02.05.2026, 08:17 ✶
Idea dzienniczka do zapamiętywania rzeczy zawierała w sobie element paradoksu — najpierw Dora musiała o tymże zeszyciku pamiętać. Należy trzymać kciuki za brak nieodwracalnych obrażeń neurologicznych na psychice u tak młodego dziewczęcia.
— Dobrze, dobrze. — Woody poddał się, gdy został nazwany ulubionym zgredem. Być może był w tej jego wcześniejszej prowokacji element łowienia od dziewczyny komplementu czy zapewnień, że nie jest tylko tym bezużytecznym dziadem, jakim czasem siebie widział. Ot, drobna słabostka.
Z rosnącym zaniepokojeniem spoglądał, jak Dora podejmuje kolejną, nieudaną próbę teleportacji ich obojga. Potwierdziło to tylko jego przypuszczenia. Byli tu uwięzieni… i wcale stary nie dowierzał temu, jakoby obraz miał być wycieczką krajoznawczą. Wyglądał jak pułapka lub niewybredny żart — a to w najlepszym scenariuszu.
Nie zamierzał przedwcześnie dzielić się czarnymi scenariuszami. Spróbował jeszcze naprędce kilku rzeczy — ogólnego rozproszenia, na wypadek gdyby mieli do czynienia z jakąś iluzją, zbadania kilku drzew, rozglądania się za runami zasugerowanymi przez Crawley. Nic.
— Co nam zostało? Do przodu — zakomenderował zrezygnowany Woody, patrząc w mroczny las, w który zaraz się z Dorą zagłębili. — Wiesz, młoda, stało mi się ostatnio podobnie — zaczął mielić jęzorem dla podniesienia morale. — W środku nocy złapała mnie jakaś anomalia i też nie szło się z tego deportować. Wir czy inne cholerstwo, tak żem se pomyślał. A gdzie tam! Poltergeisty. Zastawiły jakąś pułapkę i zwabiły mnie do swojej iluzji domu. Głupi nie jestem, od razu zwęszyłem, że coś jest nie tak. No i co? Rację miałem. Rano iluzja prysła, teleportacja wróciła, tylko tego, spędziłem noc na jakimś bagnie. Może to podobne sidła, żeby krwi napsuć, ale co do zasady nieszkodliwe. — Tak jej opowiadał, a może i sobie po trosze, żeby mieli przed sobą wizję happy endu, mimo że niepokojące szepty między drzewami wcale nie rzedły wraz z kolejnymi pokonanymi metrami.
— Dobrze, dobrze. — Woody poddał się, gdy został nazwany ulubionym zgredem. Być może był w tej jego wcześniejszej prowokacji element łowienia od dziewczyny komplementu czy zapewnień, że nie jest tylko tym bezużytecznym dziadem, jakim czasem siebie widział. Ot, drobna słabostka.
Z rosnącym zaniepokojeniem spoglądał, jak Dora podejmuje kolejną, nieudaną próbę teleportacji ich obojga. Potwierdziło to tylko jego przypuszczenia. Byli tu uwięzieni… i wcale stary nie dowierzał temu, jakoby obraz miał być wycieczką krajoznawczą. Wyglądał jak pułapka lub niewybredny żart — a to w najlepszym scenariuszu.
Nie zamierzał przedwcześnie dzielić się czarnymi scenariuszami. Spróbował jeszcze naprędce kilku rzeczy — ogólnego rozproszenia, na wypadek gdyby mieli do czynienia z jakąś iluzją, zbadania kilku drzew, rozglądania się za runami zasugerowanymi przez Crawley. Nic.
— Co nam zostało? Do przodu — zakomenderował zrezygnowany Woody, patrząc w mroczny las, w który zaraz się z Dorą zagłębili. — Wiesz, młoda, stało mi się ostatnio podobnie — zaczął mielić jęzorem dla podniesienia morale. — W środku nocy złapała mnie jakaś anomalia i też nie szło się z tego deportować. Wir czy inne cholerstwo, tak żem se pomyślał. A gdzie tam! Poltergeisty. Zastawiły jakąś pułapkę i zwabiły mnie do swojej iluzji domu. Głupi nie jestem, od razu zwęszyłem, że coś jest nie tak. No i co? Rację miałem. Rano iluzja prysła, teleportacja wróciła, tylko tego, spędziłem noc na jakimś bagnie. Może to podobne sidła, żeby krwi napsuć, ale co do zasady nieszkodliwe. — Tak jej opowiadał, a może i sobie po trosze, żeby mieli przed sobą wizję happy endu, mimo że niepokojące szepty między drzewami wcale nie rzedły wraz z kolejnymi pokonanymi metrami.
piw0 to moje paliwo