14.03.2026, 19:51 ✶
Któż by inny siedział z czaszką na biurku, jak nie Fawley? pomyślał Woody Tarpaulin, wchodząc do biura Othella. Zboczeniec! Zboczeniec było słowem, którym stary uwielbiał opisywać wszystkich McKinnonów, lecz czaiło się w tej obeldze coś serdecznego. Nie miał przecież z nimi wcale złych relacji, a na burdel utyskiwał tak se, dla zasady i żeby Lewisa podpiec.
Może i dobrze, że Woody nosił kapelusz — którego rondo uchylił uprzejmie, wchodząc do środka — bo by jeszcze jego łysa czaszka wpadła w oko pana Fawleya i by ów zapragnął ją sobie w tym makabrycznym biurze oskórowaną postawić. Ostrożności nigdy za wiele.
Pan Tarpaulin z najwyższą powagą zasiadł na wskazanym mu miejscu, kładąc walizeczkę na kolanach.
— Dziadek? — zapytał grzecznie, celując paluchem w czaszkę szekspirowskiego zboczeńca. — Ale tak, tak, już, oczywiście, interesy, właśnie — wymamrotał byle jaki zlepek słów, bo nie podobało mu się, żeby w zakładzie pogrzebowym na zbyt długo zapadła cisza. Woody Tara wcale miłośnikiem cmentarnych chrobotów nie był. Odpiął tymczasem zatrzaski teczki, lecz nie uchylił jeszcze wieka. — Pewno pan słyszał, co to się za ambaras wydarzył na Lammas tego roku. — Spojrzał na Othella, wyczekując od niego przytaknięcia. — Ten świeczkowy — podpowiedział, jeśli potrzebne było dodatkowe wyjaśnienie. — Być może jest też panu wiadome, że twórca tego… ekhekhehehke — Woody w pół zdania zakasłał charcząco, ale słychać było, że dziad tam kurwa tłumi rechot, mimo że minę zachował pokerową — artefaktu opuścił Wyspy i już się tego nie kupi.
Tu Tarpaulin przerwał, uniósł wymownie palec, sugerując, żeby Othello jeszcze chwileczkę wstrzymał się z pytaniami, po czym wyłożył teczkę na biurko. Otworzył. Pierwsze, co z niej wypadło i sfrunęło na blat, to… odręczny rysunek nagiej cycatej czarownicy na miotle.
— No cholera jasna… przepraszam najmocniej. — Czarodziej w te pędy przechwycił bazgroła mającego zostać logo nowej usługi Rejwachu, BroomDash, i wcisnął go do kieszeni swojego prochowca. — Córka znowu teczkę pożyczyła i takie mi tu wrzuca… cholerstwo. A szkoda gadać. Do rzeczy. — Tarp wyciągnął z walizeczki dwa podłużne kartoniki, duży i mały, po czym uniósł ich wieczka, eksponując dwa egzemplarze słynnej kutasoświecy. — Pan wie, co to jest. Kupiłem od razu, pierwszego dnia, jak Charles Mulciber je zaczął sprzedawać. Oryginały z pierwszego lepienia. Ino żeśmy tę tu jedną raz chwilę palili.
Rzeczywiście pełnowymiarowa świeca była nieco przytopiona u góry. Penis stracił zdecydowaną część żołędzia. Był biały, bezzapachowy, pozbawiony niestety afrodyzjaku. W drugim pudełku leżał nienaruszony waniliowy penis. Ten był mniejszy, Tarp otrzymał go jako bezpłatną próbkę od rzemieślnika.
Stary dał Fawleyowi chwilę na swobodne zapoznanie się z artykułami. Nie powstrzymywał go, jeśli Othello chciał obejrzeć z bliska któryś z kutasów.
— Wie pan, jak jest. Jak jakiegoś towaru mało, to od razu się znajdują kupcy. Na takie ciekawostki. O tych świecach w gazetach przecież pisali, nazwisko Mulciber to znane wszystkim. No, każdy jeden w Londynie to pamięta. — Temat może nieco przycichł, prawda, lecz każdy hasło kutasświeca miał wciąż z tyłu głowy. — Widzi pan, przychodzę, bo liczę na pana dyskrecję. Proszę mi powiedzieć, trudno by było stworzyć duplikat takiego czegoś?
Może i dobrze, że Woody nosił kapelusz — którego rondo uchylił uprzejmie, wchodząc do środka — bo by jeszcze jego łysa czaszka wpadła w oko pana Fawleya i by ów zapragnął ją sobie w tym makabrycznym biurze oskórowaną postawić. Ostrożności nigdy za wiele.
Pan Tarpaulin z najwyższą powagą zasiadł na wskazanym mu miejscu, kładąc walizeczkę na kolanach.
— Dziadek? — zapytał grzecznie, celując paluchem w czaszkę szekspirowskiego zboczeńca. — Ale tak, tak, już, oczywiście, interesy, właśnie — wymamrotał byle jaki zlepek słów, bo nie podobało mu się, żeby w zakładzie pogrzebowym na zbyt długo zapadła cisza. Woody Tara wcale miłośnikiem cmentarnych chrobotów nie był. Odpiął tymczasem zatrzaski teczki, lecz nie uchylił jeszcze wieka. — Pewno pan słyszał, co to się za ambaras wydarzył na Lammas tego roku. — Spojrzał na Othella, wyczekując od niego przytaknięcia. — Ten świeczkowy — podpowiedział, jeśli potrzebne było dodatkowe wyjaśnienie. — Być może jest też panu wiadome, że twórca tego… ekhekhehehke — Woody w pół zdania zakasłał charcząco, ale słychać było, że dziad tam kurwa tłumi rechot, mimo że minę zachował pokerową — artefaktu opuścił Wyspy i już się tego nie kupi.
Tu Tarpaulin przerwał, uniósł wymownie palec, sugerując, żeby Othello jeszcze chwileczkę wstrzymał się z pytaniami, po czym wyłożył teczkę na biurko. Otworzył. Pierwsze, co z niej wypadło i sfrunęło na blat, to… odręczny rysunek nagiej cycatej czarownicy na miotle.
— No cholera jasna… przepraszam najmocniej. — Czarodziej w te pędy przechwycił bazgroła mającego zostać logo nowej usługi Rejwachu, BroomDash, i wcisnął go do kieszeni swojego prochowca. — Córka znowu teczkę pożyczyła i takie mi tu wrzuca… cholerstwo. A szkoda gadać. Do rzeczy. — Tarp wyciągnął z walizeczki dwa podłużne kartoniki, duży i mały, po czym uniósł ich wieczka, eksponując dwa egzemplarze słynnej kutasoświecy. — Pan wie, co to jest. Kupiłem od razu, pierwszego dnia, jak Charles Mulciber je zaczął sprzedawać. Oryginały z pierwszego lepienia. Ino żeśmy tę tu jedną raz chwilę palili.
Rzeczywiście pełnowymiarowa świeca była nieco przytopiona u góry. Penis stracił zdecydowaną część żołędzia. Był biały, bezzapachowy, pozbawiony niestety afrodyzjaku. W drugim pudełku leżał nienaruszony waniliowy penis. Ten był mniejszy, Tarp otrzymał go jako bezpłatną próbkę od rzemieślnika.
Stary dał Fawleyowi chwilę na swobodne zapoznanie się z artykułami. Nie powstrzymywał go, jeśli Othello chciał obejrzeć z bliska któryś z kutasów.
— Wie pan, jak jest. Jak jakiegoś towaru mało, to od razu się znajdują kupcy. Na takie ciekawostki. O tych świecach w gazetach przecież pisali, nazwisko Mulciber to znane wszystkim. No, każdy jeden w Londynie to pamięta. — Temat może nieco przycichł, prawda, lecz każdy hasło kutasświeca miał wciąż z tyłu głowy. — Widzi pan, przychodzę, bo liczę na pana dyskrecję. Proszę mi powiedzieć, trudno by było stworzyć duplikat takiego czegoś?
piw0 to moje paliwo