15.03.2026, 17:42 ✶
Zdziwiło go zaproszenie od Jonathana. Spotkanie po pracy. Ważna sprawa. Wszystko to brzmiało albo jak jakiś spisek, albo żartobliwa propozycja wspólnego picia. Selwynowie przecież kochali taki teatrzyk. Robert podejrzewał więc to drugie.
Jonathan zaczął spotkanie od pochlebstw, co sprawiło, że sędzia uniósł brwi z lekkim rozbawieniem. Nie mógł powiedzieć, że nie było mu przyjemnie, ale jak ktoś nazywał go nieironicznie "wybitnym sędzią Wizengamotu", znaczyło to, że czegoś chciał. Czyżby Selwyn wpakował się w jakieś porachunki z prawem i potrzebował, żeby sędziowska dłoń go z nich wyciągnęła?
– Idę, oczywiście – przytaknął. Shafiq był jednym z niewielu czystokrwistych bogaczy, którzy chcieli wykorzystywać swój majątek, by pomagać potrzebującym. Robert chciał jak najbardziej wesprzeć go i pójść tymi śladami. – Jeśli masz brandy, to chętnie się skuszę. I jedzeniem też nie pogardzę.
W pracy zdarzało mu się, że zapominał jeść, a potem w domu dopadał go głód. Teraz, co prawda, uraczył się w Ministerstwie smacznym lunchem, lecz wciąż potrzebował kalorii. Nie miał już niestety dostępu do osobistej siłowni, bo ta znajdowała się w pokrytej sadzą kamienicy. Jednak codziennie przed pracą chodził biegać. Dzięki temu nie tylko dbał o formę, ale także nie wariował. A leśno-polne tereny dookoła rodzinnej posiadłości miały doskonałe powietrze, o wiele czystsze niż w Londynie.
Usiadł w gabinecie Jonathana. Po pracy bolał go jeszcze trochę kark. Za dużo siedział nad papierami.
– No dobrze. Co to za sprawa, o której byś chciał porozmawiać? – zapytał.
Jonathan zaczął spotkanie od pochlebstw, co sprawiło, że sędzia uniósł brwi z lekkim rozbawieniem. Nie mógł powiedzieć, że nie było mu przyjemnie, ale jak ktoś nazywał go nieironicznie "wybitnym sędzią Wizengamotu", znaczyło to, że czegoś chciał. Czyżby Selwyn wpakował się w jakieś porachunki z prawem i potrzebował, żeby sędziowska dłoń go z nich wyciągnęła?
– Idę, oczywiście – przytaknął. Shafiq był jednym z niewielu czystokrwistych bogaczy, którzy chcieli wykorzystywać swój majątek, by pomagać potrzebującym. Robert chciał jak najbardziej wesprzeć go i pójść tymi śladami. – Jeśli masz brandy, to chętnie się skuszę. I jedzeniem też nie pogardzę.
W pracy zdarzało mu się, że zapominał jeść, a potem w domu dopadał go głód. Teraz, co prawda, uraczył się w Ministerstwie smacznym lunchem, lecz wciąż potrzebował kalorii. Nie miał już niestety dostępu do osobistej siłowni, bo ta znajdowała się w pokrytej sadzą kamienicy. Jednak codziennie przed pracą chodził biegać. Dzięki temu nie tylko dbał o formę, ale także nie wariował. A leśno-polne tereny dookoła rodzinnej posiadłości miały doskonałe powietrze, o wiele czystsze niż w Londynie.
Usiadł w gabinecie Jonathana. Po pracy bolał go jeszcze trochę kark. Za dużo siedział nad papierami.
– No dobrze. Co to za sprawa, o której byś chciał porozmawiać? – zapytał.