dział listów od czytelniczek. Peregrinus wypisał do swojego notatnika kilka haseł, kilka modelowych odpowiedzi, sam próbował jakieś komponować. Szukał w tym bełkocie własnego głosu. Nie mógł przecież rozmowy z Lyssą otworzyć słowami: Kochana Lysso! Taki problem dotyka wielu dziewcząt w Twoim wieku. Nigdy nie zwróciłby się do niej słowami kochana. Jak sztucznie brzmiały wszystkie te listy! Wypracował jednak coś… coś… coś, co teraz miało dowieść swojej skuteczności w praktyce bądź obalić wartość jego starań.
Ona krzyczała, on wstał. Naprostował kołnierzyk wystającej spod swetra koszuli, jakby szykował się do wygłoszenia odczytu na ważnym sympozjum naukowym, a gdy Lyssa zamilkła:
— Był okropny, prawda? Ten bałwan nie zasługiwał na twój czas. Cokolwiek zmaścił, mam nadzieję, że dałaś mu odczuć swoje niezadowolenie i nie zostawiłaś tego bez reakcji. Niech wie dokładnie, co o nim myślisz. — Mimo że miał to przećwiczone, w znaczeniu samego tonu i doboru słów, to jakże dziwnie smakowały te zdania w jego ustach, gdy wypowiadał je głośno.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie