19.03.2026, 21:46 ✶
Robert nie pierwszy raz odwiedzał gabinet Jonathana. Już wcześniej zdarzało się kuzynom rozmawiać tu o polityce i innych sprawach bieżących, popijając oczywiście doskonałą brandy. Tym razem jednak Robert zatęsknił za swoim gabinetem. Obecnie pracował raczej w Ministerstwie, a jak przynosił papiery do domu, spoczywały one na biurku w pokoju gościnnym. A jednak, każdy porządny urzędnik musiał mieć taki swój kącik. Swego rodzaju kryjówkę. Jednak teraz to nie było możliwe przez sadzę i klątwę. Kolejny powód, by nienawidzić Śmierciożerców i wszystkiego, co sobą reprezentowali.
Rozweselił go dopiero widok tartaletek. Nałożył sobie na talerz od razu dwie. Znał siebie i wiedział, że na jednej nie poprzestanie.
– Uwierz mi, w obecnych czasach chętnie bym się spotkał na jedzenie tartaletek i picie brandy – uśmiechnął się. Wyczuł w pytaniu Jonathana jakąś kryjącą się tezę. Coś w rodzaju testu. Samo to, że Selwyn mówił zagadkami było dostatecznie podejrzane. Robert jednak nie sądził, by kuzyn miał złe intencje. Tym bardziej poczuł się zaciekawiony. – Jak się odnajduję? Mam wrażenie, że wreszcie przeglądam na oczy. Wiesz, że podczas Spalonej Nocy siedziałem w atrium i pomagałem, ile tylko się dało. Obiło ci się zapewne o uszy, że dałem się pobić mugolakowi i uważają mnie za pizdę, bo nie wniosłem oskarżenia. No ale nie powinienem teraz narzekać, bo jestem na dobrej drodze, by załatwić mieszkania dla poszkodowanych podczas Spalonej. Wciąż nie wiem, jak możemy pozwalać na to, by ludzie spali w namiotach. I jak nieporadne jest Ministerstwo, jak wszyscy wolą chodzić na bankiety i brylować w socjecie niż kłaść na stół konkretne pomysły i rozwiązania. Odnajduję się więc nieźle, bo zaczynam widzieć, jak jesteśmy zacofani. A czuję się z tym fatalnie, bo wolałbym żyć w kraju, w którym wszystkim zależy na tym, by obywatelom żyło się po prostu jak najlepiej i najspokojniej.
Ostatnio miał tyle przemyśleń, że mógł w sumie napisać sobie z tego jakieś mowy. Przypomniał sobie, co Anthony mówił o wyborach. Czy gdyby przemówił do ludzi tak szczerze jak do Jonathana (może bez kolokwializmów), zjednałby sobie ich sympatię? Czy zdobyłby ich głos?
Rozweselił go dopiero widok tartaletek. Nałożył sobie na talerz od razu dwie. Znał siebie i wiedział, że na jednej nie poprzestanie.
– Uwierz mi, w obecnych czasach chętnie bym się spotkał na jedzenie tartaletek i picie brandy – uśmiechnął się. Wyczuł w pytaniu Jonathana jakąś kryjącą się tezę. Coś w rodzaju testu. Samo to, że Selwyn mówił zagadkami było dostatecznie podejrzane. Robert jednak nie sądził, by kuzyn miał złe intencje. Tym bardziej poczuł się zaciekawiony. – Jak się odnajduję? Mam wrażenie, że wreszcie przeglądam na oczy. Wiesz, że podczas Spalonej Nocy siedziałem w atrium i pomagałem, ile tylko się dało. Obiło ci się zapewne o uszy, że dałem się pobić mugolakowi i uważają mnie za pizdę, bo nie wniosłem oskarżenia. No ale nie powinienem teraz narzekać, bo jestem na dobrej drodze, by załatwić mieszkania dla poszkodowanych podczas Spalonej. Wciąż nie wiem, jak możemy pozwalać na to, by ludzie spali w namiotach. I jak nieporadne jest Ministerstwo, jak wszyscy wolą chodzić na bankiety i brylować w socjecie niż kłaść na stół konkretne pomysły i rozwiązania. Odnajduję się więc nieźle, bo zaczynam widzieć, jak jesteśmy zacofani. A czuję się z tym fatalnie, bo wolałbym żyć w kraju, w którym wszystkim zależy na tym, by obywatelom żyło się po prostu jak najlepiej i najspokojniej.
Ostatnio miał tyle przemyśleń, że mógł w sumie napisać sobie z tego jakieś mowy. Przypomniał sobie, co Anthony mówił o wyborach. Czy gdyby przemówił do ludzi tak szczerze jak do Jonathana (może bez kolokwializmów), zjednałby sobie ich sympatię? Czy zdobyłby ich głos?