Sauriel miał w dupie obcych. Zazwyczaj. Czasami ludzie mieli w sobie coś takiego, co sprawiało, że Sauriel ich lubił od razu. Z drugiej strony tacy, których nie polubił, raczej w jego grono znajomych nie trafiali... Victoria była tutaj naprawdę wyjątkiem. Było jeszcze parę takich osób - takich, co ich nie polubił na początku, ale gdy połączył ich interes to jakoś to poszło dalej. O swoich dbał. Niekoniecznie był zawsze super kochany czy miły, ale dbał. I potrafił się też o nich martwić. Bo co innego utrzymywało jego człowieczeństwo w ryzach i sprawiało, że potrafił siebie samego odróżnić od bestii jeśli nie właśnie tacy ludzie? Tacy jak Victoria, którym można było poświęcić myśli i położyć kawałek ludzkości w dłoniach. Był zaniepokojony, bo niepokój wypełniał dłonie, gdzie jego cząstka człowieczeństwa leżała. Victoria zaś miała w tym wszystkim całkiem specjalne miejsce. Zapaliła światełko, takie malutkie, które przyniosło mu naprawdę dużo ukojenia. Choć pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Na pewno? - Spojrzał na nią trochę krytycznie, a trochę nieprzekonany, czy jest tak, że jest lepiej. Ale okej, przekonała - było. Przestała mieć nawet takie spłoszone, zwierzęce oczy. Napinało go to nie tylko z powodu zmartwienia. Jego mięśnie były mocno napięte, bo pomiędzy zmartwieniem o to, co się z nią działo, był też instynkt. Instynkt, który widząc ten strach ostrzył sobie na niego kły. Zupełnie jakby adrenalina w krwi miała wzbogacać jej smak. Nie wzbogacała. Chyba. Odsunął się od niej i otworzył drzwiczki, wychodząc na zewnątrz. Nie zamknął ich za sobą, pozwalając Victorii swobodnie wyjrzeć i rozejrzeć się razem z nim. Jeśli nie chciała wychodzić. Bo padało, to prawda. A deszczyk... to nie był deszczyk. Rozpadało się bardzo szybko i chyba zamierzało padać coraz mocniej.
- Poczekaj, podejdę tam. Przyniosę jakiś parasol. - Przymrużył oczy i przysłonił je ręką, spoglądając w ciemne niebo. Lało. Zimne krople uderzały w jego skóry. Były przyjemne. Teraz było przyjemnie, ale kiedy już schodziłeś z deszczu to przemoczone ubranie było wszystkim, czego mieć na sobie nie chciałeś. Przeszedłeś przez ulicę i podwórze, żeby zapukać do drzwi. Otworzył starszy mężczyzna. Jeszcze nie był całkowicie posiwiały, ale siwizna już jego włosy znaczyła.
- Dzień dobry, młodzieńcze. Cały jesteś... - Na twarzy staruszka było zmartwienie, ale Sauriel mu nawet nie pozwolił dokończyć. Machnął ręką.
- Potrzebuję parasola. Utknąłem ze znajomą na ulicy, nasz abraxan wylądował i nie chce lecieć dalej. - Tak, Sauriel sobie uświadomił, że zaczął kompletnie z dupy strony. - Moglibyśmy przysiąść na pana ganku? Żeby pogoda się uspokoiła?
- Skądże! Przyprowadź swoją przyjaciółkę, a ja wstawię wodę na herbatę! Zapraszam! - Przy "skądże" Sauriel gotów był powiedzieć "to się wproszę sam", ale na szczęście nie zdążył. Mężczyzna go zaskoczył, wciskając mu parasol w dłonie. Mignęła mu kobieca postać zerkająca ciekawsko z krańca korytarza.
Podziękował i ruszył w kierunku dorożki, rozkładając parasolkę. I nawet przytrzymał ją dla Tori.
- Chodź. Zaprosili nas na herbatę. - Czy tam: zaprosił. Chyba "oni", bo ewidentnie była tam jakaś jego... córka? Zakładał, że to była córka.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.