22.03.2026, 15:47 ✶
— A od kogo to takie podarunki? — zapytał, bo jak powszechnie wiadomo, za darmo to rzadkość nawet w mordę dostać. Od razu więc ta wzmianka o prezencie wzbudziła podejrzenia Tarpaulina, szczególnie że inny egzemplarz jaja odnalazł Brennę w Niemagicznym Londynie. Podejrzana sprawa, choć nie zamierzał też żadnej z dziewczyn odmawiać rozumu. Jeśli Dora przyjęła jajko, musiała być pewna, że nie ma w nim nic złego, ale ostrożności nigdy za wiele. — Spożywcza matrioszka, rozumiem, rozumiem. Zmyślne. — Stary pokiwał głową z najwyższą powagą.
Woody nie potrzebuje okularów. Nie ma konieczności, aby Asena interweniowała. A tymczasem udajemy się do biblioteki, która — jak się okazuje z opisów lokacji — wcale nie znajduje się „na górze”, lecz na parterze. Poszli więc prosto przez korytarze Księżycowego Stawu do tej zakonnej skarbnicy wiedzy nieobjętej klauzulami tajności.
Odnalezienie regału, na którym leżały archiwalne numery czołowego magicznego szmatławca okazało się całkiem intuicyjne. Gazetki były ułożone prawie chronologicznie, z drobnymi wyjątkami.
— Siedemdziesiąt jeden. Siedemdziesiąt. Sześćdziesiąt dziewięć… — wyliczał pod nosem Woody, przerzucając pospinane w miesiące pakiety makulatury, żeby dostać się do upatrzonego roku.
Nie osiągnął jednak nawet sześćdziesiątego ósmego, ponieważ dotarł do części szafy przystawionej zapakowanym w szary papier obrazem. Nie jest to wielka przeszkoda: czarodziej wziął ramę w dłonie i miał ją przestawić, lecz jakoś mu się łapa omsknęła i palec przebił się przez papier pakunkowy. Woody cmoknął i patrzył chwilę w milczeniu na zniszczenia, ale wzruszył ostatecznie ramionami.
— Trudno, nic się nie stało — mruknął, bo przecież rolka szarego papieru majątkiem nie była. — Myślisz, że to nasze? — zapytał Dorę, przyglądając się znalezisku. — Chyba nie. Zbyt zakurzone. — Z drugiej strony w starych, długo nieużywanych domach wcale wiele czasu nie trzeba było, aby na byle czym osiadła pokaźna kołderka kurzowa. — Żem już naderwał, to i tak po wszystkim. Można równie dobrze cały ten papier zdjąć. — Jak stary zapowiedział, tak zrobił. Ściągnął szeleszczące opakowanie, ukazując im obojgu malowidło mrocznego lasu. Odchylił się nieco do tyłu, aby przyjrzeć się mu z dystansu. — Powiem ci, takie nawet niczego sobie.
Woody nie potrzebuje okularów. Nie ma konieczności, aby Asena interweniowała. A tymczasem udajemy się do biblioteki, która — jak się okazuje z opisów lokacji — wcale nie znajduje się „na górze”, lecz na parterze. Poszli więc prosto przez korytarze Księżycowego Stawu do tej zakonnej skarbnicy wiedzy nieobjętej klauzulami tajności.
Odnalezienie regału, na którym leżały archiwalne numery czołowego magicznego szmatławca okazało się całkiem intuicyjne. Gazetki były ułożone prawie chronologicznie, z drobnymi wyjątkami.
— Siedemdziesiąt jeden. Siedemdziesiąt. Sześćdziesiąt dziewięć… — wyliczał pod nosem Woody, przerzucając pospinane w miesiące pakiety makulatury, żeby dostać się do upatrzonego roku.
Nie osiągnął jednak nawet sześćdziesiątego ósmego, ponieważ dotarł do części szafy przystawionej zapakowanym w szary papier obrazem. Nie jest to wielka przeszkoda: czarodziej wziął ramę w dłonie i miał ją przestawić, lecz jakoś mu się łapa omsknęła i palec przebił się przez papier pakunkowy. Woody cmoknął i patrzył chwilę w milczeniu na zniszczenia, ale wzruszył ostatecznie ramionami.
— Trudno, nic się nie stało — mruknął, bo przecież rolka szarego papieru majątkiem nie była. — Myślisz, że to nasze? — zapytał Dorę, przyglądając się znalezisku. — Chyba nie. Zbyt zakurzone. — Z drugiej strony w starych, długo nieużywanych domach wcale wiele czasu nie trzeba było, aby na byle czym osiadła pokaźna kołderka kurzowa. — Żem już naderwał, to i tak po wszystkim. Można równie dobrze cały ten papier zdjąć. — Jak stary zapowiedział, tak zrobił. Ściągnął szeleszczące opakowanie, ukazując im obojgu malowidło mrocznego lasu. Odchylił się nieco do tyłu, aby przyjrzeć się mu z dystansu. — Powiem ci, takie nawet niczego sobie.
piw0 to moje paliwo